polskie centrum bizarro

Posts Tagged ‘opowiadanie’

„O Grzesiu, co nic nie zrobił, a świat zmienił” by Adam Raglan

In Opowiadania on 21 lipca, 2021 at 6:00 am

Paskud_Pustki

Paskud doskonale zna tematykę Pustki. W zasadzie, stamtąd pochodzi, bo zanim w ogóle zabył, to go nie było, a jak coś niebywa, to w Pustce przebywa. Proste, nie?

Tematyka niebytności jest więc naszej niedobroliterkowej maskotce znana z tak zwanej autopsji, a że przy autopsji skupić się należy i ciąć precyzyjnie, pochwalamy wszelkie kontemplacje na ów temat; przy użyciu pióra czy skalpela – nieistotne.

Prezentujemy więc dziś tekst-operację podesłany jakiś czas temu na konkurs przez Adama Raglana. Będzie o Grzesiu i o Pustce właśnie. Przy okazji zaś: o ważkich sprawach kosmosu. A ważki o kosmosie to akurat hohoho, wiedzą najwięcej.

Ale o tym ćśśś…

O Grzesiu, co nic nie zrobił, a świat zmienił

Któregoś dnia do instytutu dostarczono Pustkę, aby przyjrzeli się jej bliżej naukowcy.

Znaleziono ją w dużym centrum handlowym przed sklepem z modnymi ubrankami dla psów, wykonanymi z ekologicznych tworzyw biodegradowalnych. Swoje niskie obroty właściciel zrzucił właśnie na wspomnianą Pustkę i wymusił na zarządcy budynku usunięcie jej, pod groźbą otwarcia przewodu sądowego. Zarządca początkowo wzbraniał się przed tym i nieszczęsnego przedsiębiorcę próbował zbyć, ale po dokładnym zbadaniu zażaleń musiał przyznać mu rację. Pustka niezaprzeczalnie tam się znajdowała i coś należało z nią zrobić.

Policja odmówiła zajęcia się zgłoszeniem, tłumacząc, że regulaminy nie pozwalają im na Pustkę na komisariacie, po czym odesłano ich do straży dla zwierząt. Ci zaproponowali przeniesienie jej do miejskiego zoo, ale jego dyrektor zaperzył się, że jest zima przecież i oni mają pustki wszędzie i więcej już ich przyjąć nie zdołają, bo będą się gryzły. Chciało ją wprawdzie schronisko dla zwierząt, ale zabrakło im funduszy na transport, opiekę i wyżywienie. Próbowano zorganizować na ten cel jeszcze internetową zbiórkę, ale Pustka brzydko wyszła na zdjęciu i zupełnie nie przyciągnęła niczyjej uwagi.

Wzgardziły nią też muzeum narodowe i centrum kultury, za to lokalne koło buddyjskie zaoferowało się przyjąć ją pod swoje skrzydła. Właśnie wybudowali w parku miejskim nową stupę i uznali, że Pustka będzie ideologicznie do niej pasować. Sądzono, że uff, problem z głowy, kiedy okazało się, że stupę postawiono bez zezwolenia, w dodatku w miejscu historycznym, upamiętniającym pierwsze spotkanie znanego wieszcza z jego czwartą żoną, które to spotkanie przyczyniło się do powstania jakichś ważnych z literackiego punktu widzenia sonetów. Zaklepali je sobie więc poeci z kółka przyjaciół książek działającego w przyparkowej bibliotece i planowali organizować tam cotygodniowe spotkania liryczne, w nadziei, że i komuś z nich uda się w końcu jakąś żonę znaleźć. Buddyści co prawda nie widzieli nic przeciwko i zarzekali się, że jedno drugiemu wadzić nie będzie, ale poeci i nadzór budowlany pozostawali nieugięci, więc zanim Pustka dotarła do parku, konstrukcję zdążono rozebrać.

Dyskusje nad Pustką rozgorzały na nowo i już myślano, że sprawa jest kompletnie bez wyjścia, kiedy zarządca galerii, któremu coraz więcej handlarzy zaczynało się na nią skarżyć, krzyknął w złości, że to na pewno wina naukowców! Tak się przecież działo zawsze, kiedy coś nie szło po jego myśli. Na przykład, gdy planował rozbudowę budynku. „Pod sufitem to nie da się mostu zawiesić; wodospady spowodują szybką korozję; zjeżdżalnia z trzeciego piętra może nie wyjść najlepiej; grawitacja nam na to nie pozwoli; fizyka z tamtym się zupełnie nie zgadza” i taki tam naukowy bełkot, którym zawsze go zbywano. Potworny żal do nich o to żywił, więc kiedy zebrani na naradzie w kwestii Pustki zaczęli mu nieśmiało potakiwać, w jego głowie zrodził się podstępny plan odwetu i Pustkę czym prędzej odstawiono do instytutu.

Trafiła na portiernię, bez pytania, czy komukolwiek się to w ogóle podoba, i czekała tam kilka dni. Nikt nie kwapił się bowiem, aby ją odebrać i każdy twierdził, że to zagadnienie dla zupełnie innego działu niż ich własny. Wtedy pan Stefan, klucznik, wkurzył się i powiedział, że mu się z nią przykrzy i nie będzie jej u siebie dłużej trzymał, więc wciśnięto ją astrofizykom, bo im najbliżej do próżni i jej pochodnych.

Astrofizycy protestowali, twierdząc, że nie mają środków i sił przerobowych, i że nawet biurek dla całego personelu im brakuje, i długopisy swoje muszą z domu przynosić, ale dyplomatycznie udało się ich obłaskawić groźbą odebrania grantów, więc zgodzili się przyjąć ją pod swoje teleskopy. Następnie, mimo pierwotnych uprzedzeń, zabrano się sumiennie za badania i dokładną analizę Pustki, ale zadanie okazało się trudniejsza niż się początkowo wydawało. Nie istniało bowiem nic, co dałoby się zbadać.

W Pustce nie znajdowało się nic do zmierzenia, zważenia, obliczenia albo chociażby wsadzenia pod mikroskop czy na palnik. Zupełnie nic. Niczym nie promieniowała, nie drgała, nie emitowała żadnych dźwięków i zdawała się trwać daleko poza zasięgiem empiryzmu. Nawet wspomniana próżnia traktowała tęgie umysły łaskawiej, pojawiając się przynajmniej w ściśle określonych warunkach i będąc przyzwoicie przewidywalną. Pustka wytrącała im z dłoni wszelki poznawczy oręż.

Ślęczano nad nią trzy tygodnie, główkując, zastanawiając się i prześcigając w pomysłach, jak problem ugryźć. W końcu jednak i pomysły, i zapał się skończyły, pozostawiając zaangażowanych z cierpkim poczuciem przegranej. Zaczęto wracać do projektów, porzuconych wraz z pojawieniem się Pustki, odkładając jej problem na czasy większej kreatywności. Żeby jednak nie rozpanoszyła się niekontrolowanie i nie zajęła na dobre ich pracowni, czym zresztą od dawna groziła im dyrekcja, zostawili ją pod opieką praktykanta Grzesia. Odkąd opuściła go dziewczyna, twierdził, że sam jest pusty w środku, więc współpracownicy zgodnie uznali, że skoro trochę obycia z tematem nabrał, świetnie się nada. Grześ nie protestował wcale i chyba nawet nieźle się ze swoją podopieczną dogadywał. Godzinami siedział bez słowa, wpatrując się w Pustkę i wyglądało na to, że o ile eks-luba nie odpowie niespodziewanie na jedną z tysięcy wysłanych do niej wiadomości, do niczego innego i tak nie będzie zdolny. Więc tak sobie siedzieli we dwójkę z Pustką, rozpraszając wszelką entropię i zaburzając naturalny rytm apeironu. Czytaj resztę wpisu »

„Rorschach” by Jakub Luberda

In Opowiadania on 5 lipca, 2021 at 6:00 am

Bez tytułu

Od czasu do czasu przetestować się psychologicznie nie zaszkodzi. Zwłaszcza kiedy jest się redaktorem polskiego centrum bizarro i na co dzień styka się z pajęczymi królikami, dżinami chorymi na raka czy imprezowymi wilkami mieszkającymi w ludzkiej czaszce. Niestety, Paskud nie refunduje swoim wyznawcom testów Rorschacha, więc musimy sprawdzać się sami każdego dnia: rozcinając skrzeczące ośmiornice z Trytona nad kartką papieru i ciapając nimi, aż powstanie plama. A i tak jedynym, co nam się ukazuje każdego dnia, to napis: „Weź się do porządnej roboty, zarazo pełzakowa!”.

Nie wszyscy, na szczęście, zapisani są jednak do Paskudnego Funduszu Zdrowia. O jednej z takich postaci opowie dziś Jakub Luberda. Biedak również widuje to samo w każdej plamie, ale co z tego wyniknie – przekonajcie się sami.

„Rorschach”

– Co widzisz tutaj? – Doktor Roswalt wskazał Nikodemowi plamę atramentu na kartce.

– Pana, panie doktorze – odparł spokojnie.

– A tutaj? – zapytał doktor z nadzieją w głosie, podnosząc kolejny arkusz.

– Też.

– A tu? – Jego pytania stawały się coraz bardziej rozpaczliwe.

– Tak samo.

Psychoterapeuta westchnął z rezygnacją i podsunął pacjentowi pod nos papier. Zapisany, ale już bez kleksów.

– Obawiam się, że nie będę w stanie ci więcej pomóc – stwierdził na wydechu i wsparł skroń o rękę opartą na blacie dębowego biurka.

Nikodem uśmiechnął się zakłopotany.

– Nie obawiaj się, poleciłem cię znajomemu. – Wskazał list, który mu przekazał. – To świetny specjalista.

Dwudziestolatek zacisnął wargi, próbując się uśmiechnąć jak ktoś, kto właśnie usłyszał od obiektu westchnień, że „na pewno inna go pokocha”. Nie protestował jednak. Schował dokument, pożegnał się i wyszedł.

Doktor zamówił taksówkę przez telefon i wyszedł przed budynek, w którym mieścił się jego gabinet. Czekał.

