polskie centrum bizarro

Posts Tagged ‘niedobre literki’

„O Grzesiu, co nic nie zrobił, a świat zmienił” by Adam Raglan

In Opowiadania on 21 lipca, 2021 at 6:00 am

Paskud_Pustki

Paskud doskonale zna tematykę Pustki. W zasadzie, stamtąd pochodzi, bo zanim w ogóle zabył, to go nie było, a jak coś niebywa, to w Pustce przebywa. Proste, nie?

Tematyka niebytności jest więc naszej niedobroliterkowej maskotce znana z tak zwanej autopsji, a że przy autopsji skupić się należy i ciąć precyzyjnie, pochwalamy wszelkie kontemplacje na ów temat; przy użyciu pióra czy skalpela – nieistotne.

Prezentujemy więc dziś tekst-operację podesłany jakiś czas temu na konkurs przez Adama Raglana. Będzie o Grzesiu i o Pustce właśnie. Przy okazji zaś: o ważkich sprawach kosmosu. A ważki o kosmosie to akurat hohoho, wiedzą najwięcej.

Ale o tym ćśśś…

O Grzesiu, co nic nie zrobił, a świat zmienił

Któregoś dnia do instytutu dostarczono Pustkę, aby przyjrzeli się jej bliżej naukowcy.

Znaleziono ją w dużym centrum handlowym przed sklepem z modnymi ubrankami dla psów, wykonanymi z ekologicznych tworzyw biodegradowalnych. Swoje niskie obroty właściciel zrzucił właśnie na wspomnianą Pustkę i wymusił na zarządcy budynku usunięcie jej, pod groźbą otwarcia przewodu sądowego. Zarządca początkowo wzbraniał się przed tym i nieszczęsnego przedsiębiorcę próbował zbyć, ale po dokładnym zbadaniu zażaleń musiał przyznać mu rację. Pustka niezaprzeczalnie tam się znajdowała i coś należało z nią zrobić.

Policja odmówiła zajęcia się zgłoszeniem, tłumacząc, że regulaminy nie pozwalają im na Pustkę na komisariacie, po czym odesłano ich do straży dla zwierząt. Ci zaproponowali przeniesienie jej do miejskiego zoo, ale jego dyrektor zaperzył się, że jest zima przecież i oni mają pustki wszędzie i więcej już ich przyjąć nie zdołają, bo będą się gryzły. Chciało ją wprawdzie schronisko dla zwierząt, ale zabrakło im funduszy na transport, opiekę i wyżywienie. Próbowano zorganizować na ten cel jeszcze internetową zbiórkę, ale Pustka brzydko wyszła na zdjęciu i zupełnie nie przyciągnęła niczyjej uwagi.

Wzgardziły nią też muzeum narodowe i centrum kultury, za to lokalne koło buddyjskie zaoferowało się przyjąć ją pod swoje skrzydła. Właśnie wybudowali w parku miejskim nową stupę i uznali, że Pustka będzie ideologicznie do niej pasować. Sądzono, że uff, problem z głowy, kiedy okazało się, że stupę postawiono bez zezwolenia, w dodatku w miejscu historycznym, upamiętniającym pierwsze spotkanie znanego wieszcza z jego czwartą żoną, które to spotkanie przyczyniło się do powstania jakichś ważnych z literackiego punktu widzenia sonetów. Zaklepali je sobie więc poeci z kółka przyjaciół książek działającego w przyparkowej bibliotece i planowali organizować tam cotygodniowe spotkania liryczne, w nadziei, że i komuś z nich uda się w końcu jakąś żonę znaleźć. Buddyści co prawda nie widzieli nic przeciwko i zarzekali się, że jedno drugiemu wadzić nie będzie, ale poeci i nadzór budowlany pozostawali nieugięci, więc zanim Pustka dotarła do parku, konstrukcję zdążono rozebrać.

Dyskusje nad Pustką rozgorzały na nowo i już myślano, że sprawa jest kompletnie bez wyjścia, kiedy zarządca galerii, któremu coraz więcej handlarzy zaczynało się na nią skarżyć, krzyknął w złości, że to na pewno wina naukowców! Tak się przecież działo zawsze, kiedy coś nie szło po jego myśli. Na przykład, gdy planował rozbudowę budynku. „Pod sufitem to nie da się mostu zawiesić; wodospady spowodują szybką korozję; zjeżdżalnia z trzeciego piętra może nie wyjść najlepiej; grawitacja nam na to nie pozwoli; fizyka z tamtym się zupełnie nie zgadza” i taki tam naukowy bełkot, którym zawsze go zbywano. Potworny żal do nich o to żywił, więc kiedy zebrani na naradzie w kwestii Pustki zaczęli mu nieśmiało potakiwać, w jego głowie zrodził się podstępny plan odwetu i Pustkę czym prędzej odstawiono do instytutu.

Trafiła na portiernię, bez pytania, czy komukolwiek się to w ogóle podoba, i czekała tam kilka dni. Nikt nie kwapił się bowiem, aby ją odebrać i każdy twierdził, że to zagadnienie dla zupełnie innego działu niż ich własny. Wtedy pan Stefan, klucznik, wkurzył się i powiedział, że mu się z nią przykrzy i nie będzie jej u siebie dłużej trzymał, więc wciśnięto ją astrofizykom, bo im najbliżej do próżni i jej pochodnych.

Astrofizycy protestowali, twierdząc, że nie mają środków i sił przerobowych, i że nawet biurek dla całego personelu im brakuje, i długopisy swoje muszą z domu przynosić, ale dyplomatycznie udało się ich obłaskawić groźbą odebrania grantów, więc zgodzili się przyjąć ją pod swoje teleskopy. Następnie, mimo pierwotnych uprzedzeń, zabrano się sumiennie za badania i dokładną analizę Pustki, ale zadanie okazało się trudniejsza niż się początkowo wydawało. Nie istniało bowiem nic, co dałoby się zbadać.

W Pustce nie znajdowało się nic do zmierzenia, zważenia, obliczenia albo chociażby wsadzenia pod mikroskop czy na palnik. Zupełnie nic. Niczym nie promieniowała, nie drgała, nie emitowała żadnych dźwięków i zdawała się trwać daleko poza zasięgiem empiryzmu. Nawet wspomniana próżnia traktowała tęgie umysły łaskawiej, pojawiając się przynajmniej w ściśle określonych warunkach i będąc przyzwoicie przewidywalną. Pustka wytrącała im z dłoni wszelki poznawczy oręż.

Ślęczano nad nią trzy tygodnie, główkując, zastanawiając się i prześcigając w pomysłach, jak problem ugryźć. W końcu jednak i pomysły, i zapał się skończyły, pozostawiając zaangażowanych z cierpkim poczuciem przegranej. Zaczęto wracać do projektów, porzuconych wraz z pojawieniem się Pustki, odkładając jej problem na czasy większej kreatywności. Żeby jednak nie rozpanoszyła się niekontrolowanie i nie zajęła na dobre ich pracowni, czym zresztą od dawna groziła im dyrekcja, zostawili ją pod opieką praktykanta Grzesia. Odkąd opuściła go dziewczyna, twierdził, że sam jest pusty w środku, więc współpracownicy zgodnie uznali, że skoro trochę obycia z tematem nabrał, świetnie się nada. Grześ nie protestował wcale i chyba nawet nieźle się ze swoją podopieczną dogadywał. Godzinami siedział bez słowa, wpatrując się w Pustkę i wyglądało na to, że o ile eks-luba nie odpowie niespodziewanie na jedną z tysięcy wysłanych do niej wiadomości, do niczego innego i tak nie będzie zdolny. Więc tak sobie siedzieli we dwójkę z Pustką, rozpraszając wszelką entropię i zaburzając naturalny rytm apeironu. Czytaj resztę wpisu »

„Komu bije ząb?” by Marcin Zwoleń

In Opowiadania, Różne, różniste on 16 lipca, 2021 at 6:00 am

niedobreliterkitxtNiedobroliterkowe annały wspominają, że Marcin Zwoleń już kiedyś u nas publikował. Czy to prawda, czy nieprawda… Warto sprawdzić. Warto też przeczytać jego najnowsze opowiadanie. I to niezależnie od aury za oknami.


