polskie centrum bizarro

Posts Tagged ‘opowiadanie’

„W obronie bezwzględnego prawa do dłubania w nosie na osobności” by Dariusz Bednarczyk

In Opowiadania on 26 czerwca, 2020 at 3:01 pm

niedobreliterkitxtNo i porobiło się. Znowu wybory. Jak co parę lat staniemy zaraz przed wyborem czy iść na wybory, a jeśli już wybierzemy opcję wyborczą, to wybór będzie polegał na wybraniu tego kogo lubimy najmniej i zagłosowaniu na gościa który zostanie na polu bitwy.

Cóż, możemy założyć, że powyższy wstęp realizuje pro-społecznościowe nastawienie niedobrych literek i ma was zachęcić do wybrania czegoś więcej niż tylko Wódki Wyborczej. Koniec końców pamiętajcie, że ważnym wyborem jest ciągłe wchodzenie na niedobre literki. Ten wybór świadczy o tym, że macie nie po kolei w wyborach… pardon: głowach.

Ale skoro już wybraliście niedobrze, to nie uciekajcie. Oto przed Wami świetny szorcik Dariusza Bednarczyka. A o czym jest tekst? Dla odmiany o wyborach. Ostrzegaliśmy!

Zapraszamy do lektury!

h

W obronie bezwzględnego prawa do dłubania w nosie na osobności

h

I/ W bieżącym roku jako działacz oraz wolontariusz Swabodnego Rydera II pryncypialnie domagać się będę zapewnienia bezpieczeństwa, zwłaszcza podczas kręcenia horrorów i pornosów z ręki, ponieważ jest tam wszystko poza niezbędnymi gwarancjami zapobiegającymi nadużyciom władzy. Uważam ponadto, iż należy uwalniać od chorób przy wykorzystaniu najnowszych zdobyczy naukowych. Owszem, będzie to prowadzić do pokusy, jednak od czego stosowne procedury. Ponadto istnieje przecież obiektywnie niezaprzeczalna różnica etyczna pomiędzy rodzicielskim pragnieniem zapobieżenia cierpieniom dziecka, a chęcią zapewnienia potomstwu posiadania maski modela, niewątpliwie zresztą pomagającego w życiu, bo w tym drugim przypadku wcale nie chodzi o strach przed samotnością czy potrzebę bliskości, lecz dążenie ku iluzji. Ładna maska, zgrabna figura, jędrne ciało, lepsza praca, romantyczna miłość po wsze czasy, satysfakcjonujący seks bez zahamowań, owszem, kto by wzgardził, jednak trąci tabloidyzacją, co ciekawe także, a być może zwłaszcza w slumsach. Czytaj resztę wpisu »

„Na domowej kwarantannie” by Maciej Żołnowski

In Opowiadania on 8 czerwca, 2020 at 6:00 am

niedobreliterkitxt

Najnowszy tekst Macieja Żołnowskiego… Jest po wielokroć złożony! Czym tedy jest? Opowiadaniem? Scenariuszem do krótkiego filmu? Skeczem dla trup kabaretowych pozbawionych natchnienia? Parodią na COVID-ową rzeczywistość, która wchodzi w czołowe zderzenie z jednym z aspektów naszej jakże skomplikowanej mentalności? A może listą potencjalnych teorii na temat? Ha! Zdaje się, że jest tym wszystkim, bo dlaczego nie? Wszak to Dwór Paskuda – tu nie takie rzeczy się działy/dzieją/dziać będą! Tedy, jeśli wirusowe tematy jeszcze wam nie zbrzydły bądź zbrzydły do tego stopnia, że potrzeba wam detoksu właśnie w tym aspekcie, Maciej Żołnowski wyciąga do Was pomocne Niedobre Literki. Ta-dam!

 

Na domowej kwarantannie. Łańcuszek wypadków kryminalnych w dialogi ujęty.

Albisia do epidemiolożki ze Stacji Sanitarnej (drabbelek)

– Halo? Czy tu Stacja Sanitarna? Jest sprawa. Mamy w domu psa, który musi robić siku, a nikt się z nami nie kontaktuje. Policji u nas nie było. Czy my aby na pewno jesteśmy na kwarantannie? Tak, z Anglii. Ach, nie figurujemy na liście. To co zrobić? Nie przyjaźnimy się z sąsiadami, nikt się nami nie interesuje, a do gminy dodzwonić się nie da, no ludzie! Czyli mówi pani, że z psem wychodzić można? Nie mamy ogrodu, mieszkamy w bloku. A na kogo się powołać, jak policja złapie? Nie potrafi pani powiedzieć. Ochrona danych i ciepłych posad. Żegnam, w takim razie!