Pochyłą ulicę przed poradnią remontowano. Chodnik był wąski. Pod górę szła kobieta z wózkiem dziecięcym. Chciała wyminąć lekarza, więc ten przesunął się na ulicę, by ustąpić miejsca. Podziękowała, ale nie usłyszał. Tak głośno ryczały młoty udarowe.

Doktor odwrócił się plecami do robotników, wypatrując taryfy u stóp wzgórza.

Za jego plecami otyły pracownik z trudem wspiął się na walec. Kołysał się w siedzisku, przestawiając dźwignie. Nagle złapał się za serce, zacharczał i stracił przytomność.

Walec ruszył.

Nim doktor się odwrócił, jego stopę uwięziło wielkie koło. Z szoku wywołanego bólem nie zdążył nawet krzyknąć.

Gdy robotnicy zorientowali się, co zaszło, z doktora została już tylko plama.

Obok przechodził akurat Nikodem z niedowidzącą matką. Ta zauważyła ciało doktora Roswalta i pociągnęła syna za rękaw.

– Czy widzisz to, co ja widzę? – zapytała.

Nikodem przekrzywił głowę.

– Tak – przytaknął. – Motyla.

„Nie waż się mrugnąć” by Aleksandra Knap

In Opowiadania on 21 czerwca, 2021 at 6:00 am

 

kwarantannaPotrzeba samodoskonalenia to coś, co tkwi w każdym z nas jako tak zwane superego. Mało kto zdaje sobie jednak sprawę z faktu, iż „superego” to tak naprawdę wymyślna, freudowska nazwa dla krasnoludka o mysim ryjku i pancernym ogonie ankylozaura, który obżera się naszymi porażkami i upokorzeniami i tylko czasami szepcze nam do ucha wewnętrznego: „Hej, a może warto byłoby się poprawić, co? Zacząć ćwiczyć, iść na dietę, przestać tyle pić?”. A potem, gdy znów nam nic nie wychodzi, obleśny maluch zajada się kolejnym plackiem z łez i wyrzutów pieczonym na naszych przepalonych zwojach mózgowych.

Zmieniać się bowiem trzeba umieć i – co najistotniejsze – nie warto zmieniać się dla innych; szczególnie dla ludzi toksycznych i samolubnych. O jednej z takich przemian opowie nam dzisiaj Aleksandra Knap w oryginalnie zatytułowanym szorciaku „Nie waż się mrugnąć”.

Nam aż ciarki przeszły po plecach…

 

Nie waż się mrugnąć

– Nie waż się mrugnąć. – Zmył z rąk resztki mojej godności, po czym skierował się do wyjścia. Usłyszałam trzaśnięcie drzwi. W dalszym ciągu obserwowałam swoje odbicie w lustrze. Nie potrafiłam się odwrócić. Kazał mi tak stać i wpatrywać się w pustą, pozbawioną znaczenia powierzchnię, póki nie dojrzę w niej kształtów, o których zawsze marzył. Opowiadał mi o nich każdego dnia. Bardzo chciałam je zobaczyć.

Mrugnęłam.

Wzdrygnęłam się, przestraszona swoim nieposłuszeństwem. Przez parę sekund nasłuchiwałam odgłosów zbliżających się kroków. Nie wrócił. Wypuściłam powietrze i głośno przełknęłam ślinę. Nadszedł czas na regenerującą kąpiel.

Dotarcie do wanny znajdującej się w rogu łazienki wymagało ogromnej determinacji. Poruszanie opasłymi członkami stanowiło prawdziwe wyzwanie, a wały sadła obrastające talię wcale nie ułatwiały zadania. Z każdym kolejnym ruchem dyszałam coraz bardziej, a krople potu zalewały mi twarz. Nie zniechęciło mnie to, zawzięcie brnęłam dalej przez swoje ograniczenia, gotowa na przemianę.

Odkręciłam kurek i z trudem wtoczyłam się do wanny. Strumień gorącej wody przyjemnie drażnił nieprzyzwoicie mięsiste uda. Oparłam plecy o śliskie podłoże, starając się zrelaksować. Poczułam głód. Nie pamiętałam, kiedy ostatnio coś jadłam, a on i tak robił mi wyrzuty. Twierdził, że jeśli pragnę ujrzeć wymarzone kształty, powinnam zrezygnować z luksusów.

Doprowadź się do porządku, bo w obecnej formie jesteś nie do zaakceptowania.

Czytaj resztę wpisu »

„Jolo Szpilorek i Zasady” by Zeter Zelke

In Opowiadania on 13 czerwca, 2021 at 6:00 am

Paskud KryminalnyPowiedzmy uczciwie, rady – zwłaszcza dobre, są niezwykle cenne. Tymczasem nie wszyscy są skłonni się do tego przyznać. Weźmy na przykład Paskuda. Gdy któryś z dworzan Jednookiego szepnie mu dyskretnie na ucho, że nie wypada zjadać smarków, najczęściej dostaje odpłatę w postaci plwociny w oko, co w paskudnym narzeczu oznacza: „Zjeżdżaj, czytam”. Na szczęście nie wszyscy są tak niewdzięczni. Dziś świętujemy Dzień Dobrych Rad, toteż poradzimy, by męska części odbiorców przytuliła przyrodzenie i rzekła mu, iż tekst, który Zeter Zelke proponuje poniżej, to tylko fikcja literacka i nie ma się czego bać. Przynajmniej tak długo, jak długo Jolo nie dostanie na was kontraktu. Zapraszamy do brania przykładu ze Szpilorka, który o radę zapytać się nie boi.


Jolo Szpilorek ⸸

i

Zasady

by

Zeter Zelke

Życie płatnego zabójcy nie jest łatwe. A życie asasyna wychowywanego od dziecka, by zabijać, to już w ogóle. Z drugiej strony, jeżeli rodzice, rodzeństwo, dziadkowie i babcie, kuzyni i kuzynki, wujkowie i ciocie siedzą w tym samym fachu, wtedy bywa lżej. Pod warunkiem przebrnięcia przez mordercze treningi i szkolenia. Ale czy człowiek kiedykolwiek przestaje się uczyć? No właśnie. Więc wracamy do punktu wyjścia – życie płatnego zabójcy to ciężka orka.

Jolo nie posiada preferencji co do misji. Szpilorki z Caleson często się specjalizują, lecz nie Jolo – on jest wszechstronny. Przez tę uniwersalność i metodyczne podejście stał się oczkiem w głowie rodziców, co napawa go dumą. Jolo nie obnosi się z uczuciami. Na pierwszy rzut oka wydawałoby się, że ich nie ma. Złudne wrażenie. Ten zimnokrwisty morderca robi się emocjonalny i miękki jak pluszowa zabawka, jeśli chodzi o dobro rodziny. Kiedy Szpilorki jeden po drugim wykręcają się od podjęcia zlecenia, zawsze można liczyć na to, że przyjmie je Jolo. Uczyni to z miłości do krewnych; z potrzeby zachowania nieposzlakowanej opinii familii. Dlatego to on ugania się za pedofilem, za którym żaden inny Szpilorek uganiać się nie chce.

Odnalezienie celu zajmuje mu cztery dni. Tańsza konkurencja nie potrafiła ustalić miejsca przebywania zboczeńca, dysponując pełnymi dwoma miesiącami. Klient się zniecierpliwił i sięgnął głębiej do kiesy. Jolo prędko udowadnia, że ciężki szmal wydany na Szpilorków to najlepsza inwestycja życia – by tak rzec. Oto dlaczego nie warto oszczędzać na jakości. Koniec końców, skąpcy często płacą podwójnie za to, na co wcześniej żałowali grosza.

Przykładem rzeczony klient: polityk z tłustym portfelem, któremu pedofil zbałamucił i zgwałcił dwunastoletniego synka. Misją Jolo jest wymierzenie sprawiedliwości. Klient życzy sobie, aby przed śmiercią dewianta wykastrować, a jego przyrodzenie dostarczyć do biura zleceniodawcy. Z tego względu asasyn zaopatrzył się w niewielką, przenośną lodówkę. Jako profesjonał w każdym calu, Jolo wie, że proces powinien nagrać. Na wypadek, gdyby pojawiły się wątpliwości co do tego, czyje jądra znajdą się wkrótce w pojemniku. Niby klient – nasz pan, ale niekiedy zdarzają się cwaniacy, którym się widzi, że uda im się wyrolować Szpilorka. Po wykonanej robocie próbują wykręcić się od zapłaty za usługę bądź zejść z ustalonej ceny. Jest to szczególnie prawdziwe w przypadku dusigroszów. Na szczęście Jolo postępuje zgodnie z zasadami. Zawsze. Zasady – z nimi człowiek nigdy się nie zgubi, nigdy nie da się zrobić w bambuko.

Każdą pracę Jolo wykonuje w oparciu o reguły. Jedna z nich głosi, że zleceniodawca winien mieć pewność, iż kontrakt uhonorowano zgodnie z życzeniem. To generuje dowody, bowiem najprostszym sposobem na udokumentowanie akcji są fotki: „przed”, „w trakcie” i „po”, tudzież nagranie. Inna zasada – ta wyryta w umyśle i wykarbowana na plecach zabójcy batami podczas szkoleń – przestrzega przed pozostawianiem śladów. Dlatego Jolo towarzyszy klientom podczas zapoznawania się z materiałem, by później go własnoręcznie zniszczyć. Najgorzej, kiedy nie chcą oglądać. A bywa, że nie chcą. Najczęściej nie chcą. Lecz te sytuacje też regulują ustalenia.

Pedofil, Walenty Maciorka, poczuł pismo nosem w chwili, gdy uzmysłowił sobie, czyją progeniturę rozprawiczył. Instynkt podszepnął mu: schowaj się, przeczekaj. Wobec czego zaszył się w hospicjum dla psychicznie chorych w Starym Jorku. Dni spędza, śliniąc się na skrupulatnie monitorowanym oddziale dla osób z załamaniami nerwowymi oraz o tendencjach samobójczych. Udaje pacjenta z depresją pourazową, którego zgwałcił pies sąsiada, podczas gdy sąsiad patrzył. Jolo pozyskał te dane jeszcze tego samego dnia, w którym cel odszukał. W wyciągnięciu szczegółów od personelu medycznego pomogła mu charyzma i nieodparty wdzięk, a także doświadczenie. Dobry skrytobójca dysponuje szeroką paletą alter ego, które przyobleka zależnie od okoliczności. Dla aktualnego zlecenia Jolo przyodziewa fartuch lekarski i przyjmuje tożsamość Lucjana Dobruszko, psychiatry. Członkowie personelu doktora nie znają. Lecz wystarczy, że wymienia z nimi parę zdań i nie pragną niczego innego, jak poznać go bliżej. Przekazują mu każdą informację, o jaką poprosi. Jak również składają oferty, o które nie prosi – bez względu na płeć. Jolo jest taki dobry w tym, co robi.