KOMU BIJE ZĄB?
(HISTORIA ZAWIERA LOKOWANIE PRODUKTU)

W dniu moich pięćdziesiątych urodzin przestały rosnąć mi paznokcie. U rąk i nóg. Zaczęły za to rosnąć zęby. Pożytku z tego nie było żadnego. Jedynie same utrapienia. Paznokcie pal licho, nie musiałem przynajmniej ich obcinać, no ale zęby. To już była spora udręka. Przerośnięte kły kaleczyły moje wargi, a długie siekacze i trzonowce nie pozwalały zamknąć ust. Wyglądałem jak krzyżówka królika z tygrysem szablozębnym.

Niestety, żaden stomatolog nie był w stanie mi pomóc i zaradzić czegokolwiek na tę przypadłość. Pozostawiony sam sobie z problemem sięgnąłem więc po domowe narzędzia pierwszej pomocy: pilniki, obcęgi, dłuta, kombinerki. Korzystałem z nich na wszelkie możliwe sposoby. Moje zęby doświadczały zbiegów raczej mało zbliżonych do tych z gabinetów dentystycznych. Piłowałem je, obcinałem, miażdżyłem, a one pomimo zadawanych im tortur wciąż nieprzerwanie odrastały na nowo.

Ostatecznie zostałem zmuszony stworzyć harmonogram dnia, którego elementarną częścią stały się zmagania z zawartością mojej żuchwy. I tak podczas porannej toalety, kiedy inni w pośpiechu szczotkowali swoje zęby, ja w pośpiechu swoje piłowałem pilnikiem do metalu. Parę godzin później, w czasie popołudniowej przerwy w pracy dyskretnie przycinałem je obcęgami w biurowej toalecie. Natomiast tuż przed snem dopełnieniem dnia upływającego pod hasłem: „I ty zrób coś dla swoich zębów”, swoistym gwoździem programu było wyrywanie kombinerkami co potężniejszych egzemplarzy, które i tak kiełkowały już o poranku. Właśnie w ten sposób mijały dni podporządkowane rosnącym nieustannie zębom. Aż do pewnego październikowego popołudnia.

Akurat tamtego dnia wychodząc w pośpiechu do pracy zapomniałem zabrać ze sobą czegokolwiek do przycięcia uzębienia. Po kilku godzinach w czasie drogi powrotnej czułem już, że przede wszystkim kły znacznie urosły i zaczynają wbijać mi się w wargi. Jak najszybciej musiałem dotrzeć do domu i temu zaradzić.

Pierwszym, co nagle wytrąciło mnie z myślomarszu, był histeryczny kobiecy krzyk płoszący wróble z parkowych klombów. Chwilę później dołączył do niego dziecięcy szloch mogący zmiękczyć najtwardsze serca. Wrzask powtórzył się, a następnie rozległ się tubalny męski głos: „Göring! Zostaw!”. Wiedziony czarnymi myślami rzuciłem się bez zastanowienia w kierunku skąd dochodziły odgłosy rozgrywającego się dramatu. W sąsiedniej alejce pomiędzy rosłymi topolami działy się dantejskie sceny. Szarobury owczarek o ewidentnie niemieckich manierach, uczepiwszy się paszczą czerwonego płaszcza kilkuletniej dziewczynki, za żadne skarby nie chciał go puścić. Mimo usilnych szarpnięć za smycz i pokrzykiwań właściciela, bestia zawzięcie tarmosiła okrycie dziecka. Wokół tego wszystkiego dreptała rozdygotana staruszka, niezdarnie okładająca psa laską, który nic sobie robił z padających na jego grzbiet razów.

Nie było innej opcji, aby nie dopuścić do katastrofy musiałem działać. Prowadzony instynktem, zareagowałem w okamgnieniu. Dopadłem do psa i nie myśląc wiele, wbiłem wyrośnięte kły w jego ogon. Do unoszącego się ponad koronami drzew dziecięcego płaczu, babcinych pisków i męskiego krzyku dołączył psi skowyt. Zwierz, kiedy tylko poczuł na własnej skórze, jak smakują ostre zęby, odstąpił od ataku, wypuścił materiał z pyska, po czym ciągnąc za sobą pana, rzucił się do ucieczki.

Już następnego dnia prasa rozpisywała się rozlegle o całym zajściu. Gazety na wyścigi zamieszczały co bardziej chwytliwe tytuły: „Szczęki zapobiegły tragedii”, „Człowiek pogryzł psa”, „Czy te zęby mogą kłamać?”. W krótkim czasie zrobił się wokół tego medialny szum. Dziennikarze, gdy tylko zwietrzyli temat, starali się go wycisnąć do ostatniej kropli; artykułom o mnie nie było końca. Reszta poszła już gładko jak lawina w Davos. Niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki nagle zaczęły pojawiać się zaproszenia do radia i telewizji, wywiady, sesje fotograficzne oraz bankiety. Byłem rozchwytywany, każdy chciał mnie poznać, stałem się dobrem luksusowym.

Wkrótce moim przypadkiem zainteresował się świat medycyny. Anomalia, która przypadła mi w udziale, była nie lada wyzwaniem. Konsultacje w gronie wybitnych autorytetów, liczne sympozja i wykłady stały się chlebem powszednim. Nie zmieniło to jednak stanu rzeczy, mimo podejmowanych różnorakich prób problem nie znikał i nic nie wskazywało, że tak się stanie. Nie było innego wyjścia, jak tylko dalej kroczyć z nim przez życie.

I właśnie w owym momencie pojawiło się wybawienie. Coś, co ewidentnie musiało się wydarzyć. Kwestią czasu było, kiedy fala popularności wyniesie mnie na głębokie wody wielkiego biznesu. Otóż z propozycją współpracy zgłosiła się firma reprezentująca branżę zoologiczną. Miałem zostać twarzą produkowanych przez nich ścieraków do korekty zgryzu u gryzoni. Lukratywny kontrakt skusił mnie natychmiast i bez wahania go podpisałem.

Od tamtej pory obroty firmy wzrosły kilkukrotnie, a i ja nie narzekam. Oprócz smakowitego procentu od zysków mam zapewniony dożywotni zapas produktu, dzięki któremu kontroluję moją przypadłość. Bowiem nic tak jak ścierak marki „Papushka” nie jest w stanie skutecznie zadbać o długość uzębienia. Z czystym sercem oraz krótkimi zębami szczerze polecam.

Miesiąc Opowieści Alicyjnych: Nabór tekstów

In Akcje Literackie on 9 lipca, 2021 at 5:15 pm

ALICE_Paskud

Całkiem niedawno, bo 4 lipca, minęło 159 lat od dnia, w którym pewien oxfordzki matematyk, Charles Lutwidge Dodgson, zabrał trójkę dziewczynek na przejażdżkę łódką i opowiadając im niestworzone historie dla zabicia czasu, stworzył zarys fabuły jednej z „najzadziwialniejszych” książek wszech czasów: Alicji w Krainie Czarów.

Twórczość człowieka lepiej znanego jako Lewis Carroll stanowi nieskończone źródło inspiracji dla autorów wielu gatunków, w tym również, jakżeby inaczej, bizarro fiction. Nie bez kozery bowiem nagroda przyznawana na amerykańskim BizarroConie nosi nazwę Wonderland Book Award.

