polskie centrum bizarro

Posts Tagged ‘bizarro fiction’

Dzień Kota

In Opowiadania on 17 lutego, 2020 at 6:00 am

KotopaskudJak onegdaj pisał mistrz Ludwik Jerzy Kern: „Gdzie dużo piwnic, strychów i płotów, tam się zaczyna Królestwo Kotów. Świat tam na cztery łapy spadł, zaczarowany koci świat…”. Na tym teoretycznie moglibyśmy poprzestać – nalać sierściuszkowi mleka do miseczki, dodać kapkę czegoś mocniejszego, no i święto. Ale nie. Niedobroliterkowa redakcja postanowiła (jednogłośnie, choć akurat Paskud przemawiał symultanicznie dwoma głosami), że uczcimy Dzień Kota stosowną aktualizacją tematyczną. Na część literacką składają się teksty Kazka Kyrcza Jra, Zeter Zelke, Darka Kuchniaka, Marcina Rojka, Kornela Mikołajczyka oraz debiutującej na portalu Oleny Khomeniuk – i to debiutującej w godnym pochwały stylu, bo podwójnie/dwujęzycznie! Oprawa graficzna sponsored by niezawodny Tomasz Woźniak. Na koniec – krótki apel.
A oto i rzeczona aktualizacja. ZMIAAAUczynamy!

 

 

 

„Użyteczne, użyteczny” by Kazimierz Kyrcz jr

Koty z pewnością bywają użyteczne. Mruczą, ocierają się, niekiedy łapią myszy… Dogmir jednak – być może przez wzgląd na swe imię – miał to głęboko w dupie. Nie, żeby nie lubił absolutnie żadnych czworonożnych. Psów, wiewiórek czy jeleni… Jednak wolał te rozjechane, pęczniejące na poboczach dróg bogactwem zapachów i kolorów, stanowiące pożywkę dla naprawdę dużo mniejszych braci mniejszych.

Dogmir nie pamiętał, kiedy to się zaczęło. Kiedy przyczepiła się do niego ta sympatia do robaków i czerwi, z czasem objawiająca się dojmującą potrzebą zapewniania im strawy.

Potrzeby bywają różne. Są takie, których zaspokojenie nie nastręcza trudności, jak i te – a do nich właśnie zaliczała się ta Dogmirowa – które nie są społecznie akceptowane. Ba, z niewiadomych względów ściga się i karze każdego, kto im hołduje.kot6

Wróćmy jednak do kotów, których Dogmir, łagodnie to ujmując, nie darzył atencją. Otóż one też go nie lubiły. Do tego stopnia, że którejś księżycowej nocy wybrały się do niego w odwiedziny. I gdy chrapał sobie smacznie, śniąc o ogromnej górze stworzonej z martwych zwierzaków, lśniącej od wijącego się w niej robactwa, wskoczyły na niego i drapiąc wściekle a zajadle, rozdrapały go na miękką breję.

Tak oto Dogmir zyskał niepowtarzalną, przynajmniej w jego przypadku, szansę, by stać się w pełni użytecznym. No i ekologicznym, ma się rozumieć.

 

Czytaj resztę wpisu »

„Motyle nie tkają welonów” by Kornel Mikołajczyk

In Opowiadania on 4 lutego, 2020 at 6:00 am

niedobreliterkitxt

Niedościgły wzór. Jeśli ktoś potrzebowałby egzemplifikacji tego właśnie określenia, to prosimy bardzo. Poniżej najnowsze opowiadanie Kornela Mikołajczyka, stanowiące luźną, aczkolwiek niewesołą kontynuację „Martwego wieloryba na wycieraczce”.

 

Motyle nie tkają welonów

 

I know someday you’ll have a beautiful life
I know you’ll be a star in somebody else’s sky, but why
Why, why can’t it be, oh can’t it be mine?
Pearl Jam – „Black”

W czwartek po obiedzie poprosiła mnie, bym wyprowadził jej blizny na spacer.
Położyliśmy się razem na łóżku i sączyliśmy leniwie wino, przetrawiając zarówno wonny od curry posiłek, jak i wszystko, co zaszło między nami, odkąd poznaliśmy się parę miesięcy wcześniej; łącznie z tym najnowszym, przedobiednim zbliżeniem na chybotliwym kuchennym stole. Przytulała się do mnie co jakiś czas w parnej intymności swej sypialni, lecz zaraz potem odsuwała się, kiedy jeden z głosów mieszkających w Jej skórze rzucał uszczypliwy/szczypiący komentarz. Zdążyłem się do tego przyzwyczaić i mimo że sam pragnąłem trzymać Ją w ramionach przez całą dobę – przez całą wieczność, jeśli da radę! – znosiłem to bez narzekania. Przeszła w życiu tak wiele, że ostatnim, czego chciałem, to stać się dla Niej kolejną bolesną raną. Czytaj resztę wpisu »

Dzień Kolejarza – wersja bizarryczna

In Opowiadania on 25 listopada, 2019 at 12:10 am

Stała się rzecz niesłychana. Otóż dzięki dziwnym zainteresowaniom naszego redakcyjnego kolegi, wpadł nam w łapki kalendarz świąt nietypowych. Chociaż poniższa aktualizacja jest poniekąd prequelem tego, co się szykuje, oj szykuje się!, jest to dobra okazja, by zapowiedzieć przyszłe cuda wianki.

A dziś? Dziś obchodzimy Dzień Kolejarza. Przyznacie, że pociągi i różne inne blaszane węże, posuwające się po torach, tudzież szynach, bywają klimatyczne. A skoro jest klimat, to jest i muza (w sensie: natchnienie, chociaż nastrojowe dźwięki zapewne też co poniektórych naszych Jagomościów wspierały w akcie twórczym). Poniżej pomagać Wam w świętowaniu Dnia Kolejarza będą: Kornel Mikołajczyk, Kazimierz Kyrcz jr, Darek Kuchniak oraz Zeter Zelke, zaś te prozatorskie trudy uświetnił swą grafiką Tomasz Woźniak.

Czytaj resztę wpisu »

„Deser” by Michał Górzyna

In Opowiadania on 31 października, 2019 at 6:00 am

Z wielgachną przyjemnością obwieszczamy bizarro-światu, że z dawien dawna nie widziany na naszych łamach Michał Górzyna wreszcie powraca z nowym opowiadaniem, o przewrotnie słodkim tytule. Jednak nie dajcie się zwieść – zarówno Wy, którzy egzystujecie w stałych związkach, jak i Wy – szczęśliwcy, którzy wciąż hasają na wolności.

DESER

Stefan pociągnął łyk ciepłego piwa (ciepłe, ale mocne!). Z wyrazem zadumy na twarzy zaciągnął się śmierdzącym petem, skręconym z taniego tytoniu (ruscy na targu mają całkiem dobry, szkoda przepłacać). Lubił palić, lubił pić. Niestety, musiał to robić w ukryciu przed żoną. Zawistny babsztyl zabraniał mu tych niewinnych przyjemności, rzekomo w obawie o jego zdrowie. Ale Stefan wiedział swoje. Stara jędza robiła mu na złość! Od trzydziestu lat uprzykrzała każdy dzień jego życia (a miało być tak pięknie…). Jak nie zupę przesoliła, to kotlet przypaliła albo niedosłodziła herbatę (cukier też mu ograniczyła). Ciągle coś chciała: przynieś, napraw, wynieś, zrób to, tamto, owamto, ani chwili spokoju. Zrzędziła przy tym dwadzieścia cztery godziny na dobę, nawet przez sen (normalni ludzie chrapią, a ona nawet śpiąc próbowała wydawać polecenia). A on chciał jedynie usiąść przed telewizorem i napić się piwka. Ech, nie w tym życiu. Stefan dopił piwo (szkoda, że po zakupach zamelinował tu tylko jednego browarka), zgniótł puszkę w dłoni i rzucił w kąt pomieszczenia. Zrezygnowany chwycił wiadro z ziemniakami i ruszył w kierunku schodów. Nagle usłyszał jakieś szmery dochodzące z głębi pomieszczenia. Pewnie szczur, trzeba przegnać szkodnika – zawyrokował.. Wybrał pokaźnych rozmiarów kartofla i zaczął skradać się w kierunku źródła hałasu (takie małe polowanko). Po kilku krokach wdepnął coś miękkiego i kleistego. No nie, znowu jakiś menel nasrał w piwnicy, będę musiał wyczyścić kapcie przed wejściem do mieszkania – zdążył pomyśleć.

***

Gdzie ten nieudacznik – zastanawiała się Grażyna. Pół godziny temu wysłała go po ziemniaki do piwnicy i do tej pory nie wrócił. Pewnie spotkał któregoś ze swoich zapijaczonych koleżków i żłopią piwsko (albo coś gorszego). Ona sobie żyły wypruwa, żeby wyżywić siebie i tego darmozjada: pierze, gotuje, sprząta, a on z własnej woli nic. Tylko by chlał i spał. Niedoczekanie jego! Jej dom – jej zasady! Żadnego picia i wylegiwania się przed telewizorem (no, chyba że jakiś życiowy serial!). Zawsze się w domu coś do roboty znajdzie. No właśnie, coś mi się za tę dzisiejszą robotę należy – stwierdziła. Oblizała mięsiste wargi. Otworzyła lodówkę i… miejsce, gdzie powinien stać plastikowy pojemniczek z różową zawartością, ziało pustką. Jak mógł mi to zrobić? Dobrze wie, że nie wolno ruszać mojego KISIELU! (najlepiej niczego niech nie rusza).  Nie daruję, wyrwę z gardła (albo z brzucha) mój deserek śmierdzącemu żarłokowi! Wściekła zarzuciła wytarty szlafrok (dawno, bardzo dawno temu prawdopodobnie białego koloru), chwyciła latarkę (na wypadek, gdyby się ukrywał w jakichś ciemniejszych zakamarkach), zatrzasnęła drzwi mieszkania i skierowała się ku piwnicy. Starała się stąpać cicho, żeby nie spłoszyć winowajcy. W jednej z odnóg korytarza usłyszała mlaskanie i siorbanie (je jak świnia!). Aha, zajada się moim deserkiem – rozsierdziła się kobieta. Wyskoczyła zza załomu muru, dla wzmocnienia efektu kierując światło latarki w miejsce skąd dochodziły dźwięki. Stefan siedział oparty o ścianę. Dobrał się do kisielu (tego się spodziewała). Z jego ust wylewała się różowa maź. Coś jednak było nie tak. Oczy mężczyzny były wytrzeszczone, nabiegłe krwią i nieruchome (pewnie się zadławił). Martwym wzrokiem wpatrywał się w różową papkę oblepiająca jego tors. Nagle substancja zaczęła drgać i bulgotać, kisielowate gluty wiły się po ciele Stefana niczym przypiekane dżdżownice (tego się nie spodziewała). Kobieta otworzyła usta, ale zamiast krzyku, z jej sparaliżowanego strachem gardła, wydobył się tylko cichy skrzek. W tym momencie oślizłe, różowe macki wystrzeliły w kierunku jej twarzy. Zanim straciła przytomność, poczuła, jak kisiel wypełnia jej usta i przełyk. Pierwszy raz w życiu nie sprawiło jej to przyjemności…

THE END

Przy okazji, zainteresowanych filmową stroną aktywności Michała, zapraszamy do zapoznania się z dokonaniami grupy Lisołaki: https://www.youtube.com/channel/UCIjvj1ZNWgDmD6P73vO61AA

a także grupy T.R.E.P.