Dzień poświęca na bliższe zapoznanie się z rozplanowaniem przestrzennym hospicjum; w szczególności z oddziałem, na którym ukrywa się Maciorka. Na miejsce egzekucji wybiera znajdujący się na tyłach ogródka spacerowego magazyn rupieci. Pomieszczenie służy do złomowania narzędzi ogrodniczych, zużytych zabawek relaksacyjnych oraz zdewastowanego sprzętu do ćwiczeń kardio. Jolo zawczasu rozgarnia graty, przygotowując dostatecznie dużo wolnej przestrzeni dla swoich potrzeb. Według jego estymacji jutro wieczorem opuści szpital, unosząc w lodówce genitalia Walentego. Wykonuje jeszcze jeden rekonesans, aby utwierdzić się w przekonaniu, że wybrał słusznie. Resztę czasu poświęca na obserwację obiektu zainteresowania z dystansu. Jak również na ignorowanie zalotnych spojrzeń pielęgniarek i lekarzy.

Z nastaniem świtu Jolo przeistacza się w cień Walentego. Dyskretnie towarzyszy mu wszędzie, kibla nie wyłączając. Wieczorem pacjenci kładą się spać. Zabójca czeka, aż Maciorka na oczach personelu zniknie w swoim pokoju, by zgodnie z grafikiem złożyć głowę do snu. Wybija godzina ósma w nocy. Asasyn wślizguje się do kwatery pedofila i ogłusza go uderzeniem łokcia w bok głowy. Walenty pada nieprzytomny, niemal bezgłośnie, jakby go nie było. Jolo wykrawa dziurę w siatce zasłaniającej okno, otwiera je i wytacza przez nie Walentego. Sam wyskakuje przez nie z gracją; cicho jak kot. Rozgląda się czujnie. Wokół ani żywej duszy. Zarzuca sobie bezwładne ciało na barki i przemyka z nim przez ogródek do graciarni. Tam stoi silna lampa, krzesło, liny, lodówka oraz walizeczka z morderczymi utensyliami.

Jolo zamyka się wraz z celem, blokuje drzwi i zasłania okna. Wpycha Maciorce knebel w usta i przywiązuje go do krzesła. Zdejmuje fartuch lekarski, odsłaniając przylegający do ciała, granatowy golf i proste, czarne dżinsowe spodnie. Związuje krucze włosy w kitkę granatową gumką. Naciąga na dłonie lateksowe rękawiczki – czarne. Sięga do walizki, by w pierwszej kolejności wyjąć stojaczek dla kamery. Sprawdza kąt, centruje obraz na Walentym i odpala nagrywanie egzekucji – dowód dla kontraktodawcy. Następnie wyciąga zestaw noży oraz detergent. Jolo lubi czystość. Myśl o złożeniu do walizki zakrwawionych narzędzi wzbudza w nim lekką odrazę. Woli wyczyścić ostrza z krwi i innych płynów ustrojowych na miejscu, a potem poprawić już w domu. Tak po prawdzie, Jolo jest perfekcjonistą; ten pierwszy raz w zupełności wystarcza. Zazwyczaj.

Walenty Maciorka dochodzi do siebie – spętany i roznegliżowany od pasa w dół, z fiutem wywalonym z gaci. Wierci się, stęka, jęczy. Próbuje komunikacji. Usiłuje poprzez żałosne dźwięki zmiękczyć serce oprawcy o przystojnej twarzy, która nie wyraża żadnych emocji. Jolo zazwyczaj nie wikła się w konwersacje z ludźmi, których zamierza zabić. Babcia zawsze mu powtarza: jedyne, na co ofiara liczy, otwierając usta, to oddalenie od siebie śmierci, odsunięcie jej w czasie. A czas to pieniądz. Nie warto słuchać błagań i obietnic. Trzeba zamknąć na nie uszy. Jolo szanuje swoich dziadków; wie, że ich mądrość jest niezmierzona. Ich uwagi, sugestie i podpowiedzi ceni sobie bardziej niż złoto. Dlatego niezwłocznie przechodzi do rzeczy.

Kastracja zajmuje chwilkę. Dla lepszego wytłumienia dźwięków asasyn zakrywa usta Walentego dłonią. Maciorka wyrywa się i szamocze, lecz Jolo jest silniejszy, niż na to wygląda. Bez kłopotów przytrzymuje go na krześle jedną ręką, podczas gdy drugą dokonuje zabiegu. Krew tryska ze świeżej rany jak woda ze zdewastowanego hydrantu. Zabójca kontraktowy podnosi członek, pokazuje do kamery, obraca między palcami. Ostatecznie deponuje prącie w lodóweczce. Lód momentalnie zmienia barwę ze śnieżnobiałej na szkarłatną. Walenty wykrwawia się szybko; rubinowa kałuża pod krzesłem rozrasta się z sekundy na sekundę. Bladym ciałem targają konwulsje. Trzymanie go dłużej przy życiu nie ma sensu. Jolo wydobywa skalpel i jednym wprawnym ruchem przebija pedofilskie serce. Walenty Maciorka umiera. Jolo gasi lampę.

Tymczasem w cichej rupieciarni rozlega się odgłos rozsuwania gratów. Asasyn mruży powieki i przebija półmrok wzrokiem. Spod zwału zużytych przedmiotów wydobywa się blady jak ściana, chudy chłopaczek z podkrążonymi oczami.

Cholera – myśli Jolo. – Świadek. Nie jest zadowolony. Jedna z zasad głosi, by konkludować robotę niezauważonym, nawet jeśli zleceniodawca żąda medialnego morderstwa. Skrytobójca posiada skryto w nazwie nie bez przyczyny. Jolo rzadko daje się podejść, nie wspominając o przyłapaniu na gorącym uczynku. Lecz znajduje się też w wariatkowie. W takich miejscach wszystko jest prawdopodobne. Czego dowodzi to, co następuje w dalszej kolejności.

Ku zdziwieniu Jolo chudy jegomość nie drży, nie błaga o litość. Ba! Wyciąga rękę w uspokajającym geście. Zachowuje się, jakby pragnął zabójcę powstrzymać przed zlaniem się z nocą. Dlatego Jolo milczy, stoi i patrzy, kalkulując, co czynić. Najprościej byłoby zabić podpatrywacza. Niemniej stałoby to w sprzeczności ze złotą zasadą Szpilorków, która głosi, by nie kończyć tych, za których nie zapłacono. Usuwanie ludzi niebędących celami może okazać się kontrproduktywne, jak również wygenerować realne straty. Nie obce historii są wypadki, gdy ktoś doszedł od pucybuta do milionera. Eliminując przypadkowe osoby, istniało ryzyko, że Jolo wyeliminuje potencjalnego klienta, przyszły cel tudzież źródło informacji. Poza tym zostawianie po sobie ponadprogramowych trupów jest po prostu w złym guście. To niefachowe. Tak postępują amatorzy. Jolo jest zaprzeczeniem amatorszczyzny. Co prawda, zdarzają się wypadki przy pracy. Zdarzają się sytuacje podbramkowe. Zasady szczegółowo określają, kiedy wypada sprzątnąć niezakontraktowaną osobę. Jednak tego, z czym mierzy się obecnie, nie regulują żadne kodeksy postępowania. Staje się to tym bardziej oczywiste, gdy podglądacz otwiera usta:

– Pan poczeka! Pan nie ucieka!

Jolo podnosi pytająco czarną brew. Wszak stoi, jakby zapuścił korzenie, gdy tylko się zorientował, że w graciarni zamiast dwóch osób są trzy. A właściwie były.

Widząc, że skrytobójca milczy i nie daje w długą, młodzieniec wzdycha z ulgą.

– Czy zrobiłby pan dla mnie to samo? – Chłopak wskazuje na wykastrowanego Walentego z dziurą po skalpelu w klatce piersiowej.

Jolo przekrzywia głowę na bok, zastanawiając się, czy się nie przesłyszał.

– Mam ci odciąć jaja? – pyta. Jego monotonny głos nie zdradza, jak wielce jest zdziwiony. A jest zdziwiony niebotycznie.

– Uch, nie. – Chłopak potrząsa gwałtownie głową. – Widzi pan, jestem po ośmiu nieudanych próbach samobójczych.

– Ach. – Jolo wreszcie pojmuje. Dochodzi do wniosku, że takiego świadka może oszczędzić. Przy odrobione szczęścia wkrótce sam się wykończy.

Asasyn pochyla się, by pozbierać i odkazić narzędzia. Przegląda nagranie z kamery; upewnia się, że jest dobrej jakości. Oszacowuje pomieszczenie po raz ostatni. Konstatuje, że pora się zmywać. Chwyta lodówkę, chwyta walizkę, wciąż ignorując niespełnionego samobójcę. Tamten stoi przed nim zgarbiony, ze skromnie złożonymi z przodu rękoma.

Pacjent zauważa, że Jolo wychodzi na ogródek. Rzuca się za nim.

– Proszę! – błaga. – Sam próbowałem, lecz zawsze coś mi się nie udawało.

Jolo nie odpowiada; przyspiesza kroku.

– Pan jest zabójca. Co to dla pana za kłopot? Jedno machnięcie nożem. W serduszko albo tu. – Młodzieniec przesuwa sobie kciukiem po gardle, wydając adekwatny dźwięk.

Szpilorek nie zaszczyca go spojrzeniem, maszerując przed siebie pewnym krokiem fachowca. Chłopak zaciska pięści. Widząc, że prośby nie skutkują, sięga po groźby:

– Widziałem twoją twarz! – Celuje w Jolo oskarżycielko palcem. – Powiem im wszystko, wszystko! Opiszę cię ze szczegółami.