W związku z tym postanowiliśmy na Niedobrych Literkach godnie uczcić 190. rocznicę urodzin Lewisa Carrolla i niniejszym wszem wobec i niewobec ogłaszamy Styczeń 2022 – Miesiącem Opowieści Alicyjnych!

Czego potrzebujemy od Was? Opowiadań, a jakże!

Wymogi przedstawiają się następująco:

  • Brak limitu znaków czy słów, ale prosimy, miejcie litość dla jedynego oka Paskuda. Nie publikujemy tu powieści w odcinkach. 😉
  • Opowiadanie musi być utrzymane w klimacie bizarro fiction oraz bezpośrednio zainspirowane twórczością Lewisa Carrolla. Chodzi tu przede wszystkim o Alicję w Krainie CzarówAlicję po Drugiej Stronie Lustra oraz Wyprawę na żmirłacza (kto nie zna, niech się zapozna, bo warto). Gąsienicze opary absurdu, oniryczna logika, zabawa językiem – to jest to, na co liczymy!
  • Obowiązuje limit 1 opowiadania na autora, więc prosimy o same najlepsze teksty (chociaż nikomu dowodów nie sprawdzamy, więc można coś zawsze przemycić pod pseudonimem…)
  • Nabór tekstów zamykamy 4 listopada 2021, w wigilię Dnia Guya Fawkesa (kto bez sprawdzania wie, czemu akurat wtedy, dostanie uścisk dłoni redaktora prowadzącego). Wszystkie przyjęte teksty zostaną opublikowane w styczniu 2022 w kolejności ustalonej przez nas.
  • Opowiadania proszę wysyłać na najdziwniejszy z trzech adresów mailowych koordynatora: echnbabe@gmail.com

Skoczmy razem w głąb króliczej nory!

Paskud na Was liczy!

„O tym, jak poznałem Montserrat Caballé, żywą historię, i o tym, jak także teraz ocieram się o… historię” by Maciej Żołnowski

In Różne, różniste on 7 lipca, 2021 at 6:00 am

kwarantanna

Niedobroliterkowi żercy zapewne stęsknili się za twórczością Macieja Żołnowskiego. Niniejszym zaczynamy nadrabiać zaległości. Q chwale!

                                               


O tym, jak poznałem Montserrat Caballé, żywą historię, i o tym, jak także teraz ocieram się o… historię

Pracuję w Amazonie. Układam towar na półkach. Naprzód go skanuję, a potem rozkładam. To ciężka dziesięciogodzinna praca na nocki w systemie zmianowym. Tylko to mi pozostało: nuda, nuda i jeszcze raz nuda. Ale kiedyś było inaczej. Kiedyś mieszkałem w Barcelonie, żyłem i pracowałem w wyuczonym zawodzie. I nagle nachodzi mnie wspomnienie jaśniejszych dni i przypomina się ta oto rozmowa:
– No chodźże tu! – zachęca kolega. – Zapoznam cię z Montserrat Caballé… Madame, to jest ten aranżer z Polski, o którym tyle pani opowiadałem. Wielki talent!
– O, jak miło pana poznać, sir – odpowiada sławna sopranistka.
– Znasz na pewno Montserrat. Tylko mi nie mów, że nie.
– No niestety! – zwracam się tym razem już bezpośrednio do wielkiej diwy. – Nie znam pani, madame. Przepraszam, lo siento mucho, muchísimo.
– Och, nic nie szkodzi. Teraz już się znamy, i to jest najważniejsze, prawda?
– Montserrat śpiewała z takimi sławami, jak Freddie Mercury czy Bruce Dickinson.
– …
– Naprawdę jej nie znałeś? – po krótkiej pauzie odzywa się kompan.
– Naprawdę.

***

Jestem korpoludkiem. Haruję na nocki w firmie Amazon: układam, stowuję, pickuję, magazynuję. Tylko to mi pozostało: nuda, nuda, nuda. Ale kiedyś było inaczej. No właśnie: KIEDYŚ!

„Rorschach” by Jakub Luberda

In Opowiadania on 5 lipca, 2021 at 6:00 am

Bez tytułu

Od czasu do czasu przetestować się psychologicznie nie zaszkodzi. Zwłaszcza kiedy jest się redaktorem polskiego centrum bizarro i na co dzień styka się z pajęczymi królikami, dżinami chorymi na raka czy imprezowymi wilkami mieszkającymi w ludzkiej czaszce. Niestety, Paskud nie refunduje swoim wyznawcom testów Rorschacha, więc musimy sprawdzać się sami każdego dnia: rozcinając skrzeczące ośmiornice z Trytona nad kartką papieru i ciapając nimi, aż powstanie plama. A i tak jedynym, co nam się ukazuje każdego dnia, to napis: „Weź się do porządnej roboty, zarazo pełzakowa!”.

Nie wszyscy, na szczęście, zapisani są jednak do Paskudnego Funduszu Zdrowia. O jednej z takich postaci opowie dziś Jakub Luberda. Biedak również widuje to samo w każdej plamie, ale co z tego wyniknie – przekonajcie się sami.

„Rorschach”

– Co widzisz tutaj? – Doktor Roswalt wskazał Nikodemowi plamę atramentu na kartce.

– Pana, panie doktorze – odparł spokojnie.

– A tutaj? – zapytał doktor z nadzieją w głosie, podnosząc kolejny arkusz.

– Też.

– A tu? – Jego pytania stawały się coraz bardziej rozpaczliwe.

– Tak samo.

Psychoterapeuta westchnął z rezygnacją i podsunął pacjentowi pod nos papier. Zapisany, ale już bez kleksów.

– Obawiam się, że nie będę w stanie ci więcej pomóc – stwierdził na wydechu i wsparł skroń o rękę opartą na blacie dębowego biurka.

Nikodem uśmiechnął się zakłopotany.

– Nie obawiaj się, poleciłem cię znajomemu. – Wskazał list, który mu przekazał. – To świetny specjalista.

Dwudziestolatek zacisnął wargi, próbując się uśmiechnąć jak ktoś, kto właśnie usłyszał od obiektu westchnień, że „na pewno inna go pokocha”. Nie protestował jednak. Schował dokument, pożegnał się i wyszedł.

Doktor zamówił taksówkę przez telefon i wyszedł przed budynek, w którym mieścił się jego gabinet. Czekał.

Pochyłą ulicę przed poradnią remontowano. Chodnik był wąski. Pod górę szła kobieta z wózkiem dziecięcym. Chciała wyminąć lekarza, więc ten przesunął się na ulicę, by ustąpić miejsca. Podziękowała, ale nie usłyszał. Tak głośno ryczały młoty udarowe.

Doktor odwrócił się plecami do robotników, wypatrując taryfy u stóp wzgórza.

Za jego plecami otyły pracownik z trudem wspiął się na walec. Kołysał się w siedzisku, przestawiając dźwignie. Nagle złapał się za serce, zacharczał i stracił przytomność.

Walec ruszył.

Nim doktor się odwrócił, jego stopę uwięziło wielkie koło. Z szoku wywołanego bólem nie zdążył nawet krzyknąć.

Gdy robotnicy zorientowali się, co zaszło, z doktora została już tylko plama.

Obok przechodził akurat Nikodem z niedowidzącą matką. Ta zauważyła ciało doktora Roswalta i pociągnęła syna za rękaw.

– Czy widzisz to, co ja widzę? – zapytała.

Nikodem przekrzywił głowę.

– Tak – przytaknął. – Motyla.