Romuś do Albisi (dribbelek)

– I co? Czego się dowiedziałaś? Mamy tę kwarantannę czy nie?

– Mówi, że możemy wychodzić z domu, ale nie za często.

– Co to znaczy: nie za często? A co, jak mnie nakryją? Jak będę się tłumaczył? Przecież do Polski wróciliśmy po piętnastym marca, więc musimy stosować się do zasad.

Romuś do Doktora Google’a (dribbelek)

– Jaka jest teoria spiskowa numer jeden?

– Teoria numer jeden głosi, że to iluminaci, złaknieni wiedzy na nasz temat, dążą do wyrugowania pieniądza z obiegu i zastąpienia go jakąś formą płatności bezgotówkowej. Zadowalają ich transakcje przeprowadzane za pomocą kart bankomatowych oraz wszelkie inne sposoby śledzenia tego, co robimy z forsą.

Romuś do Blondi (dribbelek)

– Halo? Ja w sprawie ogłoszenia, które znalazłem w gazecie: „Pilnie potrzebny sprzątacz”. Czy nadal szuka pani pracownika? Pewnie, że jestem robotny. A na kiedy możemy się umówić? Na wtorek? Nie ma problemu. A gdzie? Na Racławickiej? Tak, szefowo, wiem, gdzie to jest. No to ustalone. Wtorek, godzina jedenasta. Dzięki, pozdrawiam!

Romuś do Doktora Google’a (dribbelek)

– Jaka jest teoria spiskowa numer dwa?

– Teoria numer dwa głosi, że za całe zło odpowiada coraz powszechniejszy standard sieci komórkowej, a dokładniej – mobilna technologia piątej generacji, która emituje silne promieniowanie szkodliwe dla ludzi. Stąd właśnie wziął się koronawirus. Albo inaczej: COVID-19 jest tutaj tylko i wyłącznie zasłoną dymną.

Romuś do Olgi (dribbelek)

– Zdrawstwujtie! Ty rabotajesz?

– Da, eto moj paslednij dień. Ja Olga. Mużesz do mnienia mówić pa polski? A ty kto?

– Romuś zowut. Przyszedłem spotkać się z szefową w sprawie pracy na Racławickiej.

– Ana za chwilku prichadzi. Pajdom sa mnoj. Ja wsie tiebie pokażu.

– Wot twoj boss.

Romuś do Doktora Google’a (dribbelek)

– Jaka jest teoria numer trzy?

– Teoria spiskowa numer trzy głosi, że wszystkiemu winne są chciwe koncerny farmaceutyczne, które już rozpoczęły wyścig po nową szczepionkę. Niewykluczone, że wspomniana szczepionka została dawno wymyślona, a wirus celowo wypuszczony z laboratorium. Chorzy i cierpiący gotowi są zapłacić firmom każdą cenę za upragnione remedium.

Romuś do Blondi (dribbelek)

– Witam, szefowo!

– W sprawie pracy?

– W sprawie.

– A umie szybko obracać miotłą?

– Ja? Umiem.

– A gdzie mieszka?

– Na Żółwiej.

– Od kiedy chce poruchać sobie mopem?

– Od zaraz, jak tylko skończy mi się kwarantanna.

– Masz kwarantannę? To co tu, kurwa, robisz? Won!

Romuś do Doktora Google’a (dribbelek)

– Jaka jest spiskowa teoria numer cztery?

– Teoria numer cztery głosi, że wirus nie pojawił się samoistnie, lecz został wynaleziony w Rosji, Chinach albo Stanach Zjednoczonych. Jedno imperium (komunistyczne) zamierzało wykończyć drugie (kapitalistyczne) lub na odwrót, a cała sytuacja po prostu wymknęła się spod kontroli i przeistoczyła w nieokiełznaną pandemię.

Smerfy do Albisi (dribbelek)

– Halo! Tu policja!

– Naprawdę? Przypomnieliście sobie, panowie, o nas?

– Jak widać.

– Po dziesięciu dniach kwarantanny? Bo wcześniej nikt tu nie przyłaził.

– Dopiero od dziś znajdują się państwo na liście. Wszyscy domownicy obecni? Romuald?

– Jestem.