Tego Jolo już nie potrafi pozostawić bez odpowiedzi. Odwraca się, by zgromić świra jasnozielonym wejrzeniem swych ogromnych oczu. Pacjent przypada mu do kolan, szorując własnymi po chodniku. Chwyta go za ramię dźwigające lodówkę z przyrodzeniem Maciorki. Jolo nieco się pochyla pod wpływem dodatkowego obciążenia.

– Błagam! – szepcze chłopak, niemal płacze. – Jestem taki zmęczony. Osiem prób samobójczych. Osiem! Zlitujże się, człowieku! Sam widzisz, że mam do tego dwie lewe ręce.

Jolo wzdycha wewnętrznie. Niechcący pogwałcił zasadę skrytości. To samo przez się sprawia, że czuje się źle. Tymczasem natręt oczekuje, by złamał dla jego zachcianki kolejną regułę zakazującą zabijania niezakontraktowanych indywiduów. Cóż z tego, że tamten sam prosi o szybki koniec. Jolo jest płatnym mordercą, a nie jakimś miłościwym wolontariuszem rozdającym śmierć na lewo i prawo jak cukierki. Młodzian chlipie mu w rękaw granatowego golfu, podczas gdy asasyn rozważa opcje.

Co zrobić, gdy nie wiadomo, co robić? Ano, gdy jest się w kropce, najlepiej skonsultować sprawę ze starszymi – mądrzejszymi. Jolo przeto odstawia walizkę i dzwoni do dziadka od strony taty, wciąż zgięty wpół jak scyzoryk. Młodzian wszczepił się w niego niby obca narośl, niczym rzep, i nie zamierza odpuścić. Jolo odczekuje parę sygnałów, aż senior odbiera. Po drugiej stronie słychać wrzaski i elektryczny jazgot. Jolo czuje ukłucie winy. Niepokoi dziadka podczas znojnej harówki. Z drugiej strony, chociaż nie są tani, Szpilorki to wielce zapracowana familia. Ciężko utrafić krewniaków w ich czasie wolnym. Jolo sam nie pamięta, kiedy ostatnio zorganizował sobie wakacje.

Dziadek Szymon wita wnuczka, pyta o zdrowie i o przyczynę telefonu. Jolo wyjaśnia w paru słowach swój ambaras. Następnie prosi o radę. Jak postąpić w sytuacji, gdy zasady wchodzą ze sobą w konflikt: nie zabijaj za darmo versus: nie zostawiaj świadków? Szymon słucha uważnie, pomrukuje, chrząka. Zastanawia się. Pragnie pomóc wnuczkowi uczciwie, daje sobie dłuższą chwilę do namysłu. Po drugiej stronie słychać „paf” i ktoś przestaje krzyczeć. Później cztery żwawe kroki, trzask, i prąd przestaje płynąć. Gdy dziadek znów się odzywa, jego głos jest wyraźniejszy, jowialny. Znać, dobry dzień w pracy.

– Widzisz, chłopcze, z tymi zasadami to trochę jak z prawem. Wyroki wydawane są albo zgodnie z jego literą, albo zgodnie z jego duchem. Znając ciebie, mój drogi, jesteś formalistą. Postępujesz raczej z literą zasad, nie próbując interpretować ich sensu. Postaraj się przeto zrozumieć ich ducha.

– Ducha? – Jolo przekrzywia głowę na bok, wciąż spozierając z góry na niefortunnego samobójcę.

Młodzian nie pozwala pozbawić się złudzeń, że wreszcie uśmiechnęło się do niego szczęście. Niewykluczone, że tak właśnie się stało. Wszystko w rękach dziadka Jolo.

– Duch zasad Szpilorków, chłopcze, ma dwa cele. Ochronę naszych tyłków oraz zagwarantowanie, że biznes będzie się gładko kręcił. Nie da się spisać instrukcji postępowania tam, gdzie istnieje ryzyko wystąpienia wielu losowych zdarzeń. Kiedy się wahasz, zadaj sobie pytanie, czy to, co zamierzasz uczynić, stoi w sprzeczności z duchem zasad. Jeśli nie, świat się nie zawali, gdy je nieco nagniesz.

– Rozumiem. Dziękuję.

Jolo chowa komórkę do kieszeni i wyszarpuje rękę z kleszczowego objęcia chuderlaka.

Tamten kwili i splata ramiona wokół jego nóg, przytulając policzek do kolan zabójcy. Gdzieś po drodze nieszczęśnik zdążył zalać się łzami. Drży na całym ciele, dygocą mu barki. Usta szepczą gorączkowe: „Proszę, proszę, proszę”.

– Wstań – rozkazuje Jolo, rozgrzewa nadgarstki i strzela knykciami.

Anorektyczny młodzian dźwiga się na nogi. Kolana też mu dygoczą. Jest dobrej myśli; wierzy, że wreszcie ktoś zdmuchnie płomień życia, który sam usiłował zdusić – bezskutecznie – aż osiem razy. Nawet nie podejrzewa, że łaskawy los rzucił mu na spotkanie najlepszego z najlepszych w te klocki. Długie oczekiwanie i męki wielu niepowodzeń wreszcie owocują obietnicą spełnienia.

Asasyn odstawia lodówkę i wyciąga do chłopaka dłonie. Gest prawie ojcowski; jakby chciał go objąć; jakby chciał go przywitać w imieniu Kostuchy. Pacjent wzdycha, szloch urywa mu się z piersi. To piękny moment. O tym marzył. Noc rozpostarta nad nim, cisza wokół niego. Jedynie świerszcze grają w trawie. Delikatny zapach dzikiej mięty wymyka się spośród cieni. Gdy dłonie Jolo dotykają jego policzków, młodzian zamyka oczy. Sekundę później chrupią kręgi szyjne. Muzyka się urywa. Zapada ciemność. Chłopak pada na zroszoną trawę ze skręconym karkiem. Jolo odwraca się na pięcie i rusza dostarczyć klientowi dowody swojego profesjonalnego nastawienia.

Jolo mógłby nazwać bezpłatną usługę miłosiernym doręczeniem eutanazji. Zainkasowałby dobry uczynek na sumieniu. Gdyby Szpilorek dbał o dobre uczynki. Nie przechodził przez piekło rygorystycznych szkoleń i morderczych treningów wytrzymałościowych dla działalności charytatywnej. Abstrahując od tego, że Jolo nie ma sumienia. Co zaś ma, to motywację do rozważań nad duchem zasad. Nigdy wcześniej nie przyszło mu do głowy, by interpretować je w ten sposób. W głębi serca czuje, że woli postępować zgodnie z ich literą. Tak łatwiej. I pewniej. No, chyba że napatoczą się okoliczności, których żadne reguły nie przewidzą. Lecz nawet wtedy, o ile istnieje taka sposobność, najlepiej po prostu zapytać o radę zaufaną osobę. Kto bowiem pyta, nie błądzi.

⸸⸸⸸

„Oknem do Edenu” by Jakub Luberda

In Opowiadania on 4 czerwca, 2021 at 6:00 am
niedobreliterkitxt

Paskud lubi science-fiction.

Nie powinno to dziwić, jeśli uświadomimy sobie, że sam wygląda jak coś, co ewidentnie narodziło się w trakcie suto zakrapianej sesji twórczej.

Pomińmy jednak nieistotne detale. Liczy się, że mamy dla Was kawałek niezłego tekstu, który przynajmniej na początku jawić się może jako rasowe science-fiction. Nie zakładajmy się jednak o finał, wszak to portal bizarro, prawda? Może być różnie, o czym przekonacie się czytając Oknem do Edenu autorstwa Jakuba Luberda.

Zapraszamy do lektury!

h

Oknem do Edenu

h

Adam „Decoy” Deacon, olbrzymi, muskularny, wygolony na łyso czarnoskóry żołnierz pociągnął za spust karabinu mezonowego. Wystrzelona wiązka uderzyła w żywą mackę pędu gigantycznej rośliny, dezintegrując ją na poziomie atomowym. Zrobiła w niej skwierczącą i świecącą na niebiesko dziurę. Pnącze zapadło się pod własnym ciężarem, rozsypując w pył od energii odchodzącej kręgiem od miejsca postrzału.

Obok Decoy’a z bocznego luku lekkiego transportera kosmicznego ostrzał prowadziło sześciu jego kompanów: Japonka Gitahara, dwujajowe bliźniaki Hindusów Rahu i Ketu, Inuita Nahutak, syn Żydówki i Araba ateisty Sandstar oraz potomek Majów Luke Ash.

– Na co czekacie!? Odlatujcie! – piekliła się wysmarowany samoopalaczem typ w blond peruce. Jedna z szych. która wynajęła ekipę ochroniarzy Deacona i jego statek, by ich ewakuowali z planety.

– Biegną do nas ocalali! Nie możemy ich zostawić! – wrzasnął Decoy.

– Gówno mnie to obchodzi! Nie zapłacili grubych pieniędzy za przelot! – warknęła gruba Australijka z twarzą jak mops, dziedziczka fortuny górniczej.

– Właśnie! Niech rząd ratuje ich z pieniędzy z naszych podatków! – rzucił stary Chińczyk z plamami wątrobowymi na czole.

– Bóg ich ocali! – dodał dobrodusznym tonem z wygodnego fotela, zapięty w pasy teleewangelista-miliarder.

Adam oddał kolejny strzał w pęd, który niemal wdarł się do kabiny.

– Mój statek, moje zasady! 

– Jeśli zaraz nie odlecimy, to cholerstwo nas uziemi i od prób wyrwania się zabraknie nam paliwa! – zauważyła atletyczna Japonka o krótkich blond włosach wygolonych z boku głowy i opadających grzywką z drugiej. Jeden z najtęższych umysłów w oddziale.

– Do diabła z paliwem! Chcesz żyć ze świadomością, że uciekłaś ocalałym tuż sprzed nosa?! – warknął, lecz nie tyle z gniewu, co z przejęcia.

– Nie podoba mi się to równie bardzo, jak tobie!

Postrzelony pęd rozpadł się tuż przed ich twarzami.

– Ileż, do cholery, można się prosić! – mruknął prezes firmy Cumtella, produkującej masło orzechowe. „Złowiek” ów był przekonany, że dostęp do wody nie jest ludzkim prawem i agresywnie prywatyzował każdy zbiornik, włącznie z podziemnymi, na Ziemi. Póki jeszcze istniała. Rozpiął pasy i rzucił się do sterów.