„Jolo Szpilorek i Szczegóły” by Zeter Zelke

In Opowiadania on 26 czerwca, 2021 at 8:00 am

Paskud Kryminalny

Agresje są rozmaite. Od psychicznych, poprzez auto, na mikro skończywszy. Któż by pomyślał, że tego tyle jest! Kto by się w tym wszystkim połapał? Ano – profesjonał. Ten nie ma wyboru i znać się na detalach musi. Dzisiaj świętujemy Międzynarodowy Dzień Pomocy Ofiarom Tortur. Dzień, którego Szpilorki z zasady nie świętują. Gdy kończą, zwykle nie ma już komu pomagać. Lecz jeśli sądzicie, że torturowany nie może mieć ostatniego słowa, toście w błędzie. Zeter Zelke specjalnie dla Was naraziła żywot – czyj, to tajemnica Paskudnego Dworu – złapała Jolo za fraki i namówiła, aby podzielił się historią z morałem.  

Przy okazji przytulamy do Paskudnego Serca i Oka [PSiO!] wszystkich Was, którym kiedyś źle się zadziało. Ale tylko dzisiaj. Wierzymy bowiem, że co nas nie zabija, to nas wzmacnia. Wystarczy spojrzeć na Jednookiego. Wygląda, jak wygląda; jego bliskość to ból nerek i trwoga. Mimo to jakoś dajemy radę. I my, i on. Wy też dacie.


Jolo Szpilorek ⸸

i

Szczegóły

by

Zeter Zelke

 

Życie płatnego zabójcy nie jest łatwe. A życie asasyna wychowywanego od dziecka, by zabijać, to już w ogóle. Z drugiej strony, jeżeli rodzice, rodzeństwo, dziadkowie i babcie, kuzyni i kuzynki, wujkowie i ciocie siedzą w tym samym fachu, wtedy bywa lżej. Pod warunkiem przebrnięcia przez mordercze treningi i szkolenia. Ale czy człowiek kiedykolwiek przestaje się uczyć? No właśnie. Więc wracamy do punktu wyjścia – życie płatnego zabójcy to ciężka orka.

 

Prawdziwe oddanie dla profesji znać po tym, że jej adept nie grymasi, nie szuka dróg na skróty, nie zrzuca ciężaru odpowiedzialności na cudze barki. Wykazuje inicjatywę. A nikt nie jest bardziej oddany zawodowi niż Jolo. Ten wybitny specjalista wychodzi z założenia, że jak coś trzeba zrobić dobrze, najlepiej zabrać się do tego własnoręcznie. Podejście perfekcjonisty.

 

Ostatni kontrakt wymagał użycia materiałów wybuchowych. Jolo wraca do domu umazany od stóp do głów krwią. Nie swoją. Po powrocie do rodzinnej rezydencji w Calesonach od razu wchodzi pod prysznic. Odświeżony i czyściutki jak pupcia niemowlęcia, nie wykazuje najmniejszego zdziwienia, dostrzegając na stole swojej prywatnej kwatery kolejne zlecenie. Znać tata wpadł na krótko, by przekazać papierzyska. Zanotowawszy, że syn oddaje się ablucjom, pozostawił je na widoku, z krótką, odręcznie napisaną notatką: „To coś dla ciebie”. Jolo podnosi kontrakt do oczu, by zapoznać się z detalami. Im dalej brnie w treść, tym wyżej unoszą się lekko wyregulowane łuki jego brwi. Szpilorki za standardowe zabójstwo wołają milion kafeli. Nowe zlecenie opiewa na ich pięć. Nie dziwota, biorąc pod uwagę wymagania.

 

Klientka to nadziana aktorka, sława sceny filmowej Starego Jorka. Jolo, jako człowiek znojnej pracy, nie dysponuje czasem na podążanie za każdym trendem w popularnej kulturze. Lecz nawet on słyszał, że gwiazda niedawno się zaręczyła. Cóż, dostała kosza na tydzień przed ślubem i nie przyjęła tego najlepiej. Wobec czego następnym celem elitarnego zabójcy jest Ferdynand Mrozowąs. Ten sam, który wzgardził wdziękami mściwej piękności. Na tym nie koniec. Artystka załączyła długą listę tego, co powinno przydarzyć się niewiernemu mężczyźnie przed śmiercią; od wyrecytowania wierszyka jej autorstwa począwszy, poprzez szereg drobiazgowo opisanych nieprzyjemności, na umieszczeniu w czole zdrajcy specjalnie przygotowanej na tę okoliczność kuli skończywszy.

 

Dobre pół godziny Jolo poświęca planowaniu, w jakiej kolejności przeczołgać Mrozowąsa przez wymienione w kontrakcie tortury. Na sercu leży mu nie tylko własna efektywność. Trzeba wziąć poprawkę na wytrzymałość ofiary. Lista jest długa; ludzkie ciało zaś podlega ograniczeniom. Jeśli Ferdynand ma przed wyzionięciem ducha przetrwać to, co widnieje na piśmie, asasyn potrzebuje strategicznego podejścia. Niewykluczone, że przyjdzie zmodyfikować wstępny zamysł, jeśli wiarołomca okaże się wątlejszej postury, niż na to wskazują jego fotki znalezione w Sieci. Nie od dziś wiadomo, że celebryci lubią podretuszowywać domniemane skazy w swoim wyglądzie. Co z tego, że Mrozowąs wygląda na zdrowego faceta, z mięśniami gdzie trzeba, jeśli padnie na zawał lub dostanie epilepsji na sam widok palnika? Jolo pozostawia margines na zmiany.

 

W zbrojowni znajduje pistolet powtarzalny o właściwym kalibrze dla specjalnej kuli. Następnie wodzi palcem po liście klientki i dobiera kolejno: młotek, szpikulec do lodu, paralizator, palnik, igły, gwoździe, nóż militarny oraz petardę. Po tę ostatnią udaje się do młodszego rodzeństwa. Dzieciaki zazwyczaj chomikują jakieś fajerwerki po Nowym Roku. A jeśli nie, zawsze pozostaje babcia od strony mamy – Klementyna. Babcia specjalizuje się w pirotechnice.

 

Na liście widnieje parę niestandardowych rekwizytów; w te zaopatrzy się po drodze do rezydencji Ferdynanda.

 

Ostatnia rzecz – kamera. Siła ucieka z ręki Jolo na samą myśl, by tachać dodatkowo sprzęt do uwieczniania jego profesjonalizmu. Przeto wstępuje do pracowni Zulki w nadziei, że technicznie uzdolniona siostra zaradzi temu kłopotowi. Zulka, jak jej starszy brata, ma czarne włosy, tylko woli je nosić znacznie krótsze, sterczące na wszystkie strony świata. Szczuplutka dziewczyna, zielonooka i zwykle pogodnego nastawienia. W jej nosie, brwiach, wargach i języku błyszczą kolczyki. Na lewej łopatce kazała sobie zrobić trójwymiarowy tatuaż z ważką. To ekscepcjonalna, precyzyjnie wykonana dziara. Jolo często łapie się na tym, że próbuje owada strzepnąć. Podobnie jak on, Zula pracuje niemal bez przerwy. Obok Jolo, to drugi tak zarobiony Szpilorek. Na jednym z kilkunastu monitorów asasyn widzi obraz z jej drona. Kontrolowana przez zabójczynię ich chmura śle pociski w ślad za uciekającymi członkami szajki przestępczej. Wygląda to niemal jak gra komputerowa.