„Martwy wieloryb na wycieraczce” by Kornel Mikołajczyk

In Opowiadania on 24 września, 2019 at 8:58 pm

Piejo kury piejo… Paskud też pieje, tyle, że z zachwytu nad najnowszym opowiadaniem naszego redakcyjnego kolegi Kornela Mikołajczyka. Żeby było jasne – nie jest to bynajmniej tekst wesoły, ba, nie jest nawet zabawny. No chyba, że kogoś bawi udręka. Tym niemniej zdecydowanie warto poświęcić kilka minut na przyswojenie sobie tej potężnej dawki cierpienia. Dlaczego? Właśnie dlatego, że potężna i piękna.

 

Martwy wieloryb na wycieraczce

 

Wychodząc rano do pracy, potykam się o płetwę wieloryba.

Wieloryb to zdecydowanie największe zwierzę, jakie kiedykolwiek zastałem na swojej wycieraczce. Trudno zresztą wyobrazić sobie większe. Za pierwszym razem była to polna mysz, potem antylopa gnu, maskonur, kot, słoń, waran z Komodo, kuna; bez porządku i logiki. Kiedy pojawił się okapi, musiałem sprawdzić w encyklopedii, czym jest to pręgowane do połowy dziwactwo. Niezależnie jednak od rozmiarów, gatunku, płci czy stopnia zagrożenia wyginięciem, wszystkie okazy, jakie lądują na moim progu, są martwe.

Przeciskam się obok cielska szczelnie wypełniającego korytarz. Śliskie boki cuchną jak wodorosty i nasienie, ale nie sposób wyczuć nawet nutki zgnilizny. Tak jest ze wszystkimi zwierzętami. Dwa tygodnie temu odważyłem się rozkroić nożem kuchennym łanię, by ocenić, kiedy mniej więcej umarła. Nie zalęgło się w niej żadne robactwo, organy – na ile potrafiłem określić – wyglądały na zdrowe. A jednak nie żyła. I w jakiś sposób wylądowała na mojej wycieraczce, podobnie jak dziś wylądował król oceanów.

Jestem już koło płetwy ogonowej, gdy otwierają się drzwi sąsiada. Jak zwykle zdaje się nie dostrzegać nic dziwnego w zwierzynie leżącej pokotem na moim progu, nawet gdy musi przeciskać się przy samej ścianie jak w zatłoczonej knajpie. Zaczynam go przepraszać, bo czuję, że zwariuję sam z tym problemem; bo liczę, że może powie: „Pan się nie przejmuje, mój kuzyn miał podobnie. Minął rok i przeszło jak ręką odjął”. Ale on odpala tylko papierosa pomimo zakazu i bezwiednie wzrusza ramionami.

– Tak już widocznie musi być – mówi. – Widocznie tak musi być…

Wychodzę i ruszam do pracy (pieszo, to po drugiej stronie parku). Rozpaczliwie próbuję znaleźć sens w tym, co dzieje się z moim życiem. Skąd biorą się te martwe zwierzęta i dokąd znikają? Nie spałem kiedyś całą noc, wyglądając przez dziurkę od klucza, zdeterminowany, by odkryć prawdę o źródle ich pochodzenia. Niestety – nastał świt, a milczący kruk nadal leżał tam, gdzie zostawiły go niewidzialne dłonie. Nie mogąc dłużej wytrzymać, pobiegłem do toalety i prędko załatwiłem potrzebę. Kiedy wróciłem, kruk zniknął. Zamiast niego zastałem włochatego bawoła, z kopytami komicznie wyciągniętymi ku sufitowi.

Kto zabijał te istoty i z taką wydajnością porzucał na moim progu? Czy to wszystko jakaś chora gra? Test? Pokuta?

Czy istnieje zbrodnia, którą można sobie zasłużyć na podobną karę?

W pracy nie mogę się skupić na klawiszach, które wciskam. Wypełniam formularze danymi nieistniejących klientów. Janusz Wieloryb. Bogumiła Mysz. Artur Żuk-Gnojarz. Uśmiechnięty kolega krąży od stanowiska do stanowiska, pokazując zdjęcia nowonarodzonego dziecka. Spoglądam na nie bez zainteresowania. Narzuta pod tycim zawiniątkiem ma taki sam kolor jak moja wycieraczka. Wyobrażam sobie, że berbeć leży na moim progu, martwy. I sam już nie wiem, co o tym myśleć.

 

– Sam już nie wiem, co o tym myśleć – mówię do niej tego wieczoru, gdy spotykamy się w restauracji.

Podnosi kieliszek i zwilża usta białym winem. Przypatruję się temu z uwagą, poświęcając każdej sekundzie należny czas. Chciałbym być tym kieliszkiem i delikatnie rozchylać jej wargi. Chciałbym być winem i wsączać się ogniście-owocowo w ten wiotki język. Chciałbym być mieniącym się brokatem kolczykiem, wiecznie uczepionym jej ucha.

– Jak możesz nie wiedzieć? – pyta, gdy mijają eony. – Coś takiego nie zdarza się na co dzień. Ab initio. Kiedy po raz pierwszy znalazłeś martwe zwierzę na wycieraczce?

– Czy to ważne? – Zaglądam jej głęboko w oczy. – Parę miesięcy temu?

– Przed tym, jak zaczęliśmy się spotykać? Czy zaraz po?

– Kto by to pamiętał…

Odwraca wzrok, jak prędzej czy później odwraca go zawsze. Mars wstępuje na jej czoło.

– Przestań. Albo ze mną rozmawiasz, albo gapisz się jak cielę. Zdecyduj.

– Wybacz, przy tobie nie potrafię inaczej. Jesteś taka piękna…

Czuwający przy stoliku policzkarz bierze zamach i uderza ją z płaskiej w twarz.

Mam ochotę rozerwać go na strzępy. Wbić mu w oko widelec i pchnąć tak głęboko, aż własną gałką oczną zobaczy najciemniejszy zakątek swego mózgu: wszystkie fobie, lęki i koszmary. Wiem jednak dobrze, że to bezcelowe. On przecież tylko wykonuje swoją pracę. Jak niegodziwa by ona nie była.

Przysuwam jej kieliszek whisky, w którym roztapiają się kostki lodu. Przykłada go do czerwonego znamienia na policzku.

– Wcale nie jestem piękna – mówi, nie patrząc na mnie. – Mam małe piersi, niekształtny nos, jestem za chuda. Nie mów tak. Wiesz, co się wtedy dzieje.

Kiwam głową, przełykając protesty.

– Wiem. Przepraszam.

Kelner przynosi nam zamówienie, życząc smacznego. Zaczynamy jeść w milczeniu. Z każdym przełknięciem, każdą sekundą ciszy mam wrażenie, że pogłębia się przepaść między nami, tak że nie wiem, czy kiedykolwiek będę w stanie ją przeskoczyć. Jedyne, co mogę zrobić, to rzucić się w ciemność i liczyć, że wyląduję niepoobijany.

Poznałem ją pół roku po tym, jak się rozwiodła. Już pierwszego dnia opowiedziała mi dokładnie, co się wydarzyło. Znalazła dowody na zdradę męża i oskarżyła go wprost. Oburzył się, twierdząc, że kocha tylko ją, ale z defensywnego prędko zrobił się agresywny. Uderzył ją, podbijając oko. Później, gdy ochłonął, przepraszał na kolanach i rwał sobie włosy z głowy; łkał, że jeśli go zostawi, będzie musiał ruszyć na krótki spacer po torach. Udała, że mu wybacza. Ale w filiżance earl greya, którą z fałszywym uśmiechem zaserwowała wieczorem, rozpuściła garść tabletek nasennych.

Kiedy się ocknął, siedziała na nim okrakiem z brzytwą w ręku (pompatyczny, łazienkowy gadżet „prawdziwego mężczyzny”). Jego nagie ciało zdobiły wycięte w skórze słowa. Nie obelgi, a przypadkowe terminy. FANTOM na bicepsie. INKASENT nad sercem. SZTUCZKA na lewej dłoni. Mało nie wyłupał sobie oka o ostrze, gdy zaczął się rzucać po łóżku. W następnej chwili przybiegli zwabieni krzykiem sąsiedzi i nigdy nie dokończyła napisu BYNAJMNIEJ na jego zwalistym czole. Zapytana na rozprawie o to, czemu to zrobiła, odpowiedziała po prostu: „Sprawiło mi to radość”.

Teraz, zgodnie z nakazem sądowym, nie wolno jej czuć żadnych pozytywnych emocji. Dlatego przy stoliku asystuje nam milczący mundurowy w metalowym hełmie z czujnikami. I za każdym razem, gdy w jej ciele wydzieli się choć kropla serotoniny, policzkuje ją jak psa. Jest aniołem z płomiennym mieczem broniącym wstępu do ogrodów szczęśliwości.

– W przyszłym tygodniu mam kilka dni wolnego – mówię, mimo że wcale nie planowałem urlopu. – Moglibyśmy polecieć gdzieś razem, daleko. Albo blisko, wszystko jedno. Wyrwać się stąd na dłużej.

Szarozielone oczy przyszpilają mnie jak owada. Jestem motylem cytrynkiem leżącym na wycieraczce w zeszły poniedziałek, o mały włos nie rozdeptanym na miazgę.

– Polecieć jako kto? – pyta. – Wiesz, że nie jesteśmy razem.

– Jako ktokolwiek – mówię. – Dwoje znajomych? Spotykamy się przecież.

– Nie wiem, co będę robić w przyszłym tygodniu – odpowiada, zanim skończę mówić. – Ani w żaden następny… Nie wystarczy ci, że teraz jesteśmy razem?

Nie wystarczy. Chciałbym być pierścionkiem na twoim palcu, mrugającym zalotnie fioletowym oczkiem.

Nie mówię tego na głos. Zamiast tego, jak skończony idiota, mówię jej po raz pierwszy:

– Kocham cię.

Cios policzkarza słychać chyba nawet na ulicy. Nie wiem, czy przeklinać się za to, że znów sprawiłem jej ból, czy czuć ulgę, bo moje słowa jednak – jednak! – wywołały w niej radość. Zaaferowany, biegnę do baru i czym prędzej przynoszę więcej lodu.

Kiedy dochodzi do siebie, wolno dopija wino i zamawia kolejne. Potem mówi wiele rzeczy. Że kompletnie ją zaskoczyłem tym, co powiedziałem. Że jest złą, wredną kobietą-potworem i nikt nie powinien jej kochać, bo na to nie zasługuje. Że znajdę sobie kogoś lepszego, pewnego dnia. Że jest mi wdzięczna i że to bardzo miłe – być kochaną. Ale nie mówi tego, co chciałbym usłyszeć.

Przypominam sobie, że w drodze na dworzec widziałem srokę siedzącą na kapliczce. Tak dawno nie natknąłem się na żywe zwierzę, że z miejsca przyciągnęła mój wzrok. Gniewnie nastroszona, biła dziobem o blaszany daszek, usiłując dostać się do jakiejś upatrzonej wcześniej błyskotki. Niestety, jej próby z góry skazane były na zagładę. Nie mogła się przebić do niewielkiego sanktuarium i wykraść pozłacanej ikony czy krucyfiksu, choćby poświęciła na to resztę swego sroczego życia. A jednak nadal uparcie uderzała, raz po raz, raz po raz, licząc, że może przy następnym ciosie, może już za chwilę wreszcie jej się uda.