– Podnoś ten złom! – Szarpnął za kierownicę w kształcie batarangu Batmana.

Pojazdem zatrzęsło i obrońcy omal nie pospadali z nóg.

– Ulrike?

– Tak?

– Zneutralizować.

Eva „Ulrike” Heimstaadt, piegowata platynowowłosa Norweżka o małym nosku i migdałowych oczach przekręciła się w fotelu pilota, wyszarpnęła broń zza pasa i strzeliła elektrodami paralizatora VIPowi w jądra. Ważniak pewnie wrzeszczałby z bólu, gdyby potrafił.

– Następnego, który spróbuje numerów – zabić.

Przez siedzenia zajęte przez klientów przeszedł szmer zaniepokojenia.

– Czekajcie na nas! – wołała kobieta uciekająca przed żywym gąszczem. Za nią biegł mężczyzna z synem.

Oddział musiał celować wyżej w obawie, że trafi uchodźców. To jednak pozwalało się przecisnąć mniejszym mackom.

– Szybko! Do środka! Łapcie drabiny! – ponaglał Decoy.

Niespodziewanie chłopiec się potknął i upadł.

– Kailen! – zawył zrozpaczony ojciec i zawrócił po dziecko. Macka rośliny wzięła zamach i oplotła mężczyznę. Rozerwała go wpół i cisnęła z obrzydzeniem o liszajowaty asfalt.

– Złap moją rękę, Kai! – Matka rzuciła się na ratunek synowi, przecierając oczy z łez za mężem, którego nie zdążyła nawet odżałować. Pęd wdarł się do jej ust i rozerwał od środka.

– Właź! – wołał Decoy do chłopca, którego rośliny zignorowały chyba tylķo dlatego, że  wpadł pod mur pędów, gdzie trudno im było zawrócić lub uznały, iż padł martwy.

Młody popatrzył na żołnierza beznamiętnie. Deacon widywał już ten wzrok u ludzi, którzy stracili coś, co odebrało im wolę walki. 

Mały wstał, odwrócił się do opadającej na niego macki, grubej jak dąb, i zacisnął małe piąstki w oczekiwaniu bólu. Chwilę potem pęd go zmiażdżył i rozsmarował o grunt, jakby w coś wdepnął.

– Ruszamy! – krzyknął do pilotki, krzywiąc się z bólu.

Adam powiedział sobie kiedyś: „nigdy więcej statków z żydowskimi uchodźcami odwracanymi od brzegów Stanów i odsyłanych do nazistowskich Niemiec, gdzie zostaną zabici” i słowa dotrzymał. Tego samego oczekiwał od członków oddziału. Żeby nie było więcej okrętów z niewolnikami zmierzających do Ameryki; sztucznego głodu wywołanego w Irlandii przez Brytyjczyków; obozów dla natywnej ludności w Australii; inżynierowanych zaginięć Indian w Stanach Zjednoczonych i ludności natywnej w Kanadzie; pogromu Ujgurów przez Chińczyków i koloryzmu jaśniejszych czarnych wobec ciemniejszych na Haiti czy między Hutu i Tutsi. 

Wierzył, że każda grupa etniczna jest zdolna do uprzedzeń, które prowadzą do eliminacji danej społeczności jako „gorszej” lub pozwalają przymykać oko na prześladowania, włącznie z jego własną. Tak jak uczniowie ignorujący maltretowanie słabszego i niepopularnego rówieśnika przez szkolnych bandytów w obawie, że sami padną się ich ofiarami lub utracą część przywilejów, jakimi się cieszyli. W złudnym przekonaniu, że nie będą następni, gdy to samo zrobią im rządy, przedsiębiorstwa i Kościoły.

Prom oddalił się od ziemi, nim potworne ramiona zdołały go opleść, ale nie zanim pęd, który zabił chłopca skonał w straszliwych męczarniach.

***

Oddział z wyzierników obserwował, z jaką agresją pnącza powalały wieżowce, rozsadzały drogi i zrywały mosty. Żołnierze zachłysnęli się powietrzem, gdy toczona zielonym robactwem planeta ostatecznie pękła w pół.

Pasażerowie przesypiali podróż, a Deacon siedział na ławce ze zwieszoną głową.

– Hej, to nie twoja wina. Nie mogłeś ich ocalić – rzekł znad konserwowanej broni Luke Ash.

– Za to ocaliliśmy siebie. Ich kosztem – skwitował ponuro.

– Nie każdy może w życiu wygrać – pocieszał go Nahutak, Inuita z Kanady.

– Na tym polega wojna – dodał Sandstar.

– Mieliśmy ochraniać tych, którzy mieli gorzej na starcie! – protestował Decoy.

– Och, daj spokój! Zginęło tam siedem miliardów ludzi, a ty przejmujesz się trzema – wtrąciła Ulrike.

– Stalin powiedział, że śmierć jednego człowieka to tragedia. Śmierć miliona to statystyka. – filozofował Sandstar.

– Bardzo mądre na kogoś, kto osobiście doprowadził do milionów tragedii – podsumowała gorzko Japonka.

– To co teraz? – Pytała Ulrike.

– Wyślij sygnał SOS. Niech nas zgarną.

– Nie wiemy na kogo trafi. To teren sporny – Uli podrapała się w zakłopotaniu w tył głowy.

– To co proponujesz? W promieniu wielu kosmil nie ma zamieszkanej kolonii. Nie starczy nam paliwa, by na ślepo szukać nowej planety nadającej się do życia.

– Może obierzmy kurs na Ziemię? – proponował Sandstar.

– Ziemia została zniszczona! – przypomniał Adam.

– Nie wiemy tego! Równie dobrze mogli nam tak powiedzieć, byśmy nie próbowali uciec z kolonii! – nie ustępował Semita.

– Cholera, chciałbym się o to wykłócać, ale prawda jest taka, że nie mam na to dowodu innego, niż ten, że od kogoś o tym słyszałem i gdzieś o tym przeczytałem – przyznał Deacon.

– Co więc nam szkodzi sprawdzić? – pytał Rahu.

– To, że oddalimy się od innych opcji i już nie wrócimy – oponował Deacon.

– Ogarnie cię paraliż decyzyjny, gdy będziesz się rozwodził nad tym, którą z niewidzialnych opcji wybrać. Każdą z nich będziesz żałował równie mocno, a przy Ziemi wiesz, że masz pięćdziesiąt procent szans na nią trafić. Bo albo jest, albo jej nie ma – przekonywała Ketu.

– Głosujemy. Kto jest za tym, by lecieć na starą dobrą „Terreskę”?

Ręce podnieśli wszyscy, oprócz Adama.

– No ładnie, bunt na pokładzie. Dobrze, kurs na Ziemniaka, ale nie biorę na siebie odpowiedzialności, jeśli się przeliczycie. Jasne? – Pogroził palcem.

***

– Patrzcie! To Ziemia! – wołał Rahu.

– Nie wierzę! – wykrzyknął Sandstar.

– Coś jest nie tak. Rozmieszczenie chmur nie zgadza się ze skanerem pogodowym – stwierdziła Ulrike.

– Może system podpiął się pod jakiegoś przestarzałego satelitę? – dociekał Decoy.

– Wątpię, ale sprawdzę.

– Przygotować się do lądowania! – powiedział pasażerom, którzy jeszcze dobrze się nie dobudzili.

– Nie do końca Ziemia Obiecana, na którą liczyłem – rzekł z niesmakiem pastor.

– O, świetnie. Zatoczyliśmy koło. Mam nadzieję, że nie spotkam swoich robotników. Kiedy odlatywałam, nie wypłaciłam im odpraw, bo i po co? Oni nie będą kopać, ja korzystać – mruknęła potentatka.

– Ja też – odpowiedział właściciel sklepu internetowego Rainforest. Jeszcze na Ziemi uważałem, że to marnotrawstwo rozdzielać środki na tych wszystkich nierobów, ich płace i ubezpieczenia, kiedy możesz użyć je, by rozwijać swój biznes!

– Słusznie! – przytaknął mu właściciel zakładów produkujących elektryczne samochody Edison.

– Szkoda, że nie można amortyzować ludzi, gdy się zużyją jak maszyny. Tylko musisz im jeszcze płacić za to, że stali się bezużyteczni! – narzekał stary chiński polityk.

– Skandal! Powinni być wdzięczni, że mogli brać udział w tworzeniu czegoś wielkiego! – poparł ich prezes Cumtelli.

– To samo mówię wyborcom: to zaszczyt poświęcić życie dla czegoś tak wielkiego i wspaniałego jak Stany Zjednoczone! – dodała starsza blondynka, polityczka, żona byłego prezydenta. Ostatnio ochoczo poświęcająca ludzi, którzy mogliby ją powiązać z dostarczaniem dzieci bogatym i wpływowym pedofilom.

Decoy nie mógł ich słuchać, reszta ekipy też, ale na tym polegała ich praca: czasem robili coś nieprzyjemnego dla przyjemnych ludzi, a czasem coś nieprzyjemnego dla nieprzyjemnych ludzi. Deacon ustawiał ceny zaporowe, by mieć tych drugich jak najmniej, ale to odnosiło odwrotny skutek. Przyciągało nieprzyjemnych ludzi, którzy myśleli, że to cena za wysoką jakość świadczonych usług. Za takie pieniądze oczekiwali włażenia im w dupę i podziwiania widoków.

***

Transportowiec wylądował na wielkomiejskim skrzyżowaniu. Już z powietrza widać było, że nie uświadczą tu ruchu drogowego. Nigdzie nie widzieli też przechodniów.

Luk boczny otworzył się i żołnierze ostrożnie wyszli na zewnątrz, z bronią w gotowości.

– Jak fajnie! Wszystko gotowe na nasze przybycie! – ucieszył się polityk.

– Haha, uwierzycie w to? Mamy całą Ziemię dla siebie! Stworzymy imperium i historia zapamięta nas jako bogów! – Zatarł dłonie właściciel Rainforest.

– A kto ci będzie na nie robił, ośle? Roboty? – strofowała go Australijka.

– A nie?

– Kto ci je zbuduje?