 

Przedłożywszy zwięźle swoje życzenie, Jolo otrzymuje od siostry tak zwanego bąka. Bąk jest miniaturową kamerą umieszczoną w żelaznym koszyczku ze śmigłami. Ustrojstwo widzi i słyszy to, co widzi i słyszy głowa, nad którą się unosi. Tak przygotowany, Szpilorek rusza pod adres, który wskazała zleceniodawczyni. Według jej słów, o ile eks nie pracuje na planie filmowym, przebywa w spokojnej, podstarojorskiej miejscowości Odchyleniec, gdzie mieści się jego pokaźna rezydencja. Zacisze słynie z porastających je jabłoni oraz wiśni. I z tego, że znajduje się tam tylko jedna willa. Przed wyruszeniem w drogę skrytobójca dokładnie ogląda plan architektoniczny budynku. Rzuca mu się w oczy informacja o wytłumionym akustycznie pokoiku. Nada się jak nic.

 

 

W tym fachu nieszczęście jednej strony oznacza szczęście drugiej. Jolo szykuje się na godziny ślęczenia między kwitnącymi drzewami Odchyleńca, wypatrując celu; tymczasem Ferdynand zrobił sobie dzisiaj wolne. Wyśmienicie. W pokaźnym domostwie Mrozowąsa pracuje garstka ludzi: ktoś do koszenia trawnika, ktoś do dbania o kwiaty ogrodowe, sprzątaczki i kucharz. Poza tym najbliższa rodzina, która akurat wybyła na wakacje. Jolo nie posiada się z radości.

 

Nie mitrężąc, zakrada się do rezydencji. Ferdynand korzysta z kąpieli słonecznej, rozłożony na leżaku przy basenie. Jolo przykłada mu szmatkę z chloroformem do twarzy. Gdy tamten wiotczeje, zaciąga go do sypialni na drugim piętrze. Tu ponoć rzadko kto bywa z uwagi na specjalne przeznaczenie pomieszczenia. Dedykowane zabawom, którym często towarzyszą ekstatyczne zawołania do samego Boga, zostało wymoszczone wygłuszającym materiałem. Czegóż chcieć więcej? Zabójca zamyka drzwi na klucz i zasuwa firany. Gdy aktor przychodzi do siebie, siedzi już na krześle – związany i zakneblowany.

 

Pierwszy punkt programu: Jolo staje przed Ferdynandem wyprostowany jak struna. Nad jego głową wisi bąk i wszystko nagrywa. Skrytobójca wydobywa wiersz klientki, odkasłuje, przeczyszczając gardło, po czym sumiennie recytuje, podkręcając intonację, gdzie trzeba:

 

Wiarołomny, suczy synu,

Myślisz, że można tak szargać mą czcią?

Wysyłam k’tobie asasyna,

Co zmyje potwarz twą krwią!

 

Ferdynand marszczy brwi, spoglądając z niedowierzaniem na Jolo. Jeszcze sądzi, że to jakiś nieśmieszny żart; uważa, że to głupia aktorska inscenizacja zorganizowana przez zgorzkniałą eksnarzeczoną. Szybko rewiduje wnioski, gdy Jolo pochyla się, by odkryć przed nim zawartość swojej walizeczki z narzędziami. Mrozowąs blednie w oczach; robi się biały jak ściana. Uświadamia sobie, że to nie przelewki. Usiłuje się wyrwać, szamocze się w więzach – nie wie, że zadzierzgnął je najlepszy z najlepszych. Nie wie, że jego wysiłki są daremne.

 

Swoim zwyczajem, Szpilorek przy pracy niewiele mówi. Właściwie to milczy jak zaklęty. Pomyślałby kto, że odczuwa przyjemność, gdy ostrożnie, niemal z rewerencją, wyjmuje narzędzia i układa je na jasnoróżowej pościeli mahoniowego łoża w równym rządku. Niewykluczone, że tak właśnie jest. Jednakże rodzice powtarzali mu, iż podniecanie się fuchą to niezdrowy symptom świadczący o niefachowym podejściu. Stąd, jakkolwiek niesłychanie to zabrzmi, Jolo nie czerpie zbyt wielkiej radości z roboty, która drenuje siły jak żadna inna. By ulżyć swej ciężkiej doli, szuka satysfakcji, gdzie tylko może. Na przykład w pedanterii; na przykład – w przywiązywaniu wagi do szczegółów. W obserwowaniu jak nieuchwytne założenie przeistacza się w fakt. Trochę jak gdy pisarzowi w umyśle wykluwa się pomysł na fabułę – wisi toto gdzieś w przestworzach wyobraźni, aż puf! – realizuje się pod postacią tekstu. Skończone dzieło niekiedy wygląda lepiej, a niekiedy gorzej od wstępnego szkicu, ale zawsze fajnie porównać efekt z zamierzeniem. Ten konkretny specjalista bardziej ceni sobie planowanie akcji niż ją samą. Jest ona jedynie zwieńczeniem skrupulatnych przygotowań.

 

Punkt drugi programu, a zasadniczo przerywnik, to paralizator. Jego ukąszenie ma sygnalizować przejście do kolejnych etapów. Jolo ustawia urządzenie na średnią moc i posyła wiązkę w bok Ferdynanda. Tamten podskakuje na krześle jak ryba na rozgrzanej patelni, przygryzając szmatkę.

 

Punkt trzeci na liście: Asasyn wybija Mrozowąsowi stawy w rękach i nogach. Barki, łokcie, nadgarstki, kolana, kostki – padają ofiarą precyzyjnych zamachnięć. Dzięki doświadczeniu oraz ciągłemu pogłębianiu wiedzy z zakresu anatomii ludzkiego ciała Jolo wie, jak uderzać, by zbytnio nie bolało. A już na pewno, aby cierpienia nie przeładowały neuronów i delikwent nie stracił przedwcześnie przytomności.

 

Kolejna wiązka z paralizatora i Jolo chwyta szpikulec do lodu, przechodząc do punktu czwartego. Wykłuwa na klatce piersiowej Mrozowąsa słowa: Jestem gejem. Przy tej sposobności Szpilorek wspomina swojego informatora, który okazjonalnie bywa też partnerem w zbrodni – Donalda Dafiego. Dafi również woli zabawiać się z chłopcami, lecz nade wszystko – uwielbia brać udział w krwawych walkach w nielegalnych podziemnych ringach. Asasyn nie może pozwolić sobie na preferencje w tym zakresie. Zdarza się, że jego misje wiodą go przez łóżka różnych indywiduów. Musi być doskonałym kochankiem dla nich wszystkich, żeby dotrzeć tam, dokąd dotrzeć trzeba. Zabawne, jak umysł dryfuje ku rozważaniom rozmaitym, kiedy jednocześnie jest się skupionym na pracy. Jolo wraca na ziemię; przeciera ukończony napis wodą utlenioną. Czerwone litery spieniają się bielą i wkrótce zaczynają przysychać. Bąk daje nura znad jego głowy, coby zaproponować ujęcie z boku i z bliska.

 

Punkt piąty to przypiekanie pięt żywym ogniem. Szpilorek odpala palnik. Teraz związany mężczyzna odnajduje pokłady sił, o których istnieniu nie zdawał sobie sprawy. Wierci się, podskakuje na krześle, przygryza knebel, wydaje stęki i jęki. Próbuje błagać o litość lub – na tym etapie – szybszą śmierć. Pot zbierający się na jego czole już od jakiegoś czasu, leje się strumieniami, jakby ktoś odkręcił kran. Jolo odchyla krzesło wraz z szamoczącym się aktorem i podpala mu podeszwy stóp. Wkrótce sypialnię wypełnia smród palonego mięsa. Przydałoby się otworzyć okno, ale Jolo nie zaryzykuje. Jeszcze swąd zaalarmuje służbę, a on nie potrzebuje komplikacji. Cierpi niedogodności razem z Ferdynandem. Oto moment, gdy pomiędzy oprawcą a ofiarą nawiązuje się nić porozumienia. Właśnie w takich sytuacjach powstają zalążki syndromu szokhełmskiego, kiedy w torturowanym rodzi się sympatia dla torturującego.