– Aldona? Pani podejdzie do okna i pomacha. Dziękujemy za współpracę!

Romuś do Doktora Google’a (dribbelek)

– Doktorze Google, powiedz przecie, kto najprzystojniejszy na świecie i jak brzmi teoria piąta?

– Teoria piąta głosi, że Ziemia jest przeludniona i należy ją jak najszybciej poddać kuracji depopulacyjnej. Po co pozwalać na egzystencję wszystkim, byle jak i byle gdzie, skoro mogą żyć ci nieliczni, na dodatek wieść high life.

Romuś do Blondi (dribbelek)

– Słucham szefowo?

– Złamałeś kwarantannę! Olga świadkiem. Zapłacisz za to. Doniosę na ciebie!

– Okej, zapłacę. Ile?

– W Anglii pracowałeś, powiadasz? W takim razie: co łaska, ale nie mniej jak pięć tysiaków.

– O ty, kurwo!

– Nie przypominam sobie, żebym taki zawód uprawiała. Zapraszam, palancie. Nie zapomnij forsy!

Blondi do Smerfów (dribbelek)

– Halo, policja? Chciałabym złożyć zeznanie. W razie gdyby mi się coś stało, proszę zwrócić szczególną uwagę na jednego typa spod ciemnej gwiazdy. Nazywa się Romuald Parszywy i mieszka na Srakatej… Pstrokatej! Straszna menda i kanalia. Złamał kwarantannę i groził, że jak na niego doniosę, to mnie zabije. Panowie, boję się!

Romuś do Doktora Google’a (dribbelek)

– Jaka jest teoria spiskowa numer sześć?

– Teoria spiskowa numer sześć głosi, że plan depopulacji zagwarantuje bogaczom i innym Billom Gatesom czyste powietrze oraz raj ekologiczny na Ziemi. Bowiem przeżyją wyłącznie nieliczni, pozostałych zaś zastąpią bardziej lub mniej rozumne maszyny, sztuczna inteligencja. Te najinteligentniejsze mogłoby nawet współegzystować z rasą ludzi-panów.

Smerfy do ekspedientek (dribbelek)

Wydział Kryminalny! Czy znają panie tego gostka? Chudy, około trzydziestki. Czy pojawił się dwudziestego? Kupował, płacił?

– Ja go znam: Romuś… Romeczek… tak jakoś.

– Kamery działają? Chcielibyśmy obejrzeć nagranie z „Big Brothera”.

– Spójrz! Jednak złamał kwarantannę, obywatel-naiwniak. Myślał, że koronawirus jest jego największym problemem W PAŃSTWIE PRAWA!

„Szczęście obojga, czyli krótka historia siostry Ludmiły” by Maciej Żołnowski

In Opowiadania on 16 Maj, 2020 at 6:00 am

Tak to czasami bywa, że talent objawia się w sposób różny i podłużny. A nierzadko i w całkowicie nadspodziewany. Do tego wszystkiego dochodzą też pytania natury filozoficznej. Bo czy na ten przykład utalentowanym jest pianista, czy tylko jego dłonie? Czy potrafiłyby one grać same, bez udziału reszty ciała człowieka? A gdyby doszyć nogi najszybszego człowieka na świecie innemu przeciętnemu sprinterowi, zacząłby on wygrywać zawody i bić rekordy?

A co z narządami niestandardowymi do danej czynności? Bohaterka najnowszego opowiadania Maćka Żołnowskiego wybrała inne ścieżki losu niż jej utalentowane piersi. Jak to możliwe, że stało się możliwe? I czy wiara przekreśla drogę do kariery? Czort wie, a czort ten siedzi poniżej. To czytajcie, bo czasu szkoda.

Czytaj resztę wpisu »

„L-eportacja Eligiusza Zawady” by Kornel Mikołajczyk

In Opowiadania on 6 Maj, 2020 at 6:00 am

Dzisiaj ponownie temat jakże ulubiony przez Jednookiego – zemsta. Posiadacie niespotykany talent? Nadprzyrodzoną umiejętność? Potraficie wypalać oczami wzorki na glinianych powierzchniach? A może chwytacie włosami trzmiele w przelocie? Jakikolwiek Wasz dar, jeżeli obrócicie go przeciw bliźniemu swemu, wiedzcie, że stąpacie po cienkim lodzie. Poniższa opowieść Kornela Mikołajczyka niechaj będzie ku przestrodze! Niedobre zachęcają do lektury.