– Nikt! Roboty pochodzą ze sklepów!

Potentatka zrobiła minę, ale trudno było orzec, czy to oszołomienie głupotą łysego handlowca czy zaskoczenie, że też wcześniej sama o tym nie pomyślała.

– Coś jest nie tak. – Deacon pociągnął nosem z obrzydzeniem, podszedł do wieżowca i powąchał ścianę. – Te budynki nie pachną jak budynki.

– Jak to? – pytał prezez sklepu, drapiąc się po łysinie, dzięki której wyglądał jak pierwsza ofiara inteligentnej kosiarki po buncie Skynetu.

– Ma rację – stwierdził Luke. – Trąci od nich gumą.

– Kogo to obchodzi? Znajdźcie nam zakwaterowanie! – burzył się tupeciarz.

– Że co, proszę?

– No, jedzenie, ogrzewanie, spanie.

– Pan raczysz sobie żartować! Mieliśmy was tylko ewakuować i ochraniać w drodze do nowego punktu docelowego. To zrobiliśmy. Misja wykonana i zabieramy się stąd.

– Wasze życie nie jest na tyle warte, by płacić wam za nie miliony. Wartość waszego żywota określa ochranianie wielkich jak my, którzy do czegoś w życiu doszli! Po was nikt nie zapłacze, ale nas nie da się zastąpić!

– Doprawdy? Popatrzcie wokół! Ten świat już zdecydował, że bez ludzi, którzy by na was robili, jesteście niczym! – opieprzył go Adam.

Nim ktokolwiek zdążył zareagować, tupeciarz wyjął pistolet i złapał stojącą przed nim Ulrike, przystawiając go do głowy. Zaszeleściły wyciągnięte ku niemu strzelby.

– Chyba się nie zrozumieliśmy. Nie płaciłem wam za bycie jakąś przyzwoitką. Mieliście nam zapewnić bezpieczeństwo, a nie jest bezpiecznie. Sami to stwierdziliście. Nie wiemy, co się stało z tymi wszystkimi ludźmi.

Decoy potrząsnął głową z politowaniem. Położył dłoń na lufie Japonki i popatrzył po reszcie zespołu, każąc opuścić broń, po czym ruszył niespiesznie ku blondasowi.

– Nie podchodź, bo rozwalę jej łeb!

Deacon nawet się nie zawahał.

– Sam tego chciałeś! – rzucił z nienawistnym spojrzeniem i górną wargą wygiętą w motylka.

Blondas pociągnął za spust i rozległo się głośne KLIK. I kolejne, i następne.

Tupeciarz popatrzył skonfundowany na broń, nim Deacon wyrwał mu ją z ręki i rozbił jej kolbą nos blondasa.

Facet zwijał się na asfalcie, wyjąc z bólu.

– Trzymanie naboi w magazynku osłabia sprężynę, więc pozwoliłem sobie je wyjąć i umieścić w miejscu z dala od dzieci. Jak widać, będę musiał trochę podnieść granicę wiekową dla tego, co kwalifikuje się jako dziecko.

– Zostawicie nas na lodzie? Nigdy nie byliśmy w takiej sytuacji! Nie wiemy, jak przeżyć na ulicy! – protestowała polityczka.

– Zabawne, to samo pisałem, kiedy odwoływałem się od zwolnienia z roboty w jednym takim korpo – rzekł Nahutak.

– Może jednak powinniśmy się rozejrzeć? I tak musimy zatankować – sugerowała Gitahara.

– Dobrze. Podzielimy się na trzy grupy. Gitahara i Ulrike, ze mną, potem poszukamy stacji benzynowej. Sandstar i Luke sprawdzicie dół ulicy. Nahutak, Rahu i Ketu, w górę ulicy. Cywile za nami, trzymać się blisko i nie stawać na linii strzały, jasne?

Na koniec Adam sprawdził odczyty funkcji witalnych członków zespołu na urządzeniu przypiętym do piersi, przesyłane bezprzewodowo przez ich aparaty co piętnaście sekund. Pomiary wskazywały podwyższony puls, w granicach normy.

– Zdenerwowani?

– Wolę rzeczy, do których mogę strzelać – odparł Sandstar.

Adam pozwolił sobie na lekki uśmiech.

– Trzymać kontakt radiowy.

Rozeszli się.

***

Drużyna Deacona sprawdzała wieżowiec, przy którym stali. Trafili do hotelowej kafejki.

– Nie wydaje ci się to miejsce podejrzane? – pytała Gitahara.

– Tak. Te ślady są zbyt świeże. Jakby ludzie zniknęli tuż przed naszym przybyciem – rzekł Decoy.

– Nie tylko to. Jest tu zbyt czysto: żadnych papierków, pyłu na podłodze, odsuniętych i przewróconych krzeseł. Jakby przed ewakuacją pozwolono mieszkańcom spokojnie posprzątać – dodała Ulrike.

– Masz rację, niby są rozłożone talerzyki i filiżanki, ale czyste. Jak…

– Upozorowana sceneria – dokończyła Uli.

– Co tu mogło zajść? I gdzie ci wszyscy ludzie się podziali? – pytała „sutenerka”.

– Czy to ważne?! Mamy dom! – zganiła ją Australijka.

– Cieszę się, że wam się podoba. Do tego dążyliście. Do depopulacji, by zostali tylko ludzie dla was użyteczni. Ja tu nie zostaję. Tankuję prom i spływam.

***

– Dziwne, nie, Nahu?

– Tak, zniknięcie upozorowane na spokojny wymarsz. Też coś!

– Ty sprawdź ten budynek, ja ten po drugiej stronie ulicy – rzekł Sandstar.

Inuita przytaknął i wszedł do knajpy.

Nahutak przechodził obok dekoracyjnego czerwonego jabłka w wiklinowym koszyczku na środku stołu. Zgłodniał, więc chwycił za nie mimochodem, patrząc przed siebie. Owoc drgnął, ale nie popuścił. Inuicie omal nie wykręciło ręki i nie przewróciło go na czarno-białe kafelki ułożone jak szczerbate zęby. Odwrócił się do stołu i jeszcze raz spróbował podnieść przedmiot. 

Jak przyklejone. 

Mężczyzna uderzył je kolbą. Jabłko zapiszczało i rozlało w czarną maź, nim zlało się z powrotem w jabłko. 

Zielone. 

Inuita zamarł, skonfundowany, po czym sięgnął po krótkofalówkę na kamizelce, gdy poczuł, że coś lub ktoś schwytało go od tyłu.

***

Deacon odnalazł dużą stację paliw. Miała napędówkę dla autolotów, latających samochodów, więc powinno się nadać. Ulrike chciała iść włamać się do systemu i odblokować pompy, ale Decoy uznał, że skoro ludzie nagle wyemigrowali, nie mieli czasu myśleć o zakręcaniu zaworów.

Paladin chwycił za pistolet nalewczy, nacisnął spust, ale paliwo nie chciało lecieć.

– Dziwne. Wskaźnik na dystrybutorze wskazuje, że jest zapas.

Ulrike podeszła do stojaka z olejami napędowymi. Wyglądały na pełne, ale potrząsanie nimi nie dawało odgłosu chlupotania. Otworzyła pojemnik i zobaczyła, że jest pusty, więc ustawiła go do góry dnem. Prześwit kanisterka wskazywał, że jest wypełniony po brzeg, ale nic się z niego nie wylewało.

Pokazała pojemnik Decoy’owi.

– Musimy się wynosić. To jakaś atrapa. Hologram.

Chwycił za krótkofalówkę.

***

 

– Nahu? Jesteś tu, brachu?

Inuita rozpłynął się w powietrzu. Sandstar wcisnął przycisk krótkofalówki i powiedział:

– Nahu zniknął.

– Jak to: zniknął?

– Sprawdzaliśmy naprzeciwległe budynki. Widziałem go przez szybę knajpy. Spuściłem na chwilę wzrok, bo wydawało mi się, że coś poruszyło się pod ladą, a gdy podniosłem oczy, już go nie było. Nie został po nim nawet ślad.

– Odczyty w normie. Miej oczy szeroko otwarte i czekaj na wsparcie. Ktokolwiek go zabrał, liczył na to, że się rozdzielicie, ale nie mógł odejść daleko. Tym bardziej z nieprzytomnym ciałem.

Adamowi odpowiedziała cisza.

– Sandstar, odbiór!

Cisza.

– Rahu, Ketu, Luke? Zgłoście się!

– Co jest, szefie? – odpowiedział Luke.

– Gdzie Rahu i Ketu? – w jego głosie wyczuł narastającą panikę.

– Jeszcze przed chwilą tu by…

Adam usłyszał jakieś niezidentyfikowane odgłosy na linii.

– Luke, jaki status?! Odbiór!

– Musimy ich uznać za zaginionych w akcji – zasugerowała Ulrike.

– Nie możemy odlecieć bez nich! – Z oczu Adama biło przerażenie.

– Za chwilę nie odlecimy nawet i my! – nagliła Japonka.

– Wszyscy do transportera. Gazem! – zawołał na klientów, którzy ostatnio, gdy patrzył, próbowali częstować się zapasem alkoholi na stacji.

Nagle rozległ się krzyk.

– Pomocy! – wołała „sutenerka”, gdy z drzwi sklepu na stacji wystrzeliły czarne mackowate obiekty i wciągnęły ją do środka, szybciej, niż zdążyłby je ustrzelić. Jej nawoływanie natychmiast umilkło.

– Nadal chcesz ich szukać?

Adam potrząsnął głową z wyrazem zdruzgotania.

Pobiegli do statku.

– Startuj!

– Nie możemy się oderwać! – denerwowała się Ulrike.

– Stoimy na tym czymś! Przykleiło nas! – zauważyła Deacon

– Odlećcie szalupą! – proponowała Gitahara.

– Nie wyniesie na orbitę trzech osób! Są tylko dwie komory bioretencyjne!

Japonka zasalutowała i wydbiegła z pojazdu, strzelając do czarnych fal, które podniosły się z asfaltu, rozciągając go, jakby były jego częścią.

– NIE, WRACAJ! TO ROZKAZ!

Ale jej już nie było.

Ulrike czekała na polecenia.

– Odkotwicz szalupę. – Przetarł głowę z wyrazem docierającej do niego grozy sytuacji.