 

Po tej operacji cel jest mocno oszołomiony i ogłupiały z bólu. Zdaje się, że nawet nie zauważa, gdy Jolo uwija się z szóstym punktem programu, wymierzając mu dokładnie dziewięć ciosów nożem wojskowym w losowe miejsca na ciele. Dokładnie tyle, ile liter zawiera zwrot kocham cię. Morderca bodzie tak, by nie przebić witalnych organów. Na tym bowiem nie koniec.

 

Na pozycji siódmej plasują się gwoździe i igły. Klientka żąda, aby ukoronować nimi Mrozowąsa, toteż Jolo delikatnie wbija ostre końce w jego czaszkę, postukując młoteczkiem. Bąk nagrywa z profilu; później zapodaje ujęcie z dystansu, furkocząc z cicha.

 

Petarda, jako druga najgłośniejsza po strzale, zostaje na później. Co z tego, że ściany pomieszczenia ponoć wyposażono w dźwiękoszczelne materiały? Jolo nie uczestniczył w jego budowie. Nie przetestował jakości wytłumienia, a przezorny zawsze ubezpieczony. Chociaż gwałtowna ucieczka z miejsca zdarzenia dla skrytobójcy to nie pierwszyzna, Jolo woli je opuszczać niespiesznie, na pełnym luzie. Taki jest kompetentny.

 

Porzuca na moment Ferdynanda. Czas zająć się punktem ósmym – dmuchaną lalą. Jolo nie zabrał pompki, więc napełnia ją powietrzem z własnych płuc. Są silne. Potrafią utrzymać go przez piętnaście minut pod wodą. Daje radę. Kiedy gumowa seks zabawka nabiera kształtów, Szpilorkowi kręci się w głowie. Przysiada na łożu i przeczekuje zawroty. Przypadkowo spogląda Ferdynandowi w oczy. Tamten patrzy na niego jak człowiek pogodzony z losem, który jednak nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. W kontrakcie stoi, czarno na białym, by gumową lalkę ucharakteryzować na płeć męską. Jolo sięga po garść długich baloników i niczym magik z obwoźnego cyrku nadmuchuje je i skręca w kształt przypominający prącie z jądrami. Prezentuje je oku kamery bąka, po czym przylepia taśmą klejącą do podbrzusza zabawki. Domalowuje jej mazakiem wąsy, kozią bródkę; stawia kilka kresek mających odwzorowywać owłosienie na nogach. Następnie zarzuca lali perukę na skalp i układa na jasnoróżowej pościeli.

 

Szpilorek wyciąga rewolwer. Sprawdza, czy specjalna kula siedzi jako pierwsza w bębnie. Aż wreszcie sięga po tę przeklętą petardę – punkt dziewiąty programu. Jolo nie jest wścibski. Nie interesują go pobudki klientów, niemniej ma podejrzenie graniczące z pewnością, iż ta raca coś symbolizuje. Kryje się za nią jakaś historia, znana tylko tym dwojgu.

 

Potrzymasz, czy muszę ci okleić dłonie? – pyta, prezentując rakietkę.

 

Ale Ferdynand ledwo wiąże wątki. Nie rozumie, co się do niego mówi. Świadomość przychodzi i odchodzi. Mężczyzna czepia się jednej jedynej myśli niczym ostatniej deski ratunku. Ledwo żyje nadzieją, której obietnica spełnienia wreszcie odda go zaświatom.

 

Widząc, że na komunikację już za późno, Jolo z westchnieniem wsadza Mrozowąsowi petardę w dłonie. Oblepia je taśmą klejącą. Wystaje sam lont. Następnie podpala go i przechodzi w odległy róg sypialni. Petarda wybucha, zamieniając ręce związanego w krwawą miazgę. Skrytobójca wachluje cuchnące siarką powietrze. Oswabadza zmaltretowane ciało z więzów. Tamten, rozgorączkowany i pobladły, kiwa głową. Daje słabe znaki, aby zabójca się zbliżył. Jolo kalkuluje, że człowiek stoi już niemal obiema nogami w grobie. Nie należy spodziewać się po nim niebezpiecznych zagrań. Wyrywa przeto knebel z jego ust i nachyla się. Mrozowąs szepcze mu coś do ucha. Szpilorek przytakuje, z poważną miną elitarnego złoczyńcy. A potem rzuca Ferdynanda na łoże obok gumowej lalki. Podrywa rewolwer. Punkt dziesiąty – strzał w sam środek czoła – kończy męki aktora. Robota wykonana z precyzją zegarmistrza. Bąk-kamerzysta opada Jolo na dłoń i ląduje w kieszeni. Pora się zbierać.

 

Jolo wcale nie zaskoczyło to, co tuż przed śmiercią szepnął mu na ucho Ferdynand. Nie pierwszy raz przydarza mu się coś podobnego – propozycja zemsty zza grobu. Mrozowąs bowiem podał mu namiary na zasobnego człowieka, który chętnie pomści jego śmierć. Zgodnie z regułami Szpilorków, Jolo poczeka, aż klientka uiści pełną kwotę. Następnie skonsultuje z głową rodziny, czy udać się pod wskazany adres z ofertą usługi wyrównującej rachunki. Ojciec, Wincenty, rzadko podejmuje takie decyzje sam. Zwykle towarzyszy mu małżonka, Honorata. Mama Jolo zaś wykazuje pazerność na kasę, nawet jeśli Szpilorki opływają w bogactwa, których nie spożytkuje parę następnych pokoleń, gdyby bardzo się starały. Innymi słowy: kolejny kontrakt ma jak w banku.

 

Biorąc pod uwagę okrutny zawód, do którego okrutnymi metodami przygotowywano go od kołyski, Jolo lubi myśleć o sobie nie jako o człowieku, lecz jako o narzędziu. Czuje dokładnie tyle, ile czułby pistolet lub siekiera wciśnięta w czyjąś dłoń – nic. On jest jeno morderczym przedłużeniem ramienia swoich mocodawców. Robi, co uczyniliby oni sami, gdyby nie brakowało im odwagi, zdolności bądź odpowiednio wyposażonego zaplecza. Bóg wie, jak wielu Kainów snuje się po świecie, jak wielu pragnie wykończyć bliźniego, czasem z błahych powodów, i jak wielu skłania się słono zapłacić za czyiś ostateczny upadek. Niemniej Jolo nie pozbawiono błyskotliwego umysłu. Ten podpowiada mu, że Wszechświat bywa sprawiedliwym sędzią. Skoro on jest tylko kosztowną bronią na usługach innych, rzadko kiedy złość wyładowuje się na nim. Zabójca już dawno zauważył, że jego ofiary zwykle orientują się, kogo naprawdę należy winić za ich nieszczęście i, o ile dysponują środkami, chwytają okazję, by odpłacić się inicjatorom ich tragedii pięknym za nadobne. Dokładnie tak, jak uczynił to Ferdynand.

 

Jakież to szczęście, że z niektórymi narzędziami da się dogadać. Skoro o narzędziach mowa, Jolo lubi sobie wyobrażać, że jest mieczem. I że kto mieczem wojuje, ten od miecza ginie.

⸸⸸⸸

„Nie waż się mrugnąć” by Aleksandra Knap

In Opowiadania on 21 czerwca, 2021 at 6:00 am

 

kwarantannaPotrzeba samodoskonalenia to coś, co tkwi w każdym z nas jako tak zwane superego. Mało kto zdaje sobie jednak sprawę z faktu, iż „superego” to tak naprawdę wymyślna, freudowska nazwa dla krasnoludka o mysim ryjku i pancernym ogonie ankylozaura, który obżera się naszymi porażkami i upokorzeniami i tylko czasami szepcze nam do ucha wewnętrznego: „Hej, a może warto byłoby się poprawić, co? Zacząć ćwiczyć, iść na dietę, przestać tyle pić?”. A potem, gdy znów nam nic nie wychodzi, obleśny maluch zajada się kolejnym plackiem z łez i wyrzutów pieczonym na naszych przepalonych zwojach mózgowych.