 

L-eportacja Eligiusza Zawady

Eligiusz Zawada posiadał wyjątkową, sekretną, odkrytą jeszcze za młodu umiejętność: potrafił teleportować „elki” siłą woli. Każdy samochód z wieńczącym dach „L” mógł stać się jego celem, pod warunkiem, że pojazd znajdował się w niewielkiej odległości od psychokinetyka. Jedyne, co musiał zrobić Eligiusz, to zamruczeć w skupieniu mantrę mnichów tybetańskich, aż dźwięk osiągnie odpowiednią częstotliwość, a potem mrugnąć – raz, a dobitnie. Najbliższe auto treningowe wówczas znikało i lądowało na szczycie losowego wieżowca. Możliwe, że końcowa destynacja zależała od ruchu galaktyk, ostatnich numerów totka czy tego, co jadł na śniadanie sąsiad z dołu, ale Eligiusz nigdy nie odkrył natury owych zależności. Zdarzało się, że wysłał „elkę” na najwyższe piętro jednego z łódzkich drapaczy chmur, ale równie często lądowały one w Nowym Jorku, Tokyo czy Abu Dhabi. Eligiusz kolekcjonował wycinki z gazet, gdzie pojawiały się jego najwspanialsze dzieła i oprawiał je w ramki: fiat ściągany dźwigiem z budynku ZUS-u, renault nadziane na iglicę Empire State Building czy toyota okupująca taras widokowy Lotte World Tower w Seulu. Była to jedyna radość, jakiej doznawał w swoim monotonnym, pozbawionym rozrywek życiu analityka w wielkiej korporacji: znęcanie się nad nieznajomymi kursantami i kandydatami na kierowcę.

To, że sam nigdy nie zdał egzaminu na prawo jazdy, dodawało tylko słodyczy już i tak słodkiemu uczuciu Schadenfreude. Czytaj resztę wpisu »

„Babci sklerotycznej eskapada niedługa” by Maciej Żołnowski

In Opowiadania on 25 kwietnia, 2020 at 6:00 am

niedobreliterkitxtDzień babci już za nami. A może ciągle przed nami? Kto by się w tym połapał. Dożyliśmy czasów, w których wyprawa do sklepu jest bardziej bizarryczna niż najgorsze opowiadania na niedobrych literkach. Taki na przykład paskud się obraził na rzeczywistość. Wspomniało coś, że jak tu żyć panie superpremierze?

Ale kto by go słuchał? Zwłaszcza, jeśli zamiast słuchać wirtualnego pokurcza można spędzić czas czytając zgoła fajny tekst. O zastanawiającym i długim tytule: Babci sklerotycznej eskapada niedługa. Jest w tym moc, jest poezja. I takie tam. A odcinek sponsoruje Maciej Żołnowski, który ten tekst popełnił był.

Zapraszamy do lektury!

h

Babci sklerotycznej eskapada niedługa

h

Już zaczynałem w głowie liczyć baranki: „autyzm a artyzm. A alkoholizm. A atawizmy. A ADHD. A adrenalina. A ambona myśliwska, w której nocuję. A aspołeczne zachowania. A ambicje. A autentyzm. A anarchiczna wolność. A akustyczny cień. A aktywność fizyczna. A AA”. Czytaj resztę wpisu »

Dzień Paskudy

In Opowiadania on 17 kwietnia, 2020 at 5:00 am

niedobreliterki2Nasz Paskud jaki jest, każdy widzi. Jednooki. Niewyględny. Szczerbaty. Krótko mówiąc: paskudny. Ale nawet takie odpychające kreatury zasługują na swoje święto. To święto, tak się składa, wypada właśnie dziś. Bo oto na Niedobrych Literkach, w iście turpistycznej celebracji, świętujemy dziś Dzień Paskudy.

W związku z tym, ze szczególną dedykacją dla każdej Uli Brzyduli, stracha nie tylko na wróble i brzydkiego kaczątka, z którego raczej nie wyrośnie już łabędź, zapraszamy do zapoznania się z tekstami pełnymi szkaradzieństw i dziwolągów. Rozrywkę zapewniają (w porządku niezwiązanym z kwestiami estetycznymi) Zeter Zelke, Kazimierz Kyrcz Jr oraz Kornel Mikołajczyk.

Ku chwale Paskudztwa!