Mniejszy statek oddzielił się od kadłuba. Jego spód leżał wewnątrz konstrukcji transportera jak człowiek w fotelu, więc macki trzymające płozy go nie mogły zatrzymać.

Szalupa wzniosła się na orbitę z ilością paliwa, która pozwalała jej ledwie dryfować w oczekiwaniu na wezwaną pomoc. A wezwać ją musieli, nie mieli wyjścia.

***

Paladin obserwował z kosmosu Ziemię, tęsknie wypatrując przez wyziernik. Według czujników pulsu, reakcji neuronalnych i oddechu wszyscy członkowie ekipy jeszcze żyli. Decoy obiecał im, że sprowadzi posiłki i ich odszuka, choćby była to ostatnia rzecz, jaką zrobi w życiu.

Nagle wypuścił kawę z ręki. Filiżanka rozprysła się na podłodze.

– Nie… NIE! – Przywarł do okna w pozie bezsilności.

Planeta otworzyła się. Wpierw jako okrągły otwór, a potem jako ząbki czosnku, które zapadły się do środka. Otwór poszerzył się niemal na całą średnicę globu, odsłaniając miriady szpiczastych zębów po bokach rozpadliny, aż do samego wnętrza. Miasta pozostały nienaruszone, stanowiły część planety-mimikrona. Oceany udawały wodę tylko tuż przy powierzchni, resztę stanowił mięsisty otwór gębowy. 

Decoy widział na tle jaśniejącego jądra Ziemi kilka drobnych sylwetek wpadających do lawy. W jednej chwili ich odczyty witalne wygasły.

Deacon uderzył pięścią o szkło. Padł na kolana, płacząc jak chłopiec.

Eva usiadła przy nim, objęła i przytuliła jego głowę do ramienia. Drugą dłonią bawiła się blachami z napisem: „nie reanimować”. Eva panicznie bała się wszelkiego unieśmiertelniania. Żadnego przenoszenia świadomości do robotycznego ciała, cyfrowej nieśmiertolności dzięki nanobotom ciągle naprawiającym ciało, kriogeniki, niekontrolowanej hibernacji, konwersji duszy na algorytmy sztucznej inteligencji, krzyżowania DNA z ogórczakiem, utknięcia w czarnej dziurze, gdzie czas nie płynie. Nic. Na końcu długiego tunelu ze światłem na końcu chce zobaczyć wyłącznie rodzinę.

Adam trwał w stanie zawieszenia dłuższy czas, lecz gdy już ochłonął, wiedział, co zrobi, by śmierć kompanów nie poszła na marne. Ostrzeże innych.

Wstał i wypatrywał wezwanej pomocy.

Blisko pół godziny później dostrzegł na horyzoncie inny statek. Był zbyt daleko, by rozpoznać jego barwy. Jednak to, co wypuścił nie pozostawiło żadnych wątpliwości.

– To pociski grawitacyjne – rzekła zduszonym głosem Ulrike, wpatrzona w radar z rosnącą paniką w oczach w przerażające kształty z charakterystyczną kulistą głowicą. 

– Co oni wyprawiają?! – zastanawiał się.

– To był zaszczyt pod panem służyć, kapitanie.

– Co? Eva?

Odwrócił się w sam raz, by zobaczyć, jak Ulrike przystawia sobie pistolet fazonowy pod szczękę i pociąga za spust. Padła martwa z dymiącą, kolistą dziurą wychodzącą z czubka głowy, dającą wątły czerwony poblask.

– Uli! – Wystękał z bolesnym grymasem. Jego powieki trzepotały, jakby nadawał kod Morse’a. Nie zwykł jednak okazywać zbytnich emocji, więc wziął się w garść i podbiegł do mostka, by włączyć sygnał oznaczający poddanie się i zasygnalizować swoje zamiary przez telekom. Gdy pociski zbliżyły się, zobaczył czarne macki wyrastające z kadłuba jego szalupy i sięgające w kierunku rakiet.

Teraz rozumiał.

Wyłączył światła kapitulacyjne i włączył sygnalizację awaryjną i ataku. W żargonie militarnym oznaczało to „nie odzyskiwać” i sugerowało, że misja ratunkowa jest zagrożeniem dla ludzi i może powtórzyć sytuację kryzysową na jednostce ratunkowej. W skrócie: to, co na nim jest, powinno zostać na nim uwięzione za wszelką cenę, nawet jeśli oznacza to straty w ludziach i sprzęcie.

Włączył komunikator hologramowy, wyprostował się i zasalutował. Trwał w takiej pozycji na oczach strzelającej jednostki, póki pociski nie zmiażdżyły jego transportowca w małą czarną dziurę i obraz się urwał.

Ludzie na obcej jednostce zasalutowali na cześć nieznanego żołnierza, który za wszelką cenę nie chciał dopuścić, by to, co przywiózł z Zie-N-i (nazwanej tak od greckiej litery N następującej po MI) rozprzestrzeniło się w kosmosie.

31-Majowa Mania: bocian w lodówce

In Akcje Literackie, Opowiadania on 31 Maj, 2021 at 6:00 am

31V

To już jest koniec, nie ma już nic… poza bocianem w lodówce, rzecz jasna. Bo Majowa Mania, jakżeby inaczej, nie mogłaby mieć innego zwieńczenia jak bocian w lodówce. Wskazywały na to wszystkie znaki w zamrażarce i na niebie. Jak to, nie zauważyliście?

Żegnamy się więc, świętując podwójnie. Najpierw Dawid Dyrcz uświetni swoim tekstem obchody Dnia Bociana Białego, a na sam finisz Kornel Mikołajczyk, sprawca całego tego zamieszania, opowie o tym, jak odpowiednio celebrować Dzień Pracownika Przemysłu Spożywczego.

I to by było na tyle.

Widzimy się jeszcze kiedyś w trakcie innej akcji, na inny miesiąc. Odwiedzajcie Niedobre Literki i uważnie wypatrujcie wieści!

 

„Mechpenis-1” by Dawid Dyrcz

Z zażenowaniem przyglądał się kawałkowi plastiku z wygrawerowaną podobizną Bociana Białego. Przypominał bardziej kaczkę lub krokodyla niż bociana. Obok leżał tak samo żenujący dyplom, wydrukowany przekłamującym kolory zamiennikiem tuszu na równie tanim, przeterminowanym papierze ryżowym. Że też dał się tak naciągnąć… Chociaż się za takiego nie uważał, był niesamowicie mądrym człowiekiem. Mądrym, ale i naiwnym, nieżyciowym. Zeszłotygodniowa rozmowa telefoniczna rozwalała mu umysł, nie potrafił się na niczym skupić, balansował na skraju całkowitego załamania.

– Dzień dobry, nazywam się Kasia Ziółkowska i chciałabym panu serdecznie pogratulować. Pańska firma została wybrana spośród wielu innych kandydatów i tym samym wygrał pan prestiżową statuetkę oraz tytuł Bociana Białego.

– Jest pani pewna? Ja nigdy nic nie wygrałem. To mnie wybrali? Kto? Kiedy?

– Wybrano pana w zorganizowanej telefonicznie kartkówce, zrobili to nasi klienci, znający wcześniej odpowiedzi na wszystkie pytania. Zazwyczaj zwycięzcy otrzymują 8 punktów, panu udało się tych punktów zdobyć aż 9.5 na 10. Gratuluję! Oczywiście sama statuetka i dyplom są zupełnie darmowe, jednak aby je odebrać, należy uiścić opłatę w wysokości 1500 dolarów. Są to koszty manipulacyjne związane z przetwarzaniem metadanych i próżniowym pakowaniem w różowy papier śniadaniowy. Proszę się nie martwić, płatne przy odbiorze, wystawimy fakturę. Chciałam jednocześnie zaznaczyć, że jest to wyjątkowe wyróżnienie i nie każdy na nie zasługuje.

Zadowolony, podał jej wtedy dane potrzebne do wysyłki. Statuetkę zamierzał postawić na biurku, przy którym codziennie pracował, a dyplom powiesić na ścianie za fotelem, tak aby goście go widzieli i podziwiali. A może na odwrót: dyplom na biurku, a statuetka na ścianie, tak aby bocian rzucał cień podczas pracowitych, upalnych nocy? Tak czy owak, miałby czym się pochwalić przed klientami i znajomymi…

Teraz, wspominając własną głupotę, wpienił się nie na żarty. Cisnął Bocianem Białym o ścianę. Ten odbił się od niej i wyleciał przez otwarte okno, lądując płynnie w jaskółczym gniazdku, pełnym zadziuplowanych przez złodzieja kosztowności. Taki wstyd, tak dać się oszukać, tak go naciągnęli. Szajs i tandeta. Podarł dyplom na drobne kawałki. Opadając, ułożyły się w wyprostowany środkowy palec kobiecej dłoni.

Rozwścieczony, usiadł do tableta graficznego z deską kreślarską. Włączył ulubiony kalkulator z powycieranymi cyframi, pamiętający jeszcze czasy studiów i wsłuchując się w przyjemny odgłos naciskanych klawiszy, przystąpił do pracy. Zaczął tworzyć i projektować, umysł przetwarzał w pamięci masę skomplikowanych obliczeń 2D i 3D, dających niezmiennie wynik 5D. Ostatecznie, zajmował się nowymi wynalazkami.

– Czekaj no, Ziółkowska, już ja ci dam Bociana Białego – wysyczał przez brązowe zęby. Geniuszy często trawi jakaś chorobliwa obsesja, on zaś uwielbiał wyjadać fusy z kawy. Czytaj resztę wpisu »

30-Majowa Mania: zaadoptuj, zaadaptuj

In Akcje Literackie, Opowiadania on 30 Maj, 2021 at 6:00 am

30V

Adopt, adapt and improve, mawiał złodziej z „Latającego Cyrku Monty Pythona”, uparcie twierdząc, że to motto Rycerzy Okrągłego Stołu. Jakkolwiek by nie było, jest to porządne motto, o wiele lepsze od motta Paskuda: Poliż, zanim weźmiesz do ręki. Adopcja to fajna rzecz – czy to zwierząt, ludzi, roślin, minerałów, czy mebli. Sami zaadoptowaliśmy ostatnio chiński sekretarzyk z zespołem Tourette’a. Której szuflady by nie otworzyć, znajdujemy karteczki z napisem cào nǐ mā i naprawdę nie wiemy, czemu przeszkadza mu brak kału…

Uczcijmy więc odpowiednio dzisiejsze święto, czyli Dzień Rodzicielstwa Zastępczego i niech nasze gałki oczne zaadoptują tekst Kornela Mikołajczyka – o nietypowym rodzicielstwie w samym sercu naszego kraju, w dokładnie 300 słowach.