 

Wieczorem kochamy się w jej mieszkaniu. Każde moje pchnięcie, delikatne czy mocne, wywołuje w niej dreszcz rozkoszy, więc policzkarz na pełne ręce roboty. Stoi milczący u wezgłowia, profesjonalnie bez wyrazu, i uderza ją do rytmu, który narzucają moje biodra. Jesteśmy dziwnie splątani w tym akcie: ja, ona oraz jej widmowy prześladowca.

Próbuję zastawiać mu drogę. Nachylam się i całuję jej szyję, wchodząc wprost na linię ognia. Przygryzam kształtne ucho. Biorę jej twarz w obie ręce i całuję długo i namiętnie. Mężczyzna czeka cierpliwie, aż skończę pieszczoty. A gdy tylko daję mu możliwość, uderza jeszcze mocniej. Za karę, że udało mi się przemycić do jej organizmu kilka mizernych okruchów szczęścia.

Kończę jak zwykle – pospiesznie, nie mogąc dłużej znieść widoku jej sinych policzków. Leżymy przez chwilę, dysząc ciężko, pod konstelacją lampek choinkowych, które rozwiesiła nad łóżkiem. Pytam, czy było dobrze. Odpowiada, że tak, ale coś w jej głosie powstrzymuje dalsze pytania. Nie dociera jeszcze do mnie, co się za chwilę wydarzy, bo wolę wierzyć naiwnie, że wszystko będzie dobrze; że pewnego dnia ona zobaczy, jak wiele chcę jej dać i pokocha mnie za to równie mocno, co ja zdążyłem pokochać ją.

– Kiedy byłam mała, mój brat zamknął mnie w szafie – mówi nagle.

Unoszę głowę z poduszki i patrzę w jej kierunku. Leży tyłem do mnie, zwinięta embrionalnie. Zupełnie jak ta martwa wiewiórka, którą znalazłem na progu trzeciego czy czwartego dnia.

– To była wielka szafa w pokoju rodziców, antyk po prababci zamykany na złoty klucz. Płakałam i biłam piąstkami o drewno, ale on poszedł gdzieś na podwórko, zaczął się bawić z kolegami i zapomniał o swoim żarciku na młodszej siostrze. Sama nie wiem, jak długo siedziałam w mroku, wyglądając przez dziurkę od klucza w nadziei, że pojawi się któreś z rodziców. Dla mnie, subiektywnie, minęła całą wieczność. W samotności zaczęłam tworzyć własny świat. Płaszcze, palta, kożuchy i koszule były mieszkańcami mojej krainy ciemności. Przystojny centaur w marynarce ojca i dwóch parach garniturowych spodni. Rusałka wabiąca wędrowców w koszuli nocnej matki. Widziałam ich wszystkich tak wyraźnie, jakby istnieli naprawdę. Ale gdy chciałam dotknąć któregoś z nich, przytulić się do ciepłego ciała, znajdowałam tylko cuchnące naftaliną ubrania. Kukiełki z powietrza i materiału. I kiedy w końcu brat litościwie wypuścił mnie z szafy, grożąc, bym nic nie mówiła rodzicom, straciłam ochotę, by dotykać prawdziwych ludzi. Z obawy, że i oni okażą się fałszerstwami.

Przełykam ślinę, czując nerwowy ścisk w żołądku. Zawsze trudno mi było wykrzesać z siebie odpowiednią reakcję. Zwłaszcza w przypadku nas dwojga – blisko siebie, a jednak nie do końca razem.

Powinienem być czulszy? Czy może bardziej niewzruszony?

Wyciągam dłoń, by przytulić ją ostrożnie, powiedzieć, że wszystko będzie dobrze. Ale ona kuli się w sobie, jakby szóstym zmysłem przeczuwała mój zamysł.

Czego się boi? Przecież wie, że nie jestem kukiełką. Nie mam na sobie nawet kawałka ubrania.

– Chcę zostać sama – mówi cicho.

Sens dociera do mnie powoli. Nie chodzi jej tylko o dzisiejszą noc.

Widzę brzytwę, która przyciska się do mojej skóry i od czoła aż do stopy ryje słowo NIEWYSTARCZAJĄCO.

– Jesteś pewna? – pytam.

– Nie. Nie jestem – odpowiada.

I na tym kończy się nasza znajomość.

Zbieram swoje ubrania z poczuciem klęski. Może są jakieś słowa, które mógłbym teraz wypowiedzieć – magiczne zaklęcia łatające dziury w sercu, cofające czas. Może są, ale ja jak na złość nie znam ani jednego. Nigdy nie znałem nic poza tą prostą, bolesną prawdą: ja kocham ją, a ona nigdy nie pokocha mnie.

Ten piękny obrazek od początku wisiał krzywo. A ja przekrzywiałem tylko głowę, by wmówić sobie, że wisi równo. Aż do bólu.

Uciekam z jej mieszkania cicho jak złodziej. Gdy przywołana winda dociera na piętro, opuszcza ją pięćdziesięcioletnia kobieta w metalowym hełmie. Drzwi za mną otwierają się po raz kolejny i na korytarz wychodzi znajomy policzkarz. Mijają się w progu. Widocznie nadszedł czas na drugą zmianę.

Zjeżdżamy windą we dwóch: ja i jej oprawca. Mundurowy ani na chwilę nie zmienia wyrazu twarzy, mimo że właśnie skończył służbę. Wiem, że czuje gniew uchodzący ze mnie w chrapliwym, nosowym oddechu; że widzi w lustrze świat moich fantazji, w którym duszę go gołymi rękami, przegryzam tętnicę, wystawiam łeb za automatyczne drzwi i pozwalam im zatrzasnąć się na szyi… Żadna z tych rzeczy nie zmieniłaby jednak faktu, że świat nie pozwoli jej zaznać szczęścia, choć zasługuje na nie bardziej niż ktokolwiek, kogo znam. Dlatego w pokoju docieramy na parter, opuszczamy windę i rozchodzimy się każde w swoją stronę.

W drodze na dworzec mijam dwa koty i ani jednego człowieka. Jest trzecia. Miasto śpi albo wymarło niepostrzeżenie, gdy kochałem się z nią po raz ostatni.

Wyobrażam sobie wszystkich mieszkańców rzuconych na złotą wycieraczkę przed bramami Raju; świętego Piotra potykającego się o nich w drodze do pracy, gubiącego klucze. Może tak właśnie wygląda każdy dzień jego życia po życiu. Pokot śmierci na progu i żadnego sposobu na niebie i ziemi, żeby go odegnać.

Tak już widocznie musi być.

 

Kiedy nad ranem wracam do kamienicy, wieloryb nadal leży na mojej wycieraczce. Leży właściwie na wszystkich wycieraczkach, których sięga jego cielsko, ale nie mam wątpliwości, że zostawiono go właśnie dla mnie.

Przykładam czoło do chłodnego boku zwierzęcia i zamykam oczy. W mojej głowie rozlega się krzyk: nieustający, oparty na jeden nucie. Jak długo tam był? Kilka godzin? Czy może zaraz od pierwszego dnia, kiedy ją poznałem? Tak bardzo przywykłem do tłumienia go w sobie, że nie jestem w stanie określić.

Drzwi do mieszkania są tuż obok – wystarczy zrobić krok nad płetwą. Jednak gdy wreszcie się poruszam, idę w głąb korytarza i staję przed lekko rozwartą paszczą.

Może to dziecko, które widziałem na zdjęciu kolegi, pojawi się na wycieraczce, gdy zniknie wieloryb? Ludzie zaniosą je, gaworzące, do mojego mieszkania, ono zaś wolno acz nieuchronnie przejmie moje życie. Może będzie je żyło lepiej ode mnie. Z drugiej strony, może nie będzie już nic.

Rozwieram paszczę i przez fiszbiny, śluz i martwe organy wczołguję się do środka mięsistym kanałem. Rankiem wieloryb zniknie z mojej wycieraczki, by nigdy nie powrócić. A ja zniknę razem z nim.

„Nawiedzona wagina” by Carlton Mellick III (fragment)

In Fragmenty książek, Różne, różniste on 1 sierpnia, 2019 at 11:09 pm

Niedobroliterkowa redakcja wstydzi się. Tak, strasznie się wstydzimy i posypujemy głowy popiołem, bo nie my jako pierwsi piszemy o tym, że po latach oczekiwania wreszcie w Polsce ukazała się książka tytana bizarro fiction Carltona Mellicka III. „Nawiedzona wagina” została niedawno wydana przez wydawnictwo Dom Horroru, dzięki uprzejmości którego prezentujemy Wam pierwszy z rozdziałów wspomnianego dzieła. Tak, nie przewidziało Wam się. „Nawiedzona wagina” to pozycja, która da Wam znacznie więcej satysfakcji, niż się spodziewacie!

Nawiedzona wagina (rozdział I)

Bałem się uprawiać seks ze Stacy, od kiedy odkryłem, że jej pochwa jest nawiedzona.

Kiedy się poznaliśmy, zupełnie tego nie zauważyłem. Wydawało się, że wszystko z nią w porządku. A nawet lepiej niż tylko w porządku. Była świetna! W każdym razie przez pierwszy rok. Po zaręczynach Stacy przeprowadziła się do mnie i wtedy odkryłem dziwne dźwięki, które wydawała przez sen. Początkowo myślałem, że po prostu chrapie. Potem, że nie wyłączyliśmy telewizora. Słyszałem głosy w ciemności – szepty, potem śmiech. Potem płacz. Potem zawodzenie. Dźwięki były przytłumione, ale z każdą nocą stawały się coraz wyraźniejsze.

– Skąd, u licha, pochodzą te dźwięki? – spytałem Stacy pewnego wieczora.

– Że co? – Zamrugała, wyrwana ze snu.

– Słyszę głosy dobiegające ze ścian – powiedziałem.

– Och… – odpowiedziała.

– Serio – kontynuowałem.

– To nie ze ścian – powiedziała.

– To ze mnie.

– Z ciebie?

– Ze środka – odparła, odkrywając kołdrę i wskazując na swoje krocze.

Parsknąłem.

– Posłuchaj – powiedziała, ściągając moją głowę w dół  i przyciskając ucho do swojej waginy. Jakbym słuchał szumu oceanu we włochatej muszelce z ciała.

– Jaja se robisz!

Zachichotała. Pewnie żartowała.

Ale wtedy to usłyszałem…

Głos w niej.

Nie rozumiałem słów. Kobieta płakała i bełkotała w jakimś chorym języku. A potem wrzasnęła mi prosto w ucho, a ja wyskoczyłem spomiędzy nóg Stacy.

Moja dziewczyna śmiała się ze mnie, mrużąc ciemnobrązowe oczy.

– Co jest, do cholery! – wrzasnąłem.

– Mówiłam! – powiedziała.

– Co to jest?

– Duch – odparła.

– Co?!

– Jestem nawiedzona – powiedziała, dotykając swojej pochwy z uśmiechem.

– W jaki sposób duch dostał się do środka?

– Nie wiem – odrzekła.

– Jest tam już od dawna.

– Czemu nic z tym nie zrobisz? – spytałem.