 

 

„Sucz” by Zeter Zelke

Przez zapuszczone pole pędził brunatny cień – ciemna smuga migająca między brudnymi i brudniejszymi odcieniami słomy. Od czasu do czasu suka zwalniała, unosząc wilgotny nos. Węszyła krew. Zbyt długo nie miała jej na języku. A przecież nie liczyło się nic innego.
Paskuda – sama skóra i mięśnie – znalazła się daleko od domu. Mimo to w jej uszach nieustannie dźwięczał swojski rejwach i gwizdy. Kiedy była szczenięciem, ten hałas ją przerażał. Kiedy dorosła, sama stała się przerażająca. Dobrze wspominała podekscytowane oklaski, zapach potu oraz opary zniecierpliwienia tak gęste, że niemal mogła z nich chłeptać. Gdy wchodziła na ring, gdy zaglądała w ślepia psu stojącemu po drugiej stronie, wiedziała, że jej rywal odczuwa dokładnie to samo; pragnie tego samego – zanurzyć kły w żywym, ciepłym, drżącym ciele. A najbliższe stało naprzeciwko. Czytaj resztę wpisu »

„Żwirek dla kota” by Krzysztof Sierpla

In Opowiadania on 10 kwietnia, 2020 at 6:00 am

niedobreliterkitxtKtóż z nas nie czuje się czasem bezużyteczny? Któż nie myśli tak o szarych tłumach zdążających ulicą za oknem? Po co oni wszyscy istnieją? Nie mogliby się do czegoś przysłużyć ludzkości? Przemielić się na zieloną pożywkę i nakarmić wygłodniałe masy?

Jeśli nurtowały Was kiedyś podobne wątpliwości, przeczytajcie niezwłocznie najnowsze opowiadanie Krzysztofa Sierpli. Kto wie, być może (parafrazując Ginsberga) wnętrze każdego z nas to piękna złota żarówka?

Tyle że nie u każdego tak całkiem użyteczna…

 

h

Żwirek dla kota

h

To, co wydarzyło się w miasteczku Jummiefruck, odbiło się głośnym echem w mediach. Wszędzie trąbiono o nieziemskich incydentach i fałszowano fałszywe fake newsy. Na miejsce zjechał się tłum dziennikarzy, lecz spóźnili się na najlepsze. Bezpośredni świadkowie i osoby biorące aktywny udział w zdarzeniu zostały zabrane do izolatek, a mieszkańcy z dnia na dzień nabrali wody w usta. Jedynie najbardziej wytrwali z wytrwałych zdołali się dowiedzieć, iż to nie był pierwszy taki przypadek – pozostałe utajniono i przykryto płachtą milczenia.

Co jednak dokładnie wydarzyło się w Jummiefruck? Czytaj resztę wpisu »

„Pierwsze Objawienie Sułkowskie” by Maciej Żołnowski

In Opowiadania on 20 marca, 2020 at 6:00 am

Są wśród niedobroliterkowej braci prorocy. A przynajmniej tacy, którzy mają widzenia. To zaś pozwala im mniemać, że są WIDZĄCYMI. Ktoś posumuje krótko a uszczypliwie, że mowa o takich, którym odkręciła się śrubka, lecz my wiemy swoje. Geniusz literacki bowiem pochodzi z natchnienia, a natchnienie ma już wiele źródeł: objawienia są tylko jednym z nich. Biorąc pod uwagę, że poniższy tekst wyszedł spod pióra znanego już Wam Macieja Żołnowskiego, możecie się spodziewać kolejnej treści ubranej w ładną, stylizowaną polszczyznę. Możecie też, jak winniście, zadać sobie podczas lektury pytanie: skąd to się wzięło, u licha ciężkiego? Czy mamy tu do czynienia z kolejnym Nostradamusem? Dänikenem od „Rydwanów bogów”? Czy może następnym ojcem Klimuszko? A może sentymentalną podróżą do miejsc z lat dziecięcych? Ciężka sprawa. Niechże też Wasze przenikliwe Oko zwróci uwagę na tytuł opowiadania. W szczególności na pierwsze słowo. Czyśta widzieli to, co i myśma widzieli?!

 

Pierwsze Objawienie Sułkowskie

Zamierzaliśmy mówić w cztery oczy o literaturze. Stanęliśmy naprzeciwko siebie na otwartym polu i ja zacząłem:

– Zawsze, kiedy przychodziłem na Bucze, ogarniał mnie dziwny stan umysłu. Pewnie to pod wpływem starych, żałośnie poskręcanych drzewek odczuwałem tę przedziwną, nieprzerwanie narastającą melancholię. Melancholia – jakże łatwo wypowiada się to słowo.