 

„Wierne dziecię” by Kornel Mikołajczyk

Prosiła, bym pogrzebał jej zwłoki pod palmą na rondzie de Gaulle’a.

„Oddałam temu miastu wszystko”, mówiła. „Moje serce. Marzenia. Krew, pot i łzy. Wsączyłam się w nie każdą cząstką siebie, stałam się jego wiernym dziecięciem. Przez całe życie czułam się odrzucona. Ludzie wyśmiewali się ze mnie za to, jak wyglądam, kim jestem. A jednak, kiedy ujrzałam tę palmę na tle wieżowców – tak cudownie absurdalną! – wiedziałam, że znalazłam swoje miejsce na ziemi. Właśnie tutaj. W tej metropolii, w której każdy jest dziwadłem… i jednocześnie nie jest nim nikt.”

Próbowałem wyprzeć się obietnicy, jak tylko mogłem. Urządzić jej tradycyjny pochówek. Ale żaden z duchownych nie chciał się podjąć wyprawienia jej na tamten świat. Mówili, że czarne, kręcone rogi mojej przyjaciółki to znamię Szatana. Próbowałem tłumaczyć, że się mylą. Owszem, przez całe życie nosiła je na czole – piłowała, polerowała i od święta malowała na szalone kolory – ale to dlatego, że gdy jej matka była w ciąży, zjadła na wycieczce do Meksyku przeklęte przez wiedźmę koźlęce jądra.

Nic z tego. Księża żegnali się nabożnie, siostry zakonne mdlały, a grabarze pukali się w czoła i grozili łopatami. Musiałem w końcu zabrać jej ciało i pod osłoną nocy zakopać je pod palmą, na tym rondzie, na wieczność.

Tydzień po tym, jak spełniłem jej ostatnie życzenie, dostrzegłem tajemniczą narośl wśród sztucznych liści. Rosła z każdym dniem, niezauważona przez nikogo poza mną. Wkrótce na szczycie palmy dojrzał kokos – kompletnie niewzruszony tym, że drzewo, na którym zawisł, to palma daktylowa, i to na dokładkę sztuczna. Strąciłem go celnie wymierzonym kamieniem. Spadł między ustawione przeze mnie znicze, rozłupując się na krawężniku. Ze skorupki wypełzł noworodek, cudownie odrodzony z łona Warszawy. Na głowie nosił zalążki czarnych różków oraz zielone plastikowe włosy. Kolejne perfekcyjne dziwadło, gotowe, by dołączyć do różnorodnego tłumu.

Co miasto zabiera, miasto oddaje – w sposób, którego najmniej się spodziewasz.

29-Majowa Mania: w zdrowej kiszce zdrowy duch

In Akcje Literackie, Opowiadania on 29 Maj, 2021 at 6:00 am

29V

Proszę państwa, oto Jolo.

Jolo jest płatnym zabójcą ze słynnej familii płatnych zabójców, któremu przytrafiają mu się różne osobliwe przypadki. Tak to już jest, kiedy zgarnia się zlecenia po nieopierzonych członkach rodu…

Zapraszamy Was dziś do zapoznania się z nowym bohaterem stworzonym przez naszą drogą Zeter Zelke. A że dzisiaj świetujemy też Dzień Zdrowia Układu Pokarmowego w związku z Majową Manią, rzecz będzie o grochu, wiatrach i kreatywnym podejściu do wykonywania zadań.

Kto wie, może czegoś się od Jolo nauczycie…

 

 

Jolo Szpilorek

i

 Profesjonalne nastawienie

by

Zeter Zelke

 

Życie płatnego zabójcy nie jest łatwe. A życie asasyna wychowywanego od dziecka, by zabijać, to już w ogóle. Z drugiej strony, jeżeli rodzice, rodzeństwo, dziadkowie i babcie, kuzyni i kuzynki, wujkowie i ciocie siedzą w tym samym fachu, wtedy bywa lżej. Pod warunkiem przebrnięcia przez mordercze treningi i szkolenia. Ale czy człowiek kiedykolwiek przestaje się uczyć? No właśnie. Więc wracamy do punktu wyjścia – życie płatnego zabójcy to ciężka orka.

 

Jolo robi w zawodzie trzydziesty ósmy rok. Mimo to wciąż jest tak gładki i śliczny, że nikt nie dałby mu więcej niż dwadzieścia pięć wiosen. Niektórzy nawet przypisują go do niewłaściwej płci. Nie szkodzi. Androginiczność to dla zabójcy wielce przydatna cecha.

 

Parę dni temu babcia od strony mamy wzięła się za odkażanie niezużytych strzykawek i pod jednym z pudełek znalazła dwa kontrakty. Jakiś gamoń – pewnie któreś z młodych dopiero wprawiających się w profesję – zrzucił dokumenty. Ojciec zaakceptował zadania, matka podpisała, znaczyło – należy je wykonać, by honor rodziny nie ucierpiał. Na domiar złego na papierach widniała data, kiedy zleceniodawcy oczekiwali wyników. Pozostały trzy dni. Szczęściem w nieszczęściu, oba cele mieszkały w tym samym mieście. Jolo zgarnął papierzyska i powiedział: „Zajmę się tym”.

 

Tylko dzień na przygotowanie i dwa na realizację – to niewiele czasu. Lecz Jolo to profesjonalista w każdym calu. Da radę.

 

Pierwszy kontrakt dotyczy pozbawienia życia bogatej właścicielki sieci salonów z sukniami ślubnymi – Żulietty Bątą. W jaki sposób? W jakikolwiek. Prościzna. Drugi klient naniósł instrukcje, co do metody wyeliminowania biznesowego wroga, Edwarda Smerdka. Dużymi, grubymi literami widnieje tam słowo: skrycie. Jolo rozumie przez to, że śmierć powinna nadejść znienacka, jako wypadek. Z tego względu odkłada tę misję na koniec.

 

Zabójca o świcie zamawia bilet lotniczy do Starego Jorka, pakuje niepozorną walizeczkę z morderczymi utensyliami, ładuje zgrabny tyłek do rodzinnej limuzyny i każe się wieść szoferowi z willi w Calesonach na lotnisko. Trzy godziny później jego wypucowane, czarne lakierki niosą go bezgłośnie po zaśmieconych ulicach do pięciogwiazdkowego hotelu, w którym zatrzymuje się średnio co dziesiątą misję. Bywa tutaj często. Stary Jorek to bogate miasto, a bogate miasto przyciąga bogaczy. Bogacze zaś nie szczędzą grosza na wynajmowanie ludzi od mokrej roboty, gdy interes nie chce się ubijać – z takich czy innych przyczyn. Jolo nigdy nie pyta o przyczyny. Wystarczy mu wiedzieć, kto ma zginąć, jak i pomiędzy jakim interwałem czasowym.

 

Jolo należy bowiem do przesławnej familii Szpilorków. Tego nazwiska obawiają się w kryminalnym półświatku niemal tak bardzo jak poza nim. Każdy wie, że jeśli ktoś wynajmuje Szpilorka, by usunąć człowieka, to ten człowiek musi umrzeć. To nazwisko-marka, obietnica rzetelności; Szpilorek – to pewność, że zlecenie zostanie wykonane dokładnie tak, jak klient sobie tego życzy. Z niniejszego względu – jak każdy inny Szpilorek – Jolo nie jest tani. Profesjonalne podejście kosztuje. Dużo. Czytaj resztę wpisu »

28-Majowa Mania: ten dzień miesiąca

In Akcje Literackie, Opowiadania on 28 Maj, 2021 at 6:00 am

28V

Dziś na Niedobrych Literkach świętujemy Ten Dzień. Tak jest, Ten. A raczej jego odpowiednie traktowanie, gdyż tak się składa, że 28 maja to Dzień Higieny Podczas Miesiączki.

Dlatego serdecznie prosimy o ciszę, spokój, ciepłą herbatę i zapas czekolady z bakaliami rzucony strategicznie w paszczękę Paskuda (no co, on też miewa gorsze dni!). Aha, i weźcie ze sobą coś, czym można by zatamować posokrwistopotopowodzistość świata, bo to najważniejsze. Ale o tym opowie Wam już Aleksandra Knap w specjalnie przygotowanym tekście, do którego lektury niniejszym zapraszamy.

 

„Wielka powódź” by Aleksandra Knap

Ocknąłem się sponiewierany i brudny. Co za smród! Spojrzałem na oblepione czerwoną mazią ciało. Bawełna swędziała. Powieki piekły.

Powinienem przygotować się na wielką powódź. W końcu do tego nas szkolili. Jednak życie pisze własne scenariusze. Fala okazała się zbyt potężna. Nie nadążałem z wchłanianiem. Poniosłem porażkę jako tampon.

Włożyłem do ust zaciśniętą pięść, by powstrzymać łzy.

Musiałem się stąd wydostać.

Dźwignąłem napęczniały korpus i zacząłem podążać wzdłuż tunelu. Gdyby nie elastyczne ściany i wilgotne podłoże z całą pewnością nie dałbym rady się przecisnąć.

Nagle usłyszałem głosy. W oddali ujrzałem zafajdane krwią tampony. Nie byłem sam! Czy to możliwe?!

– Bracia! – rzuciłem z radością.

– Cześć, Tomek! – Michał odruchowo wyciągnął rękę. Jednak po chwili doszliśmy do wniosku, że w obecnych warunkach kiwnięcie głową w zupełności wystarczy.

– To niesamowite! – Rozejrzałem się dookoła. – Myślałem, że na front wpuszczają pojedynczo… Gdy jeden polegnie, wyciągają go i dopiero wtedy wchodzi następny. I tak przez tydzień, aż do momentu, gdy uda się powstrzymać powódź. Czytaj resztę wpisu »