– Co ja mogę zrobić?

– Nie wiem… po księdza zadzwoń?

– A co ksiądz poradzi? Wetknie tam krzyż i wypędzi duchy?

– Może…

– To naprawdę nic wielkiego. Przywykłam.

– Jak… – Właściwie to nawet tak mi się podoba.

Skrzywiłem się do żaglówki na obrazku na ścianie za nią.

– Tak – powiedziała, rozkładając nogi w poprzek moich kolan.

– Kto inny ma nawiedzoną waginę? – Spłaszczyła gąszcz włosów łonowych i rozciągnęła wargi sromowe w celach badawczych.

– Moich poprzednich facetów to kręciło.

Potrząsnąłem głową, kiedy się uśmiechnęła. Mnie to odrzucało. Ale fakt, że bałem się jej waginy, wydawał się ją podniecać.

Kochaliśmy się zaraz potem. Dla niej był to nasz najdzikszy akt seksualny ze wszystkich. Trzymała mnie pod sobą, ssąc moją dolną, spierzchniętą wargę, podczas gdy penis wsuwał się w jej nawiedzone rejony. Czerpała przyjemność z wyrazu przerażenia na mojej twarzy. Dla mnie było to najbardziej krępujące seksualne doświadczenie w życiu. Przysięgam, że tamtej nocy czułem dziwne rzeczy w jej wnętrzu. Upiorny oddech na czubku fiuta.

 

Byliśmy jednak tak szaleńczo zakochani! Nie brałem pod uwagę odejścia z powodu ducha w jej pochwie. Była dla mnie wszystkim. Tak ∞ ją kochałem! (Znaczy nieskończenie).

Pochłaniała mnie od naszego pierwszego spotkania. Poznaliśmy się w autobusie, przypadkowo zasypiając, moja głowa na jej kolanach, przykryta kocem jej brązowych loków, gorący oddech na moim karku. Kiedy się obudziliśmy, powiedziała: „miło było”, a ja się uśmiechnąłem. Była bardzo wysoka, zwłaszcza jak na Azjatkę. Prawie trzydzieści centymetrów wyższa ode mnie. Miała jedwabiste, kręcone włosy i nosiła małe, owalne okulary.

Powiedziała, że ma wygodne łóżko, w razie gdybyśmy chcieli kontynuować sen. Zgodziłem się, sądząc, że ma na myśli seks. Całą drogę do domu świeciłem oczami, próbując ukryć wzwód pod płaszczem. Ale ona naprawdę chciała tylko spać. Było późno. Oboje wracaliśmy z drugiej zmiany. Poszliśmy do jej małego mieszkanka o podłodze zasłanej praniem – upierała się, że jest czyste – i rozebraliśmy się do koszul, bielizny i skarpetek.

Miała rację. Łóżko zdecydowanie było wygodne. Największe, najbardziej puchate w jakim kiedykolwiek spałem. Przytulała mnie całą noc jak misia. Nawet nie znaliśmy naszych imion, ale były to najmilsze momenty, jakie kiedykolwiek spędziłem z drugą osobą.

Przedstawiliśmy się sobie następnego ranka.

– Steve! – powiedziała, wyskakując z łóżka na kuchenny blat. – Nie znoszę tego imienia! Widziałem jej kakaowe sutki przez T-shirt. Musiała zdjąć stanik jakoś w nocy.

– Przykro mi… – odparłem.

– Ha, ha! – powiedziała, wyciągając zębami lucky charma z pudełka. – Kiedy chcesz to znowu zrobić? – spytała.

Wzruszyłem ramionami.

– Dziś wieczorem?

Przytaknąłem, zakładając spodnie.

– Do zobaczenia w autobusie – powiedziała, kiedy wychodziłem.

Przez trzy tygodnie spaliśmy tak razem. Żadnego seksu. Nie całowaliśmy się. Nigdy nie zdjęliśmy nic więcej niż spodnie. Tylko śniliśmy razem.

Krótkie rozmowy. Żadnych randek. Nie poznawaliśmy się. Tylko spanie. Traktowała mnie jak żywą przytulankę.

 

W końcu zaczęliśmy rozmawiać.

Dowiedziałem się, że jej ulubione danie to nadziewane liście winogron, a wszystkie jej ukochane filmy to produkcje rosyjskie. Urodziła się w Tajlandii, ale została adoptowana przez bogatą rodzinę Afroamerykanów, zanim jeszcze nauczyła się chodzić, w związku z czym spędziła większość życia na bogatych przedmieściach Los Angeles. Studiowała dziesięć lat tutaj, w Portland, uzyskując dyplomy na wszystkich możliwych kierunkach. Nie interesowała jej kariera. Po prostu lubiła uczyć się nowych rzeczy, a jej rodzice płacili za wszystko, aż skończyła trzydzieści lat. Wtedy odcięli ją od portfela i musiała znaleźć pracę. Niestety dyplomy z filozofii, historii, rosyjskiego, antropologii, psychologii i humanistyki okazały się bezużyteczne na rynku pracy, więc zatrudniła się w jednym z tych hipsterskich butików odzieżowych w centrum. Wtedy odkryła, że projektowanie ubrań to jej życiowa pasja i od tamtej pory oszczędzała na powrót do szkoły.

 

– Ja nigdy nie byłem w koledżu – wyjawiłem.

– Nigdy, przenigdy? – dopytywała.

– Chciałem zostać muzykiem. Śpiewałem i grałem na gitarze. Chciałem być jak Beck lub ten koleś z Soul Coughing. Poddałem się po dziesięciu latach, podczas których niczego nie osiągnąłem. Tłumy mnie nie pokochały. Kluby nocne przestały mnie zapraszać. Wciąż grałem na scenie otwartej w Produce Row, ale w końcu to rzuciłem. Miałem dość braku aplauzu. Dość ignorujących mnie ludzi, którzy gawędzili przy stolikach, jakby mnie tam nie było. Jedna wielka strata czasu.

– Czy granie cię uszczęśliwiało? – spytała.

– Tak – odparłem. – No to nie była to strata czasu – powiedziała.

Wtedy zrozumiałem, że jestem w niej zakochany.

 

Kilka miesięcy później wciąż jednak nie zdawałem sobie sprawy, że ona czuje to samo. Powtarzała, że jestem mały i słodki, ale to niczego nie dowodziło. Terier też taki jest,  a ja chciałem, żeby kochała mnie bardziej niż teriera.

Pierwszy raz kochaliśmy się w dniu, w którym dowiedziałem się, że odwzajemnia moje uczucia. Spacerowaliśmy po parku, niedaleko muzeum sztuki, rozmawiając o muzyce. Mówiła, że chce skonstruować theremin i założyć zespół. Spytałem, czy mogę dołączyć. Zaprzeczyła. Chciała grać Schuberta i Debussy’ego na thereminie, uważała, że nie pasowałbym. Potem rozmawialiśmy o planach interpretacji Śmierci i dziewczyny i jak chciała ją dopasować do przedstawienia bondage.

Idąc, minęliśmy parszywego bezdomnego. Miał ze czterdzieści lat, spał na ławce, drżący i przemoknięty. Rozpoznałem go. Miał na imię Donut. A w każdym razie tak zwracali się do niego kolesie. Niewiele myśląc, zdjąłem płaszcz i okryłem go nim. Dziwne, bo latami nie dawałem bezdomnym nawet drobnych. Dawno temu, po przeprowadzce do Portland, robiłem to codziennie. Jeśli miałem drobne i ktoś o nie poprosił, oddawałem. Ale w końcu przestałem. Głównie dlatego, że przeszedłem na płatności kartą. Zwyczajnie nie miałem monet. Ale i tak o nie prosili. Za każdym zakrętem, dzień za dniem. Kiedy miałem drobne, nawet nie dziękowali. Kiedy przepraszałem za ich brak, wkurzali się i pluli mi na buty. Donut był z nich najgorszy. Krępy, czarnoskóry facet w jaskrawopomarańczowym swetrze warował w okolicach Pioneer Square. Nie od razu prosił o drobne. Najpierw pytał, czy mam jakiś problem z czarnymi. Mówiłem, że nie. Potem prosił o drobne. Dawałem, jakby udowadniając, że nie mam problemu z czarnymi. Wtedy on ciągnął za mną całą przecznicę, prosząc o nieco więcej. Oddawałem mu, ile miałem, nawet dolara czy dwa. Znów prosił o więcej. Jeśli kiedykolwiek odmawiałem, nazywał mnie rasistą.

– Och, więc teraz jesteś skinheadem – mawiał. – No to sieg heil, skinheadzie! – i wrzeszczał tak dwie kolejne przecznice. – Sieg heil! Sieg heil!

Po kilku takich konfrontacjach zacząłem unikać wszelkich interakcji z bezdomnymi. Nawet na nich nie patrzyłem. Ale wtedy, podczas spaceru w parku, oddałem Donutowi mój płaszcz za dwieście dolców, temu samemu Donutowi, który wyzywał mnie od rasistów, kiedy nie dostał drobnych. Sam nie wiem, dlaczego to zrobiłem. Wcale nie chciałem oddać mu płaszcza. Nie musiałem niczego udowadniać. Po prostu zobaczyłem kolesia marznącego na ławce i przykryłem płaszczem, a potem poszedłem dalej. Może to z powodu Stacy. Może czułem się po prostu tak szczęśliwy, idąc obok niej, że chciałem uszczęśliwić kogoś innego. Nie wiem. Kiedy Stacy zobaczyła, że oddałem płaszcz, jakby to była zupełnie zwyczajna, codzienna czynność, zatrzymała mnie, pochyliła się i złożyła na moich ustach głęboki pocałunek, a potem wyznała mi miłość. Jej oczy błyszczały. Kochaliśmy się tej nocy, po czym jej puchate łoże szybko zostało przestawione do mojego domu.

 

Niedługo potem znów natknąłem się na Donuta. Wciąż wyzywał mnie od nazistów, nosząc mój płaszcz za dwieście dolców na pomarańczowym swetrze. Nie mogłem przestać się uśmiechać. Krzyknął swoje sieg heil, a ja i tak się uśmiechałem. Widać było, że wkurzyło go to jeszcze bardziej, bo zagroził, że mnie spierze na kwaśne jabłko, ale tamtego ranka czułem się tak szczęśliwy, że nic mnie nie ruszało.

/…/

PS. Zainteresowanych zakupem „Nawiedzonej waginy” odsyłamy na stronę wydawnictwa Dom Horroru:

http://domhorroru.pl/

bądź do księgarni, których listę znajdziecie poniżej:

http://lubimyczytac.pl/ksiazka/4881259/nawiedzona-wagina

 

 

 

 

 

 

 

„Adam, muchomory, gałeczka, esesmany” by Maciej Żołnowski

In Opowiadania on 6 lipca, 2019 at 6:00 am

Dziś będzie długo i na temat. Czy raczej na tematy (mroczne/złe/groźne i niegroźne). Wiele różnych tematów porusza bowiem w swoim najnowszym opowiadaniu Maciej Żołnowski. Maciej, jak na niego przystało, serwuje jazdę nie tylko bez trzymanki i z górki, ale jeszcze wspomaganą pewnymi specyfikami „medycyny” ludowej. Jeśli zatem macie ochotę skosztować nowostarych treści, podanych w sosie z muchomorów (i przeżyć!), mocno zapraszamy!