Zmieniać się bowiem trzeba umieć i – co najistotniejsze – nie warto zmieniać się dla innych; szczególnie dla ludzi toksycznych i samolubnych. O jednej z takich przemian opowie nam dzisiaj Aleksandra Knap w oryginalnie zatytułowanym szorciaku „Nie waż się mrugnąć”.

Nam aż ciarki przeszły po plecach…

 

Nie waż się mrugnąć

– Nie waż się mrugnąć. – Zmył z rąk resztki mojej godności, po czym skierował się do wyjścia. Usłyszałam trzaśnięcie drzwi. W dalszym ciągu obserwowałam swoje odbicie w lustrze. Nie potrafiłam się odwrócić. Kazał mi tak stać i wpatrywać się w pustą, pozbawioną znaczenia powierzchnię, póki nie dojrzę w niej kształtów, o których zawsze marzył. Opowiadał mi o nich każdego dnia. Bardzo chciałam je zobaczyć.

Mrugnęłam.

Wzdrygnęłam się, przestraszona swoim nieposłuszeństwem. Przez parę sekund nasłuchiwałam odgłosów zbliżających się kroków. Nie wrócił. Wypuściłam powietrze i głośno przełknęłam ślinę. Nadszedł czas na regenerującą kąpiel.

Dotarcie do wanny znajdującej się w rogu łazienki wymagało ogromnej determinacji. Poruszanie opasłymi członkami stanowiło prawdziwe wyzwanie, a wały sadła obrastające talię wcale nie ułatwiały zadania. Z każdym kolejnym ruchem dyszałam coraz bardziej, a krople potu zalewały mi twarz. Nie zniechęciło mnie to, zawzięcie brnęłam dalej przez swoje ograniczenia, gotowa na przemianę.

Odkręciłam kurek i z trudem wtoczyłam się do wanny. Strumień gorącej wody przyjemnie drażnił nieprzyzwoicie mięsiste uda. Oparłam plecy o śliskie podłoże, starając się zrelaksować. Poczułam głód. Nie pamiętałam, kiedy ostatnio coś jadłam, a on i tak robił mi wyrzuty. Twierdził, że jeśli pragnę ujrzeć wymarzone kształty, powinnam zrezygnować z luksusów.

Doprowadź się do porządku, bo w obecnej formie jesteś nie do zaakceptowania.

Czytaj resztę wpisu »

„Jolo Szpilorek i Zasady” by Zeter Zelke

In Opowiadania on 13 czerwca, 2021 at 6:00 am

Paskud KryminalnyPowiedzmy uczciwie, rady – zwłaszcza dobre, są niezwykle cenne. Tymczasem nie wszyscy są skłonni się do tego przyznać. Weźmy na przykład Paskuda. Gdy któryś z dworzan Jednookiego szepnie mu dyskretnie na ucho, że nie wypada zjadać smarków, najczęściej dostaje odpłatę w postaci plwociny w oko, co w paskudnym narzeczu oznacza: „Zjeżdżaj, czytam”. Na szczęście nie wszyscy są tak niewdzięczni. Dziś świętujemy Dzień Dobrych Rad, toteż poradzimy, by męska części odbiorców przytuliła przyrodzenie i rzekła mu, iż tekst, który Zeter Zelke proponuje poniżej, to tylko fikcja literacka i nie ma się czego bać. Przynajmniej tak długo, jak długo Jolo nie dostanie na was kontraktu. Zapraszamy do brania przykładu ze Szpilorka, który o radę zapytać się nie boi.


Jolo Szpilorek ⸸

i

Zasady

by

Zeter Zelke

Życie płatnego zabójcy nie jest łatwe. A życie asasyna wychowywanego od dziecka, by zabijać, to już w ogóle. Z drugiej strony, jeżeli rodzice, rodzeństwo, dziadkowie i babcie, kuzyni i kuzynki, wujkowie i ciocie siedzą w tym samym fachu, wtedy bywa lżej. Pod warunkiem przebrnięcia przez mordercze treningi i szkolenia. Ale czy człowiek kiedykolwiek przestaje się uczyć? No właśnie. Więc wracamy do punktu wyjścia – życie płatnego zabójcy to ciężka orka.

Jolo nie posiada preferencji co do misji. Szpilorki z Caleson często się specjalizują, lecz nie Jolo – on jest wszechstronny. Przez tę uniwersalność i metodyczne podejście stał się oczkiem w głowie rodziców, co napawa go dumą. Jolo nie obnosi się z uczuciami. Na pierwszy rzut oka wydawałoby się, że ich nie ma. Złudne wrażenie. Ten zimnokrwisty morderca robi się emocjonalny i miękki jak pluszowa zabawka, jeśli chodzi o dobro rodziny. Kiedy Szpilorki jeden po drugim wykręcają się od podjęcia zlecenia, zawsze można liczyć na to, że przyjmie je Jolo. Uczyni to z miłości do krewnych; z potrzeby zachowania nieposzlakowanej opinii familii. Dlatego to on ugania się za pedofilem, za którym żaden inny Szpilorek uganiać się nie chce.

Odnalezienie celu zajmuje mu cztery dni. Tańsza konkurencja nie potrafiła ustalić miejsca przebywania zboczeńca, dysponując pełnymi dwoma miesiącami. Klient się zniecierpliwił i sięgnął głębiej do kiesy. Jolo prędko udowadnia, że ciężki szmal wydany na Szpilorków to najlepsza inwestycja życia – by tak rzec. Oto dlaczego nie warto oszczędzać na jakości. Koniec końców, skąpcy często płacą podwójnie za to, na co wcześniej żałowali grosza.

Przykładem rzeczony klient: polityk z tłustym portfelem, któremu pedofil zbałamucił i zgwałcił dwunastoletniego synka. Misją Jolo jest wymierzenie sprawiedliwości. Klient życzy sobie, aby przed śmiercią dewianta wykastrować, a jego przyrodzenie dostarczyć do biura zleceniodawcy. Z tego względu asasyn zaopatrzył się w niewielką, przenośną lodówkę. Jako profesjonał w każdym calu, Jolo wie, że proces powinien nagrać. Na wypadek, gdyby pojawiły się wątpliwości co do tego, czyje jądra znajdą się wkrótce w pojemniku. Niby klient – nasz pan, ale niekiedy zdarzają się cwaniacy, którym się widzi, że uda im się wyrolować Szpilorka. Po wykonanej robocie próbują wykręcić się od zapłaty za usługę bądź zejść z ustalonej ceny. Jest to szczególnie prawdziwe w przypadku dusigroszów. Na szczęście Jolo postępuje zgodnie z zasadami. Zawsze. Zasady – z nimi człowiek nigdy się nie zgubi, nigdy nie da się zrobić w bambuko.

Każdą pracę Jolo wykonuje w oparciu o reguły. Jedna z nich głosi, że zleceniodawca winien mieć pewność, iż kontrakt uhonorowano zgodnie z życzeniem. To generuje dowody, bowiem najprostszym sposobem na udokumentowanie akcji są fotki: „przed”, „w trakcie” i „po”, tudzież nagranie. Inna zasada – ta wyryta w umyśle i wykarbowana na plecach zabójcy batami podczas szkoleń – przestrzega przed pozostawianiem śladów. Dlatego Jolo towarzyszy klientom podczas zapoznawania się z materiałem, by później go własnoręcznie zniszczyć. Najgorzej, kiedy nie chcą oglądać. A bywa, że nie chcą. Najczęściej nie chcą. Lecz te sytuacje też regulują ustalenia.