I tak po minucie nadal tkwiliśmy naprzeciwko siebie na otwartym polu. Z tym, że teraz role się odwróciły. To on mówił, a ja słuchałem:

– Mój miły panie. Mam nadzieję, że się pan na mnie nie pogniewa za nadmiar szczerości. Otóż wyznać muszę, że przytoczone przez pana dwa zdania otwierające w ogóle mi się nie podobają, a skrótowy i zrobiony po łebkach opis starych drzewek jest zupełnie, ale to zupełnie do niczego. Czemu nie chce pan rozpocząć swojego opowiadania od mocniejszego akordu, najlepiej dysonującego i wprowadzającego tak bardzo przez czytelnika pożądane napięcie? Czemu nie skupia się pan na stopniowym ukazaniu ponurych, jak mniemam, plenerów, w których zawiązana została akcja pańskiego króciaka? I dlaczego nie pisze pan, przechodząc kolejno od szczegółu do ogółu i do generalizacji, o tym, że na przykład drzewa na Buczu umierały w samotności, niczym jacyś potworni egoiści, że zielona brać lasu zdawała się trzymać mocno za ręce, a ręce te wyglądały niczym upiorne szpony, łaknące bliskości innych szponów? Szanowny panie, mam nadzieję, że nie będzie miał mi pan za złe tych wszystkich uwag, jakie do pana skierowałem.

– Oczywiście, że nie mam za złe – odparłem – a wręcz przeciwnie. Zawsze liczę się z konstruktywną i, co tu dużo gadać, życzliwą krytyką. Ale proszę wybaczyć, że o to pytam, gdyż ciekawość mnie zżera… Gdzie nauczył się pan szanowny tak wspaniale władać językiem polskim? I czy, będąc kosmitą, łatwo było opanować mowę Ziemian?

Odpowiedzi nie zdołałem już jednak uzyskać, albowiem na horyzoncie pojawiło się światło, nie jedno i nie dwa, ale cały rój świetlistych punktów, które mnie na dobre oślepiły i oszołomiły. Po chwili wszystko wróciło do normy, ale mój tajemniczy rozmówca zniknął.

I pomyśleć, że zachciało mi się tego upalnego dnia wędrować z Baborowa przez Sułków aż do Głubczyc, o czym pozwolę sobie opowiedzieć stopniowo, po kolei i od początku.

Zacznę może od lasu i niepozornej dolinki za Sułkowem, czyli od detalu i szczegółu, zgodnie zresztą z sugestią czarnego luda. Cóż… z uwagi na osobę ojca, jest to dla mnie bardzo bliski, a zarazem odległy świat, inny od tego, który winien się znajdować, ot tak sobie, po sąsiedzku z Racławicami. Czy to w ogóle możliwe, żebym swych rodzinnych okolic mógł nie znać? No jakże to!?

I oto oczom mym ukazuje się żyzna dolinka, zewsząd otoczona polami, zaciszna, nastrojowa, maleńka, promykami zalana, skryta przed wścibskimi oczami ludzi postronnych, niewtajemniczonych w sekrety ojcowizny Sułkowskiej, taka polanka – rzec by można – idealna.

Jeszcze wcześniej, zaraz za Sułkowem, trakcję kolejową widziałem, od dawna nieczynną, która przywołuje w głowie obraz świętej pamięci dziadka z Murcek, przedwojennego eleganta, urodzonego jeszcze w zaborze austriackim, w dawnej Galicji.

I teraz posuwam się więcej jeszcze i dalej, dalej jeszcze i śmielej, śmielej, a nawet bardziej śmiało. I pagórek widzę. I pagórek zwiedzam. I zauważam, jak jakieś świetliste punkty krążą nad ziemią. A jest tam postać, czarna i tajemnicza, która wchodzi do jednego ze słonecznych rydwanów, który wylądował, przycupnął był na ziemi na chwileczkę i odleciał, wzbił się wysoko i znikł.

Później, w pobliżu stawów rybnych i cegielni, pod sam koniec letniego dryfowania, gubię się. Tam właśnie sitowia widzę. I tam te sitowia zwiedzam. I zauważam, jak jakiś obiekt świetlisty niewiadomego pochodzenia do wody wpada z sykiem i hukiem wielkim: plask! A po krótkiej pauzie pojawiają się bąbelki na powierzchni. Ignoruję je i idę dalej, wracam na właściwą drogę, jakbym się nawracał na dobro i klasyczne piękno.