    Adam, muchomory, gałeczka, esesmany

Nie wiem, jak to się zaczęło. Komuś się zachciało i o tym pomyślał, ktoś inny myśl tę podłapał, tak, jak łapie się biegunkę albo grypę żołądkową, a następnie wypowiedział na głos. Po prostu obaj pewnego razu postanowiliśmy spróbować prastarej słowiańskiej magii i wywędrować gdzieś daleko za Siedem Gór i Rzek w celu odnalezienia rzeczonej pięcioliterowej, o której mowa w toku dalszym i bliższym opowiastki. Wystarczyło ją tylko pokroić w plastry, ususzyć i poporcjować. A efekt-odlot murowany!

Ale najpierw należało ją zdobyć, a właściwie – znaleźć, gdyż nasza ambicja nie pozwalała nawet myśleć o możliwości pozyskania grzybków halucynogennych via Internet, na przykład przez eBaya. Zresztą mieszkaliśmy w Carpathian Mountains, górach, z tymi wszystkimi grotami, pieczarami, pieczarkami, opieńkami, niedźwiedziami, rysiami, kunami, tchórzofretkami i cholera wie, czym jeszcze. To tutaj żyli Janosik z Jurandem ze Spychowa, ale to raczej stare dzieje, nie ta bajka. (Co do Juranda, to nie jestem pewien, gdyż zawsze mi się myli Biskupia Kopa z Kupą Szkopa i gdzie leży Krym, a gdzie Rzym. A Janosik? On nie nasz, nie mój ci on, cudzoziemski gość, więc też tak jakby się nie liczy). Było więc grubo, przaśnie i trochę strasznie, co zaś to wszystko oznacza, to się rozumie już samo przez się. Powiem jedno: ADRENALINA!

Rzekło się, że mieszkamy w górach. Tak naprawdę tylko ja mieszkam. Lecz kumpel najlepsiejszy bywa tutaj dość często, jadąc z Krakowa przez Rzeszów, Puck i Ostrawę… do Gdańska! Bawi w domu letniskowym swoich staruszków z kuną dochodzącą-dozorującą na poddaszu. (Musi się bawić ostro fest, skoro myśląc o Bałtyku wali centralnie na południe. Poza tym kunowate strasznie, ale to strasznie w nocy harcują. Trzeba więc naprawdę solidnie się znieczulić, ażeby choćby myśleć o spaniu na takim zakunionym poddaszu. Ot, taka dygresja).

Tamtego roku warunki środowiskowo-obiektywno-subiektywne były spoczko. Te pogodowe zresztą też: koniec lata, koszmar minionego lata, właściwie jakoś tak bardziej środek jesieni, w każdym razie – jeszcze nie zima. Pamiętam, że przez cały dzień studiowałem wraz z Adamem mapę Górek i okolic Brennej, a przez kolejne pół zapoznawałem się z tym, jak w ogóle grzybki wyglądają, bo wstyd się przyznać, ale nie wiedziałem wtedy nic a nic na ich temat. Pojęcia bladego nie miałem, że mają długie, smukłe ogonki, szpiczaste kapelusiki z małą brodawką pośrodku i że rosną z dala od lasu na podmokłych łąkach i pastwiskach, kompletnie zasranych baranim, tudzież końskim łajnem. Jeśli ktoś szuka ich w lesie, to traci czas.

Wziąłem do ręki mapę i zacząłem rozglądać się za upragnioną polanką, szperałem też w wewnętrznym CPU – w kłębowisku swych myśli, gdyż pamięć miałem niezgorszą. O dziwo Pogórze Cieszyńskie, już całkiem prawie zabudowane i zurbanizowane, nie grzeszyło jakąś oszałamiającą ilością terenów trawiastych o bliżej nieokreślonym przeznaczeniu. Nie istniały tutaj żadne osławione przestrzenie wolności, czy czegoś tam. Stepów krymskich byś, bracie, nie uświadczył, no chyba, że w szkolnej bibliotece góreckiej. Hale znajdowały się co prawda w samych górach, ale to były hale, a myśmy poszukiwali łąk zwyczajnych, niczym niewyróżniających się spośród wielu innych, oprócz tego, iż znajdować się miały na gruntach podmokłych i żyznych aż do bólu (głowy).

Nastał dzień zbioru, na który obaj tak bardzo czekaliśmy. Spotkaliśmy się na mostku przy Szpotawickiej, zrobionym na równi z korników, glizd oraz drewna. Zabrałem z domu mapę plus pusty słoik na łysiczkę. Mapa była laminowana, a słoik: szklany, litrowy. Tak: LITROWY! Pustka z niego mogłaby spokojnie wypełnić mój zakuty łeb, gdyż gotowałem się na nie wiadomo jaki sukces. Boże, jak mogłem być tak potwornie głupi i zakładać, że znajdę cokolwiek, i to za pierwszym razem. Już planowałem atrakcyjny dla podniebienia sposób konsumpcji upragnionego towaru.

– Czy grzybki zjem z waflem „Grześkiem” czy z „Pawełkiem”? Czy raczej z jogurtem „Pawlaczkiem”? Nieeee! Najlepiej, jak od razu popiję wszystko mlekiem! Chociaż nie, to by oznaczało kłopoty. Praczka mogłaby mieć potem sporo roboty.

W taki oto sposób dawałem upust swojej arogancji połączonej z naiwnością i niewiedzą.

Adaś tymczasem zachowywał się w sposób bardziej wstrzemięźliwy. Nie czekał na odroczoną w czasie niespodziankę, tylko otworzył ją z psykiem i udał się od razu do sklepu po następne zimne z lodówki.

– To, że piwo jest z lodówki, wcale nie oznacza, że jest zimne, no bo przecież mechanizm chłodniczy może być wyłączony albo popsuty, co nie? – zagaił filozoficznie. – Skusisz się, Macieju?

– W życiu! Szlag! Nie po to tutaj przyłaziłem taki kawał w ten mglisty i parszywy czas.

A jednak dałem się namówić na jedno rozruszanie wewnętrznych trzewi, przygotowanie narządów trawiennych i zaostrzenie apetytu przed konsumpcją. Nie wiem, co mi po głowie chodziło. Chyba miałem zamiar zbierać te łysiczki i od razu też je wcinać w ramach obiadokolacji.

Za sklepem znajdowała się prowizoryczna ławeczka dla stałych bywalców i być może warto coś o niej opowiedzieć tak pokrótce. No więc, cóż, nie chcieliśmy dudlić niczego na miejscu, lecz woleliśmy wziąć na wynos, ale tak czy owak musieliśmy przechodzić obok tej właśnie ostoi folkloru i góralskiej muzyki. Oczywiście zostaliśmy zaczepieni przez słynnego w całej wsi pana Henia, czy jak mu tam było, człowieka bardzo, bardzo przedsiębiorczego:

– Ej, chłopaki! Nie dalibyście no złotówki na chleb?

Na chleb mu dałem, bo to jest dobra i smaczna zagrycha do… Po minucie ujrzałem, jak pan Heniu, czy jak mu tam, wychodzi zadowolony ze spożywczaka z samym tylko halnym w dłoni. Kozacki gość!

– A gdzie zakąska? Gdzie chlebuś? – Aż chciałem zapytać, ale koniec końców dałem spokój. A niech mu na zdrowie wyjdzie, nadmiar i tak wyleje.

Na odchodne, usłyszeliśmy jeszcze jego ochrypły głos. Brzmiał niczym monolog wewnętrzny jakiegoś natchnionego mędrca:

–  Ej, ta pogoda jest jak kobita. Bywa zmienna. Czasem pada deszczyk, czasem nie. Niekiedy zalega śnieg i świeci słonko, innym razem mgły gęste snują się po okolicy i nic, ale to nic kompletnie nie widać, w dupę jeża! Latem bywa na ogół urokliwie. Jesień pełna jest melancholii i zadumy. A zima? Lepiej nie mówić! Smuci się, bo przyszło jej zimą być. I choć pory roku są oficjalnie cztery, to aury tak naprawdę mamy dwie: tę dobrą i tę bardzo dobrą. Aura jest jakaś zawsze, panie, wiadomo. Tylko że może ona być, tentego, albo chmielna (wtedy, kiedy umieramy z pragnienia), albo żytnia (wtedy, kiedy męczy kac, jest mroźno, a my umieramy z przepicia). Ej, ta pogoda, ta pogoda!

Po godzince od wyjścia z domu stanęliśmy niczym te bure szaraki na ciemnozielonej łące (na mapie miałem ją opisaną jako „Marchewkowe Pole” albo raczej „Polo Marchew” czy jakoś tak). Gdybyśmy postali na niej jeszcze przez chwilę, pewnie zacząłbym śpiewać: „na zielonej łączce pasły się zające”. Była pusta i wodą zlana, a dalej rozpościerał się las. Deszcz padał albo nie, i tak wszystko było zawilgocone i parowało.

Padłem na kolana jak jakiś muzułmanin, nosem przycupnąłem do gleby i zacząłem okładać teren oraz poszczególne kępy, niebędące posłankami o imieniu Beata, i jąłem przeczesywać pojedyncze kłosy trawska, gdyż nie chciałem tracić cennego czasu, którego sporą część i tak już zmitrężyłem pod monopolowym. Adaś musiał mieć ze mnie niezły fun, albowiem stał z boczku i z uśmiechem politowania przyglądał mi się z góry, nie brudząc sobie rączek, które notabene miał zajęte.

Tylko ja zbierałem naprawdę, a ten, co się opierdzielał, zaabsorbowany był otwieraniem trzeciego browca dla fachowca, leniwca, tankowca. Ja rozumiem, że jeśli się coś odkapslowało i z tego czegoś zaczynają uchodzić nachalnie gazy, to chyba nie poprzestaje się na zadumie nad samą impresją bąbelkową, którą by można było zatytułować – dajmy na to tak – „Portret z kolegą, otwieraczem, pustym słoikiem na łysiczkę oraz mgłami nadobnymi unoszącymi się gdzieś w tle – scena alegoryczna, zbiorowa pędzla Hesusa van Boha”.

– Gdzie jesteście, małe kurduple!? Ukażcie no się! Już ja wam pokażę! I ogonki z dupy powyrywam! – wykrzykiwałem na cały głos. – Nie ma łysiczek, kurna, no nie ma!

Końcówka września, aura odpowiednia, wilgotność taka, że można by scyzorykiem powietrze kroić jak gąbkę albo inną galaretowatą meduzę, miejscowe barany też się posra… postarały i wszystko dokumentnie zapaskudziły. I co z tego, skoro te wypierdki nie chciały się dać znaleźć. Może coś źle robię? Mówię o sobie, bo Adaś tylko stoi i zachowuje się pasywnie, głupkowato się przy tym uśmiechając.

Trzeba mieć wiarę, wiarę i nadzieję. Głowa do góry! Wiara to podstawa, nadzieja też. Jest jeszcze miłość, ale ta została u mnie na kompie ze stałym dostępem do curvage.org. Czasem chodzę do kościoła, to wiem, co w trawie piszczy i w ogóle znam się na cnotach teologalnych. Może łąka jest jakaś nie teges, nieodpowiednia, trefna, nie taka, jaką ją Bóg stworzył i jaką łąka o tej porze roku być powinna, nie ma tego czegoś, co mają inne, te zagrzybione i zasrane. Ale czego nie ma? Czego!? Oto i tajemnica, zagadka jak z dobrego, szwedzkiego kryminału. No może nie z kryminału, ale jednak wciąż zagadka.

–  Zdaje się, że ta trzaśnięta babka Jaga, co żeśmy ją spotkali przed chwilą, jak szliśmy, była tu dziś rano i wszystkie grzyby sprzed nosa nam sprzątnęła. Jak myślisz, Macieju? – filozoficznie wypowiedział się Adaś, za jednym razem rozprawiając się ze zbiorem zdarzeń możliwych z potencjałem ogromnego nieprawdopodobieństwa.

Kurduple występowały całymi rodzinami, najczęściej w skupiskach po kilkanaście sztuk. Nieskończenie długaśny ogonek sam wychodził z ziemi, jak się ciągnęło za mały kapelusik, nabrzmiały od psylocybiny. Kolorek wahał się od brązowego aż po herbaciany, lurowaty. I można je było łatwo pomylić z pospolitymi psiakami oraz przydrożnymi twardzioszkami, nawiasem mówiąc również psiakami. A wrzesień, ach, ten wrzesień, z tak typowymi dla siebie porannymi przymrozkami i przecudownym babim latem, był dla kurdupli miesiącem wprost wyśnionym, wymarzonym. Do tego jeszcze te wiecznie nienażarte owce i barany, pasące się tu, ówdzie, wszędzie.

Szukałem dalej, nie chcąc i nie mogąc uwierzyć, że może ich nie być. Na szczęście, jak wychodziłem z domu, zabrałem ze sobą cztery sproszkowane gałeczki muszkatołowe, które teraz mogły nieco osłodzić czas porażki. Miałem już wcześniej do czynienia z halucynogennymi nasionami i wiedziałem, że ich goryczka średnio nadaje się do ulepszania smaku czegokolwiek. Na szczęście w pobliżu znajdował się ów sklep z ławeczką, gdzie można było w razie „wu” zaopatrzyć się w jogurt i to z nim, w wersji pitnej, wespół w zespół dokonać aktu konsumpcji wspomnianej gały.

Tymczasem kształty powoli rozpływały się w wieczornej mgle, wszystko się rozmywało i wymykało zmysłowemu oglądowi rzeczy, robiło się coraz szarzej i szarzej, a trawa nabierała brunatnego, jednobarwnego, zajebistego odcienia. Nie było innej rady – wstałem i otrzepałem portki z rosy, Adaś dokończył piwo, a potem obraliśmy jedynie słuszny kurs na sklep.

Przed monopolowym doszedł do naszych uszu znajomy, chrapliwy głos żula:

– Niedźwiedź szedł szlakiem, widziałem. Kamera monitoringu go uchwyciła. Szedł drogą, a nie chaszczami. Nie to co ja. A co sobie będzie życie utrudniał, spryciulek!

Myślę sobie: „o nie, tylko nie pan Heniu”. A jak nas spostrzegł, natychmiast spauzował i przeszedł do sedna spraw poważnych:

– Ej, chłopaki! Nie dalibyście no złotówki na chleb?

Na chleb mu dałem, bo to jest dobra i smaczna zagrycha. Na efekt swojego hojnego gestu nie musiałem długo czekać, bo po minucie ujrzałem, jak wychodzi ze sklepu z zimnym halnym. „Gdzie zakąska?”, tym razem nie myślałem nawet pytać. Niech mu na zdrowie wyjdzie, a nadmiar wypryska.

I my także zakupiliśmy parę browców (nie, nie halnych) i kilka jogurtów w płynie, czyli takich trochę, no, bardziej jakby mlecznych, mniej serowych. A potem udaliśmy się w ciemny las, pamiętając rzecz jasna, że czołówki mamy schowane w plecakach razem z resztą ekwipunku i innego badziewia. Zamierzaliśmy przejść się trawersem myśliwskim, który znaliśmy z opowiadań starego myśliwego, Zbycha Rogali, a który nie był nawet zaznaczony na mapie, albowiem życie pełne jest tajemnic, nie? Na odchodne usłyszeliśmy jeszcze kolejny monodram henrykowski (i pomyślałem nawet, że ktoś się tutaj z nas nabija):

–  Idę na czworakach. Brodzę w śniegu, głębokim, nieubitym; w śniegu jakby ze snu Królowej Zimy. Staram się, panie, przejść góry, minąć zaspy, równomiernie rozkładając ciężar ciała na dwie, a nie na jedną parę kończyn. Ale to nic kompletnie nie daje i oczywiście cały grzęznę po pas. Gubię bochenek chleba oraz mój ulubiony, nieodzowny podczas takich eskapad, otwieraczyk do piwa, które wylatują niezauważenie z niedomkniętego plecaka. Zakopuję się w śnieżnej zaspie i ostatecznie podejmuję decyzję o odwrocie – mniemam, że słuszną! A cóż mam począć innego?! Oj, nie dla mnie jest ta oto Hala Czworaka, na czworaka nie zdobyta. Nie dla mnie!

Szliśmy długo. Nie przypominam sobie, abyśmy wcześniej kiedykolwiek tamtędy wędrowali. Niby ta sama wieś, a jednak wszystko się różniło od Górek, które znaliśmy: inni ludzie, inna aura, inna energia miejsca.

Wymieniliśmy między sobą jedno, dwa spojrzenia porozumiewawcze. I już wiedzieliśmy, że sytuacja dojrzała do tego, ażeby zaaplikować sobie jogurcik z gałeczką, jogurcik muszkatołowy. Boże! W życiu nie piłem czegoś równie ohydnego, choć znałem przecież od podstawówki smak piwnej goryczki. Miałem wcześniej raz tylko do czynienia z roślinką Myristica fragrans i pamiętam, że byłem po niej strasznie pobudzony, rozweselony i kreatywny (pamiętam też, że mi stanął, ale nie będę się może chwalił takim detalem). Nie sądzę, aby zachował się jakikolwiek, choćby i najmniejszy ślad mojej fazowej kreatywności: jakiś wierszyk albo piosenka. Cokolwiek!

I tak szliśmy, rozmawialiśmy, piliśmy, nie przystawaliśmy ani na sekundę. Być może wszystko potoczyłoby się inaczej, gdybyśmy nie doprawili się Adasiowymi muchomorami, zabranymi z domu. Nie przypuszczałem, jak bardzo się ucieszę z wysuszonej niespodzianki, a niespodzianek życie pełne jest, nieprawdaż? Powoli stawało się jasne, skąd na twarzy mojego najlepsiejszego od samego rana rysował się uśmiech od ucha do ucha i od psyka do łyka.

Efekt przyjęcia gałeczki mógł być zauważalny po upływie trzech godzin. Na skutki pożarcia grzybów nie trzeba było znowu aż tak długo czekać. W pewnym momencie Adaś postanowił sprawdzić, czy znalazł się już pod ich magicznym wpływem. Nie wiem, czego oczekiwał. Czy myślał, że wykona, ot tak, z marszu, rytualny taniec wedyjski, niczym po wypiciu soma? Nie wiem. Skończyło się na zaczepieniu przypadkowo napotkanej i Bogu ducha winnej wieśniaczki, walnięciu jej w twarz ostrym pytaniem i zgwałceniu (w)śródnocnej ciszy… znaczy się, pogwałceniu nocnej ciszy:

– Hello! Pani Jago, a daleko jeszcze na Jaworową?

– Boże, jak to daleeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeko!!! Ja raz tam była i już w życiu nie pójdę!!!

– A czy widziała pani Jaga UFO? – rzuciłem z głupia frant, starając się zmienić temat na bardziej lajtowy, gdyż zauważyłem pewne oznaki zaniepokojenia, wypisane na babcinej facjacie.

– Zdrowaś Maryjo! Ja żem widziała. U nas co drugi dzień ląduje, panocku.

– Aha! To z Bogiem! – Przyjąłem, zrozumiałem, osiągając trzy stany jednocześnie: nirwany, katharsis i kompletnego uchachania się, o, dżizas!

Potem rzuciłem do Adasia, nie zatrzymując się ani nie korygując tempa marszu, który powoli stawał się marszem-transem:

– Stary, masz jeszcze te muchomory? Dawaj!

Nigdy nie zapomnę swojego pierwszego razu z gałką. Po miesiącach wczytywania się w relacje internautów dotyczące jej przyjmowania, postanowiłem w końcu udać się do Leclerca po cztery opakowania orzeszków firmy Kotanyi. Nie były drogie: zapłaciłem niecałe dwa zeta za jedno opakowanie, w którym znajdowały się dwie niezmielone sztuki. Następnie wróciłem do domu, starłem je, zalałem zimną wodą i wszystko razem dokładnie wymieszałem. Jadłem, zapijając goryczkę słodyczą przesłodzonej aż do bólu pepsi. Generalnie: smak jest niefajny, ale w życiu bywają też i gorsze rzeczy, na przykład aviomarin. A oto, co pisze jeden z internautów, którego doniesienia są poniekąd zbieżne z moimi własnymi spostrzeżeniami.

 

Godzina dwudziesta. Rozpoczyna się jazda. Odczucia podobne, jak po trzech harnasiach albo czterech buchach marihuany.

Godzina dwudziesta pierwsza trzydzieści. Faza jak na zjaraniu się, śmiechawa, gastro, słuchanie muzyki wkrętowej. Moje oczy są czerwone i przymrużone. Występuje ospałość przeplatana z poczuciem mocy oraz dziwnymi ruchami w rytm muzyki. Zwiększone libido – idę w astralu obrócić jakąś panienkę, a kto mi zabroni?!

O godzinie dwudziestej drugiej minut pięć poczyniłem kilka interesujących spostrzeżeń. Pierwsze – takie, że jestem za bardzo zmęczony, ażeby – przepraszam za szczerość – spuścić się w… i tak dalej. Drugie – że film, który oglądałem na kompie i na który tak czekałem, okazał się produkcją amatorską z odrobiną artyzmu. Trzeba przyznać, że aktorka grająca główną rolę była przecudną kobietą, z którą mógłbym uprawiać seks przez cztery piąte swojego życia, no a resztę przeznaczyłbym na jedzenie, spanie oraz oczywiście ćpanie. Ostatni, optymistyczny wniosek jest taki, że orgazm i niespełnienie pozostawię sobie na deser.

Dwudziesta druga trzydzieści. Umysł jest przyciemniony, ukierunkowany na jakąś wybraną rzecz. Skupia się na jednej czynności i łatwo rozprasza. Przestała mu się podobać muzyka. Wycisza się. Rozmywają się literki na klawiaturze komputera.

O dwudziestej trzeciej odpalam playera. Leci Nirvana. Każdy najdrobniejszy kwant mojego jestestwa przeżywa swój autonomiczny orgazm. Czuję, że może być już tylko piękniej.

Ranek. Obudziło mnie zapalone słońce. To Bóg włączył światło gdzieś na wschodzie. Nie ogarniam chwilowego nieprzystosowania błędnika. Otwieram oczy, ale obraz jest rozmazany, a wszystko dokoła wibruje. Światła mnie rażą okrutnie i jestem jakiś odrealniony. Pięć, sześć orzechów na pierwszy raz to chyba za dużo. Czuję, że totalnie nie panuję nad swoimi odruchami, na dodatek mdli mnie. Rezygnuję z pójścia do kibelka i usiłuję się zdrzemnąć.