I co się dzieje? Ano widzę, jak przed Głubczycami tuż-tuż wieś wygodnie się mości na stoku, na garbie. Ta wieś, z kostką brukową w tle ułożoną jeszcze za Niemca, robi wrażenie, bo i robić musi. A powyżej i wzdłuż gościńca aleja biegnie, przy której ktoś iglaki posadził. W związku z tym pełno naokoło sosen i świerków. Mógłbym się w nich bawić jak dziki i się nawet zgubić, gdybym był dzieciak mały, a nie stary chłop, ale nie jestem. Boże! Ileż to podobnych alejek szmaragdowych w życiu widziałem!? Moc alejek, całą alejową chmarę! Ta – była jak inne i nie była jak pierwsza lepsza. Niby taka jak pozostałe, a jednak nie taka jak one wszystkie. Nie taka, bo i piękna, i wyniosła niczym renesansowa melodia ozdobna, co się wije co prawda schematycznie, ale i różnorako jednak, jak jakaś wariacja, stale się rozwijająca i zmieniająca.

I kościół we wsi jest, a za nim cmentarzyk, pola oraz polna droga. Ta główna – musi mnie doprowadzić aż do samego kościoła, bo one wszystkie do Rzymu jak nic walą. Do kościoła, do Boga i Wiecznego Miasta. Drogi więc wiły się i splatały, wiły i splatały, w tej wsi, w której się też spotykały. I przebiegały tak – jedna z drugą – i za, i przed, a nawet naokoluteńko Domu Boga Pana. A tam, przed kościołem… albo przy, albo za… wszystko się zaczynało i wszystko kończyło, całe kontinuum Wszechświata się zaczynało i kończyło. Miejscowość bowiem zorganizowano centrycznie i kościół znajdował się trochę we wsi, a trochę już jednak poza, jakby starał się wyprawić, ulecieć w kosmos, ku światłu, ku niebu, jakby przenieść się starał do innego wymiaru: polnego, leśnego, rzecznego, mglistego, sennego, czarnego, martwego, a nade wszystko duchowego. Dlatego też wszędzie w obrębie wiejskiej zabudowy było blisko, a życie tubylców, o których za chwilę, zaliczało się do tych z gatunku łatwych, prostych i przyjemnych, bowiem wioska była malutka i okrąglutka jak śląska kluseczka, jak kuleczka, bułeczka, jak na mojej mapie Płaskowyżu Głubczyckiego kropa.

Ano właśnie – wspomniałem o tubylcach. Ci zdążyli mnie zadziwić najwięcej może i nawet dosyć mocno wystraszyć. Cały czas wzrokiem za mną wodzili jak jakieś roboty, a kiedy tylko usiłowałem spytać kogo o godzinę, natychmiast stawałem się niewidzialny i ignorowano mnie. Była tam też jedna dziewczynka ze skakanką, grająca w gumę, której głowa obracała się o całe trzysta sześćdziesiąt stopni wokół własnej osi. I to zrobiło na mnie niesamowite, największe bodaj wrażenie, większe od świateł na niebie oraz nad polami, cóż… większe chyba nawet od objawionego w tajemniczy sposób jegomościa, z którym rozprawiałem o literaturze fantastycznej, zamiast – dajmy na to – o Dekalogu, również objawionym. Dziwnie się czułem, gdy ta mała osóbka ze skakanką odprowadzała mnie swym przerażającym spojrzeniem, wszystkowidzącym, złorzeczącym, martwym i bijącym po oczach krwistą do bólu czerwienią. Ech, nie ma to jak kochana Polska powiatowa!

Powiedziałem wcześniej, że wszystkie drogi prowadzą do Rzymu. To nieprawda, bo nie wszystkie, a tylko nieliczne. To tam, za kościołem i cmentarzem, znajdowała się ta oto Głubczycka, jedna jedyna. I to ją wybrałem. To był mój Rzym. Głubczycka uratowała mi skórę, bo roboty obcych za nią nie przepadały, jak się zdaje. Przeżyłem więc swego rodzaju ewakuację, gdy okazało się, że coś mnie ściga, a jeśli nawet nie ściga, to w każdym razie mogłoby zainicjować łowy, gdyby tylko chciało. Ryzyko, że mnie dopadnie i unicestwi istniało więc jak bum-cyk, a w związku z tym nikomu nie życzę podobnych wakacyjnych przygód i doświadczeń granicznych.