Dziesiąta – dwunasta. Sny są cholernie, ale to cholernie realne, takie, jakich jeszcze nigdy nie miałem. Spałem dziś od piątej do trzynastej jak zabity, ale snów, tych właśnie, nie zapomnę do końca życia – te barwy i kształty, te niematerialne światy i istoty. Czułem smak leśnych owoców, zrywanych prosto z krzaczków. Na drzewach rosły poziomki wielkości dyń, a ja te poziomki-giganty zbierałem. Lekkie, soczyste i miękkie, jak chmurki. Po prostu pyszota! To były takie fantazjo-wizje w cukierkowych kolorkach, z których nie chciałem się za nic obudzić. Całą moją obecną rzeczywistość przenikają cuda z tych przepięknych marzeń nocy, bo oto stałem się tym, co uzyskał wyższą świadomość i śni swoje własne życie, aby – w odpowiednim momencie, który niewątpliwie nastanie – zbudzić się po Aktywnej Stronie Nieskończoności. Jam jest gwiezdnym pyłem tejże Przenajświętszej Nieskończoności. Jestem, który jestem. 

I tak gałeczka dała mi właściwie dwa dni fazowania i dzień schodzenia, a post factum zagwarantowała dokładnie takie uczucie, jak na mocnym kacu (na mocnym, ale da się przeżyć). Może kiedyś, jak będę miał minimum cztery dni wolnego, spróbuję zaszaleć raz jeszcze. Wezmę pięć orzechów i zacznę wszystko odpowiednio wcześniej – powiedzmy – o dwunastej w południe najpóźniej.

A teraz czas na małe podsumowanko. Oto pozytywy: euforia, radość, filozoficzne rozkminy i ogólnie chillout, halucynacje, omamy, łatwość wkręcania najrozmaitszych jazd. Gałka okazuje się jedną z ciekawszych substancji pochodzenia roślinnego, z jaką się zetknąłem, godną polecenia zwłaszcza artystom (tym, którzy chcą uzyskać wgląd w Istotę Wszechrzeczy). Jest migotliwie schizofreniczna i daje namiastkę spokojnej ekstazy umierania, a także uczucie deformacji przestrzennej związanej z wielowymiarowością ludzkiego ciała. Jej głębokie oblicze rozpościera się na nieskończenie wiele podprzestrzeni wewnętrznych umysłów, które posiadam.         

 

Tak ogólnie, to naprzód wydarzyła się gałeczka, jogurcik i spora śmiechawa, grzybki pojawiły się dopiero później, pod sam koniec uczty i poszły na tak zwany drugi ogień. Teraz wszystko stawało się proste, życie stało się łatwe i przyjemne, a czerwonawe z kropeczkami wystarczyło tylko pogryźć, pogryźć, popić, jak w tej reklamie tabletek na ból głowy, z podłożonym głosem Krystyny Czubówny, o ile dobrze pamiętam. Durnowate anegdoty umilały wspólne wędrowanie: raz nawijał Adaś, raz ja. On zaczął. Zawsze zaczynał. Zawsze miał dużo do powiedzenia, tak jak dzisiaj:

–  Facet odśnieża ulicę i zaczyna na mnie wrzeszczeć: „Halo! A coś ty mi, Wacuś, tyle śniegu nawalił, co?”. No to ja do niego: „Panie, to nie ja, to Bóg we własnej osobie! Zima miała być sroga, tak czy nie? No tak! I jest! A wiesz pan, że Bóg nigdy, przenigdy nie nawala?”. Rozumiesz? Nie nawala, ha! Dobre, co?

–  Dobre. A posłuchaj tego. Mówi mi jedna, napotkana na szlaku babka: „Uważaj na dziki, leśniczy ostrzegał”. „Okej, będę ostrożny”… i idę dalej. W ciągu godziny wdrapuję się na, jak mu tam, Gronia. Patrzę, kurna. Oczom nie wierzę. A tam stoi ta tak zwana niespodzianka. Ale, w mordę jeża, coś mi się nie zgadza: kolorek jakby nie ten i w ogóle. Okazuje się, że to wietnamska zwisłobrzucha. Zagrodziła drogę. Koszmar! Muszę klaskać, ażeby łaskawie mnie przepuściła. A to świnia!

I tak miluśko czas płynął, a my wraz z nim; gadka, szmatka. Tymczasem Górki są już za nami. Wstępujemy w wilgotną, cichą otchłań lasu, niczym w niezbadane głębie tajemniczej groty, i żegnamy z zachodzącym z wolna słońcem, pozostawiając za sobą, niby Cieśninę Nadziei, niewielką poświatę w miejscu, w którym normalnie, przy ładnej pogodzie winna się owa gwiazdka na niebie znajdować. Idziemy gęsiego, gdyż wąska ścieżka, z gęstym baldachimem utkanym z krzewów i drzew, nie pozwala nam na zbyt wiele. Wonne rośliny… nie tyle nie drapią, co raczej muskają delikatnie i jakby z uczuciem nasze twarze i dłonie. Nie kaleczą nas. Cóż za wspaniałe doznanie! Pięknie jest. Nawet ziemia zdaje się oddychać pełną piersią, co czyni powoli i rytmicznie, a my – wraz z nią. Następują – kolejno – wdech i wydech. Wdech i wydech. Dopiero teraz – tak naprawdę – rozpoczyna się leśna przygoda, aventura, swoisty taniec modrookich wędrowców z oceanem zieleni na tle kipiących wściekle mgieł, które układają się w potężne i rozbuchane nurty zdradzieckie. Czy potrafisz to sobie wyobrazić?

Przedstaw sobie, że jesteś Adamem albo Maćkiem. Brodzisz wśród najprzeróżniejszych odcieni barw złamanych, bieli, czerni, szarości, kolorów ziemi. Ty – idziesz jako pierwszy. Kolega pozostaje z tyłu, zaraz za tobą. Będziecie się posuwali naprzód, żwawo przy tym maszerując. Dobry nastrój nie opuści was jeszcze przez pół godziny. Co stanie się potem? Lepiej nie mówić. Po drodze natkniecie się na kilka osobliwości (nie, nie przyrodniczych: salamandry plamistej z całą pewnością nie ujrzycie). Pierwszą będzie stara, zardzewiała tabliczka z napisem: „Zakaz wstępu” w języku niemieckim. Zignorujecie ją. Pomaszerujecie dalej. Drugą osobliwostką będzie monumentalna ambona myśliwska z drabiną o trzydziestu siedmiu szczeblach. Trzydzieści siedem to fajna liczba. Nie sądzę, aby mogła przynieść któremuś z was szczęście, za późno na takie rozwiązania. Weszliście na ziemie dla żywych zakazane, pilnowane przez samego diabła, na których strach tylko panuje i mrok, a jedyną wierną towarzyszką smutku pozostaje śmierć.

Ale ciekawość silniejsza jest od lęku, kiedy się widzi to, co ty teraz. Wchodzisz więc, bohaterze, na ambonę, na sam jej czub. Wchodzicie jak najlepsiejszy z najlepsiejszym, razem, jak na przyjaciół przystało. Ty – znajdujesz się z tyłu, kolega – kilka szczebli przed, a właściwie nad. Spoglądasz w górę, ale go nie widzisz. Mgła połknęła „mięcho” albo niefortunnie spadł w czeluść piekła, gdy ty zajmowałeś się niepatrzeniem i niewidzeniem. A być może wszystko ci się pomieszało i wcale nie właził. Czyżby pozostał na ziemi i czekał tam na ciebie? Przekonasz się, jak będziesz na samym szczycie. Albo na samym dole. I tu pojawia się problem – idziesz i idziesz, droga się wciąż wydłuża, a celu jak nie było, tak nie ma. Sen to jest czy jawa?

(Czytałem kiedyś opowiadanie o człowieku, który jeździł koleją dla samej przyjemności podróżowania, ot tak, bez celu. Dosłownie wpadał w trans i – niczego nie pamiętając – wsiadał na jednej, a wysiadał na innej, dalekiej stacji, kompletnie przy tym nie rejestrując momentu wybycia z domu. Nie myślał, skąd ani dokąd, ani za co jedzie. Ale jedno wiedział na pewno: to mianowicie, iż chce uczestniczyć w podróży, ruchu z punktu A do punktu B właśnie w imię tegoż ruchu. Marzył, by takowa voyage, journey, viaggio, Reise trwała całą wieczność).

Ale to była tylko zmyślona opowiastka, jakaś kolejarska gawęda. Tymczasem sytuacja z nieskończenie wysoką amboną, wybujałą jak toskańska winorośl, stawała się z wolna rzeczywistością – dziwną, przerażającą, zaskakującą, nieprawdopodobną, ale jednak rzeczywistością. Można by nawet zaryzykować twierdzenie: „to twoja własna historia, twoje życie i twój problem”.

Spoglądasz tymczasem w dół. Pod przerzedzającą się z wolna zasłoną, która spowiła ziemię gęstą melancholią, na moment zwraca na siebie uwagę ruch. Ciekawe. Dwa cienie, z których jeden wygląda na widziadło kobiety, drugi zaś – tak jakoś bardziej znajomo, zeszły się w jeden, potrwały w ten sposób przez chwilę, a następnie razem gdzieś odpłynęły w grobowym milczeniu, pozostawiwszy na pastwę rozczapierzonego lasu ciebie i tę twoją wyniosłą ambonę.

Zbiegasz. Zstępujesz. Z drabinki złazisz. Stopą glebę wymacałeś. Drżenie rąk i nóg starasz się opanować i sytuację chcesz zrozumieć. Rozglądasz się bacznie. Nikogo naokoło, nic, tylko ta bezczelnie rozwrzeszczana, rozdarta na całą japę mgła, z morduchną przecudnie zrytą jak u mumii. Chce ci się wyć, ale cisza jest – bo być musi – bezwzględna, bardziej lękotwórcza i świetnie nadaje się do konwencji horroru. Co tu dużo gadać – ta dojmująca aura stała się teraz jeszcze bardziej dojmująca.

W ciemnościach odnalazłeś wąską, błotnistą ścieżkę, na którą wstąpiłeś, aby odszukać Adama lub jego namiastkę, surogat najlepsiejszego czy choćby jego cień. W ten sposób natrafiłeś na te niby widmowe ruiny łaźni, całkiem zresztą realne, materialne, namacalne, do poziomu półpiętra w ziemi zakopane, zagrzebane. Otworzyłeś zardzewiały właz i wszedłeś do środka, schodami w dół – pierwsze drzwi na lewo.

Twym oczom ukazał się widok kilku żałosnych kabin z natryskami i coś jeszcze. Światła. Wiele świateł. Zamigotały tak potwornie i złowieszczo. Nastraszyłeś się. Struchlałeś. Zwątpiłeś. Teraz się zastanawiasz, skąd, u licha, w tym czarnym lesie halogeny, hologramy, zwodnicze omamy. Oto dane są zimne, szpitalne żarówy, jak w zaułkach pipidówki. Ach, i jeszcze całe okrągłe zero obecności tego, którego szukałeś.

Przez głowę przelatuje ci szalona myśl, lotem błyskawicy, runy sig, a ty zaczynasz postępować co najmniej dziwacznie. Wchodzisz do jednej z kabin i odkręcasz kurek z wodą, w ubraniu! Zamykasz oczy. Łepetynę zadarłeś. Orzeźwienia oczekujesz. Relaksu. Chwili ciszy w dziwnej ciszy, pełnej napięcia i wyczekiwania, ciszy dookolnej, piekielnej, cmentarnej, grobowej, która tu panuje, króluje. Jest albo jej nie ma.

Bam! Właz trzasnął, hałasnął. Zatrzasnął się. Z tobą w środku! A woda? Co z nią? Gaz jest za to. Leci. Ulatnia się. Uchodzi. Ach, to ci źli ludzie w mundurach! Fałszywy prysznic dostałeś od nieludzi! Taki ci prysznic zafundować raczyli. Ale ktoś za to zapłaci, oj, zapłaci! A kto? Hitler? On nie żyje. Zapłaciłby, gdyby żył? Nie wiem. A za wodę? Tak, za gaz i wodę…

W kabinach obok zamigotały tymczasem widziadła poharatanych osobników płci męskiej, trochę przypominające zombiaków, ale ty, na szczęście, nie zdołałeś tego zauważyć, więc ci o tym mówię, uświadamiam cię. Niby się to ichniejsze pokiereszowanie jątrzące wyczuwało na kilometr albo i dwa, a jednak, gdy spoglądało się pod światło pełgających halogenów, nie było tam nikogo. Rozumiesz? Nikogo!

Nagle potężna, kosmata, umorusana czymś lepkim łapa pociągnęła cię mocno za ramię i prawie na siłę wydobyła z zaświatów. Tak zwana Opatrzność… Tym razem ręka Boga okazała się mieć ziemskiego właściciela i należeć do Adama, którego szukałeś.

– Stary – mówisz mu – tak się cieszę, że to ty! Opowiedz mi coś, ażebym przestał się bać.

– Lasek Snowaniec. W miejscu, w którym droga łączy się z wąską ścieżką coś na mnie lezie. Myślę sobie: „oho; nie wiem, co to jest, ale dupą kręci fest”. Okazuje się, że zaskoczyłem borsuka. Ja jego, a on mnie. Odszedł bez słowa i żalu, kręcąc zadkiem jak Beyonce. Teraz twoja kolej.

– „Przepraszam, szukam ustronnej drogi, zna pan taką?” – zagajam pewnego turystę. „A co, chcesz się zabić?” – pyta zaintrygowany. „Dziś nie, za ładnie jest”. A on mi na to: „Fajny masz ten pojemnik na gorzałę”. „Ee, to tylko futerał na puzon, pusty na dodatek”.

Ty i Adaś znowu razem! Wspólnie wyskoczyliście na zewnątrz, zziajani, zmasakrowani, zamroczeni. Gaz szczęśliwie pozostał w gazowni, Tauronie i pod prysznicami, tymi pod ziemią (mój Boże, jest taki drogi i mało kaloryczny, o wiele za drogi).

A tymczasem na dziedzińcu trwa właśnie apel. Esesmani prężą się jak indory: wciągnięte i schowane brzuchy, głowy lekko odchylone do tyłu, oczy skierowane ku niebu, czapki założone przepisowo i starannie, mundury schludne jak cholera. Słowem: typowo niemiecki Ordnung. Wszystkim znany jest taki obrazek już choćby z samych filmów: polskich i zagranicznych, dokumentalnych i fabularnych.

Spóźnialscy otrzymują baty: kolbą karabinu w łeb, ale nie za mocno, tak tylko, ku przestrodze pozostałych. Trzeba być punktualnym! Apel to apel, nie jakieś party przy świecach.

Tracisz przytomność i lądujesz na pryczy w jednym z baraków, gdzie śnią ci się muchomory oraz to, jak pewien internauta o nich nawija (to jego pierwszy raz, właśnie wtedy stracił dziewictwo – zagrzybił się):

 

W pracy się okazało, że skończyły się materiały i już o dwunastej byłem wolny. Od razu przez myśl mi przeleciały muchomorki, ale sam jeść nie będę, a kumpel zajęty. Jakiś czas potem dostaję esemesa: Jo ziom, i jak tam, wysuszyły się, bo ja już w domu, i mam na nie ochotę.

Na chacie u kumpla… Rodzice i młodszy brat w pobliżu. Siadamy przed kompa. Trochę muzyczki, gadamy, partyjka w q-trzy. Jedno, drugie spojrzenie.

– Masz te grzyby?

– Mam.

– Wcinamy?

Po zjedzeniu mogą wystąpić nudności – mówię mu o rzeczach, które przeczytałem na hyperrealu i erowidzie. Nie obchodzi nas to! Wchrzaniamy, a potem postanawiamy jechać rowerami do mnie. Do mnie nie dojeżdżamy. Jako że obaj bardzo lubimy kosza, widząc znajomych koszykarzy na boisku podbijamy do nich z chęcią gry dwóch na dwóch. Rozgrzewka i startujemy. Raz i dwa, mecz wygrywamy!

Po jakimś czasie… Dookoła tyle rzeczy, które tylko są, istnieją i zupełnie jakoś nas nie obchodzą, próbujemy na czymś się skupić, ale nic z tego nie wychodzi. A jednak coś przykuwa uwagę, coś, co leży na ławce, ma kulisty kształt, jest małe i mokre. Kumpel dotyka i mówi:

– Co to?

– Nie wiem, mokre jakieś.

O kurwa! To żyje!

Po około dwudziestu minutach:

– O! Już wiem! To jest pestka po brzoskwini!

 

Nagle słyszysz hałas. Ktoś cię budzi. Musisz wstawać. Schnell! Wybuchł bunt. Więźniowie starają się uciec z obozu, a ty – wraz z nimi. Wybiegasz na zewnątrz i lecisz z głównym nurtem uciekinierów w kierunku wyłomu w naszpikowanej kolcami siatce. Po sekundzie znajdujesz się na wolności, ale jej zewu nie poczułeś. Może nigdy nie poczujesz?

Niknąc w mroku, pośrodku lasu widziadeł i w morzu szumiących złowieszczo limb, zauważasz Jagę, tę nawiedzoną, wiejską zielarkę, pamiętasz? Ty spostrzegasz ją, a ona – ciebie, w ciemnościach, a jakże. Stoi i rozmawia z jednym z esesmanów. Stoją razem. To chyba ktoś ważny, bo wygląda groźnie i ma dużo medali oraz oficerskie naramienniki. Nie jest dobrze, skoro Baba zdążyła cię już wyniuchać swym haczykowatym kulfonem. Musi coś do ciebie mieć, gdyż palcem wskazała dokładnie to miejsce, w którym skryłeś się za drzewami. Ale co może mieć? Ona, czarownica o imieniu Jaga, i ci tam, okrutni naziści z obozu, stoją i się naradzają. Wspólnie! Okultyzm, psiakrew, nazistowskie abrakadabra, szwabskie strachy na Lachy – dlaczego mnie to nie dziwi?

Wreszcie esesmani się zorganizowali (są nieźli, szybcy jak nie wiem co). Ty uciekasz z resztą obozowych upiorów, chłopaków z jenieckiej ferajny, ale coś jest nie tak, tak ogólnie.

W jednym z baraków znajdowały się mutanty – efekt nieudanego eksperymentu, jego najbrzydsze, niekochane dzieci, coś a la zombie SS. Ktoś nieopatrznie musiał je stamtąd wypuścić, z zerowej zony. Teraz zaczęły brykać po leśnych ostępach i żywym deptać po piętach. Niewielu tutaj żywych, ale paru by się znalazło, na przykład taki Adaś, którego właśnie… dorwały, a niech to! Ciebie dopadną lada moment, zanim zdążysz cokolwiek pisnąć, możesz być pewny.

I tak oto znalazłeś się na samym przodzie nocnego peletonu. Dlatego też odnosisz wrażenie, że wszyscy cię teraz gonią: żywi, nieżywi, upiory, mary, zombie i esesmani. Po drodze zauważyłeś ambonę, którą już raz dzisiaj mijałeś. To znak, że zmierzasz w dobrym kierunku. Szkoda, że ta leśna konstrukcja przeistoczyła się w okamgnieniu w coś na kształt piernikowej chatki na kurzej łapce. Może to tylko sen? Chyba nie myślisz tego sprawdzać i się tam wdrapywać?

Ot, i koniec, wielki finał, prawda prawd, morał nad morały! Chcesz coś jeszcze dorzucić, zanim kurtyna opadnie? Zrób to, ale bardzo głośno, na tyle, ażeby wszyscy usłyszeli, zaś wypowiedziane słowa weź sobie do serca: „nigdy więcej grzybowych mikstur; jeśli już, to sama gała: maksymalnie pięć orzechów”.

„Ewa” by Rafał M. Skrobot

In Różne, różniste on 22 lipca, 2014 at 6:00 am

logo kirDzisiejsza aktualizacja ma szczególny wydźwięk. Otóż niedobroliterkowa redakcja dowiedziała się ostatnio, że jeden z naszych sprawdzonych i lubianych autorów – Rafał M. Skrobot – pożegnał się z tym światem. Będzie nam Go bardzo brakowało, szczególnie że z tego co zdążyliśmy się przekonać, był nie tylko utalentowanym literatem, ale i wyjątkowo sympatycznym człowiekiem.

W obliczu takiej tragedii żadne słowa nie są adekwatne, poprzestańmy więc na zachęceniu was do lektury jego opowiadania Ewa, a także sięgnięcia do naszego archiwum i zapoznania się (o ile jeszcze tego nie zrobiliście) z ośmioma innymi tekstami, które wyszły spod Jego ręki.

Cześć Jego pamięci!

Czytaj resztę wpisu »

„Pastokalipsa” by Paweł Mateja

In Opowiadania on 15 marca, 2013 at 6:00 am

niedobreliterkitxt

Latający Potwór Spaghetti to bóstwo idealne dla bizarrowców i innych bizarrystów. W dodatku bardzo smaczne. Jego Kluskowatość, tak jak i nasz ulubiony gatunek literacki, ma swe źródło w satyrze, jest popkulturowym fenomenem (zasięg ma lepszy) i jest uroczo dziwaczny oraz niepoważny. Zaraz, bluźnimy! Niech Jego Kluskowata Kończyna dotknie nas i ukaże nam głębię tego błędu – przecież Latający Potwór Spaghetti to jedyny poważny temat na całym świecie.

W każdym razie boski produkt włoskiej myśli kulinarnej i bizarro lubią się bardzo. Dowodem jest np. antologia Eraserhead Press, której okładkę kiedyś prezentowaliśmy w cyklu graficznym. A dziś my dołożymy cegiełkę do tego udanego związku. Nawet dwie, jeśli uwzględnimy, że oprócz tekstu znajdziecie w niniejszym wpisie również grafę Tomka Woźniaka.

Miło nam zadonieść, że znany już u nas (i lubiany przez Paskuda!) autor Paweł Mateja powraca oto na niedobroliterkowe łamy swoim nowym opowiadaniem „Pastokalipsa„. Tekst traktuje – jak łatwo się domyślić – o wizji straszliwego końca świata. A także o wielu innych wizjach, które ogarnąć mogą jedynie otwarte umysły… Jeśli więc uważasz się, drogi czytelniku, za odpowiedni target, mocno zapraszamy do zapoznania się z rzeczonym (wy)tworem autorskiej wyobraźni. Czytaj resztę wpisu »