Tę wieś, która nazywa się Grobniki i faktycznie znajduje się na mapie Polski, zapamiętam do końca życia jako coś bardzo złego. Co było z nią nie tak? Nie wiem, ale wiem, że nigdy nie wrócę na szlak Sułkowsko-Głubczycki i nie porozmawiam z kosmitą o Szekspirze.

„Maciuś” by Marcin Rojek

In Opowiadania on 20 marca, 2020 at 6:00 am

niedobreliterkitxtNasz drogi Paskud odwiedził ongiś zaświaty, ale nie spodobała mu się panująca tam atmosfera. Masa gderliwych emerytów, drogie mieszkania, a ananasy miały niepokojącą tendencję do wychodzenia z puszek w środku nocy i urządzania sobie olimpiad w ringo wraz z aniołami zbrojnymi w aureole.

Nie da się jednak ukryć, że tematyka tego, co czeka nas po śmierci, fascynuje ludzkość (i Paskudzkość) od zarania dziejów. A co, jeśli zerkniemy za zasłonę zawczasu i uznamy, że tam właśnie chcemy być, miast na tym łez padole? O tym, w telegraficznym skrócie, traktuje najnowsze opowiadanie Marcina Rojka – „Maciuś”, do którego lektury serdecznie zapraszamy.

Czy sami nie uchylimy zbytnio zasłony, gdy wspomnimy, że czekają tam na Was jednookie niedźwiedzie i łyżwy zrobione z zegarków? Przekonajcie się sami…

 

h

Maciuś

h

Stali na dachu.

– Wysoko tu.

– Nie musisz tego robić, jeśli nie chcesz.

– Ale ja chcę.

– No to w czym problem? Dwa kroki i lecisz.

– Trochę się boję.

– Możemy stąd iść.

– Haha, mówiłem ci, że mały stchórzy.

– Nie tchórzę! Zaraz to zrobię.

– Czekamy.

– Nie musisz tego robić.

– Musisz, inaczej na zawsze zostaniesz tchórzem.

– Masz rację. Muszę.

Maciuś drżał, z całych sił zaciskając piąstki. Weszli tutaj we trzech. Najpierw wspięli się na stary płot, który ledwie utrzymywał ich ciężar. Potem przeszli na gałęzie bzu, zwisając z nich jak stado małp. Jeśli ktoś dysponował wystarczającą zwinnością, żeby wejść na najwyższą gałąź, nieustannie kołyszącą się na wietrze, a jednocześnie wystarczającą lekkością, żeby się pod nim nie ugięła, mógł wejść na Bartka. Był to wielki, rozłożysty dąb. Ktoś kiedyś w telewizji usłyszał, że tak właśnie nazywa się największy dąb w kraju. Skoro żadne z dzieci nie widziało nigdy większego, uznali, że to z pewnością właśnie Bartek. Stał nad nimi, rzucając płaszcz mroku na zgromadzonych. Nawet w najbardziej słoneczny dzień utrzymywały się pod nim ciemności, jakby światło uciekało przerażone. Dzieci, zbite w gromadkę, stały na granicy cienia, obserwując, jak chłopcy znikają w koronie. Podobno wśród liści krył się domek. Wujek Przemka zbudował go rzekomo w wieku dziesięciu lat. Chował się w nim, chichocząc, podczas gdy poprzednie pokolenie dzieci patrzyło na niego przerażone. Śmiał się i chodził po gałęziach, wzbudzając podziw w młodszych kolegach. Któregoś razu spadł. Uderzył głową o ziemię. Przemek z rodzicami odwiedzali go w szpitalu. Czasami zachowywał się całkiem normalnie. Chociaż przykuty do wózka, to śmiał się i cieszył. Ostatnio tylko się ślinił. Lekarz mówił, że już ich nawet nie poznaje. Ostatnim razem, kiedy zbierali się do wyjścia i Przemek dawał mu zwyczajowego buziaka w obślizgły policzek, wuj otrząsnął się na chwilę. Złapał bratanka za rękę. Spojrzał mu głęboko w oczy.

– Nie wchodźcie na Bartka – wyszeptał. Potem zaczął rechotać. Przybiegło dwóch dużych panów i dali mu zastrzyk. Wujek uspokoił się. Z rozchylonych ust pociekła strużka śliny. Czytaj resztę wpisu »