Pedofil, Walenty Maciorka, poczuł pismo nosem w chwili, gdy uzmysłowił sobie, czyją progeniturę rozprawiczył. Instynkt podszepnął mu: schowaj się, przeczekaj. Wobec czego zaszył się w hospicjum dla psychicznie chorych w Starym Jorku. Dni spędza, śliniąc się na skrupulatnie monitorowanym oddziale dla osób z załamaniami nerwowymi oraz o tendencjach samobójczych. Udaje pacjenta z depresją pourazową, którego zgwałcił pies sąsiada, podczas gdy sąsiad patrzył. Jolo pozyskał te dane jeszcze tego samego dnia, w którym cel odszukał. W wyciągnięciu szczegółów od personelu medycznego pomogła mu charyzma i nieodparty wdzięk, a także doświadczenie. Dobry skrytobójca dysponuje szeroką paletą alter ego, które przyobleka zależnie od okoliczności. Dla aktualnego zlecenia Jolo przyodziewa fartuch lekarski i przyjmuje tożsamość Lucjana Dobruszko, psychiatry. Członkowie personelu doktora nie znają. Lecz wystarczy, że wymienia z nimi parę zdań i nie pragną niczego innego, jak poznać go bliżej. Przekazują mu każdą informację, o jaką poprosi. Jak również składają oferty, o które nie prosi – bez względu na płeć. Jolo jest taki dobry w tym, co robi.

Dzień poświęca na bliższe zapoznanie się z rozplanowaniem przestrzennym hospicjum; w szczególności z oddziałem, na którym ukrywa się Maciorka. Na miejsce egzekucji wybiera znajdujący się na tyłach ogródka spacerowego magazyn rupieci. Pomieszczenie służy do złomowania narzędzi ogrodniczych, zużytych zabawek relaksacyjnych oraz zdewastowanego sprzętu do ćwiczeń kardio. Jolo zawczasu rozgarnia graty, przygotowując dostatecznie dużo wolnej przestrzeni dla swoich potrzeb. Według jego estymacji jutro wieczorem opuści szpital, unosząc w lodówce genitalia Walentego. Wykonuje jeszcze jeden rekonesans, aby utwierdzić się w przekonaniu, że wybrał słusznie. Resztę czasu poświęca na obserwację obiektu zainteresowania z dystansu. Jak również na ignorowanie zalotnych spojrzeń pielęgniarek i lekarzy.

Z nastaniem świtu Jolo przeistacza się w cień Walentego. Dyskretnie towarzyszy mu wszędzie, kibla nie wyłączając. Wieczorem pacjenci kładą się spać. Zabójca czeka, aż Maciorka na oczach personelu zniknie w swoim pokoju, by zgodnie z grafikiem złożyć głowę do snu. Wybija godzina ósma w nocy. Asasyn wślizguje się do kwatery pedofila i ogłusza go uderzeniem łokcia w bok głowy. Walenty pada nieprzytomny, niemal bezgłośnie, jakby go nie było. Jolo wykrawa dziurę w siatce zasłaniającej okno, otwiera je i wytacza przez nie Walentego. Sam wyskakuje przez nie z gracją; cicho jak kot. Rozgląda się czujnie. Wokół ani żywej duszy. Zarzuca sobie bezwładne ciało na barki i przemyka z nim przez ogródek do graciarni. Tam stoi silna lampa, krzesło, liny, lodówka oraz walizeczka z morderczymi utensyliami.

Jolo zamyka się wraz z celem, blokuje drzwi i zasłania okna. Wpycha Maciorce knebel w usta i przywiązuje go do krzesła. Zdejmuje fartuch lekarski, odsłaniając przylegający do ciała, granatowy golf i proste, czarne dżinsowe spodnie. Związuje krucze włosy w kitkę granatową gumką. Naciąga na dłonie lateksowe rękawiczki – czarne. Sięga do walizki, by w pierwszej kolejności wyjąć stojaczek dla kamery. Sprawdza kąt, centruje obraz na Walentym i odpala nagrywanie egzekucji – dowód dla kontraktodawcy. Następnie wyciąga zestaw noży oraz detergent. Jolo lubi czystość. Myśl o złożeniu do walizki zakrwawionych narzędzi wzbudza w nim lekką odrazę. Woli wyczyścić ostrza z krwi i innych płynów ustrojowych na miejscu, a potem poprawić już w domu. Tak po prawdzie, Jolo jest perfekcjonistą; ten pierwszy raz w zupełności wystarcza. Zazwyczaj.

Walenty Maciorka dochodzi do siebie – spętany i roznegliżowany od pasa w dół, z fiutem wywalonym z gaci. Wierci się, stęka, jęczy. Próbuje komunikacji. Usiłuje poprzez żałosne dźwięki zmiękczyć serce oprawcy o przystojnej twarzy, która nie wyraża żadnych emocji. Jolo zazwyczaj nie wikła się w konwersacje z ludźmi, których zamierza zabić. Babcia zawsze mu powtarza: jedyne, na co ofiara liczy, otwierając usta, to oddalenie od siebie śmierci, odsunięcie jej w czasie. A czas to pieniądz. Nie warto słuchać błagań i obietnic. Trzeba zamknąć na nie uszy. Jolo szanuje swoich dziadków; wie, że ich mądrość jest niezmierzona. Ich uwagi, sugestie i podpowiedzi ceni sobie bardziej niż złoto. Dlatego niezwłocznie przechodzi do rzeczy.

Kastracja zajmuje chwilkę. Dla lepszego wytłumienia dźwięków asasyn zakrywa usta Walentego dłonią. Maciorka wyrywa się i szamocze, lecz Jolo jest silniejszy, niż na to wygląda. Bez kłopotów przytrzymuje go na krześle jedną ręką, podczas gdy drugą dokonuje zabiegu. Krew tryska ze świeżej rany jak woda ze zdewastowanego hydrantu. Zabójca kontraktowy podnosi członek, pokazuje do kamery, obraca między palcami. Ostatecznie deponuje prącie w lodóweczce. Lód momentalnie zmienia barwę ze śnieżnobiałej na szkarłatną. Walenty wykrwawia się szybko; rubinowa kałuża pod krzesłem rozrasta się z sekundy na sekundę. Bladym ciałem targają konwulsje. Trzymanie go dłużej przy życiu nie ma sensu. Jolo wydobywa skalpel i jednym wprawnym ruchem przebija pedofilskie serce. Walenty Maciorka umiera. Jolo gasi lampę.

Tymczasem w cichej rupieciarni rozlega się odgłos rozsuwania gratów. Asasyn mruży powieki i przebija półmrok wzrokiem. Spod zwału zużytych przedmiotów wydobywa się blady jak ściana, chudy chłopaczek z podkrążonymi oczami.

Cholera – myśli Jolo. – Świadek. Nie jest zadowolony. Jedna z zasad głosi, by konkludować robotę niezauważonym, nawet jeśli zleceniodawca żąda medialnego morderstwa. Skrytobójca posiada skryto w nazwie nie bez przyczyny. Jolo rzadko daje się podejść, nie wspominając o przyłapaniu na gorącym uczynku. Lecz znajduje się też w wariatkowie. W takich miejscach wszystko jest prawdopodobne. Czego dowodzi to, co następuje w dalszej kolejności.

Ku zdziwieniu Jolo chudy jegomość nie drży, nie błaga o litość. Ba! Wyciąga rękę w uspokajającym geście. Zachowuje się, jakby pragnął zabójcę powstrzymać przed zlaniem się z nocą. Dlatego Jolo milczy, stoi i patrzy, kalkulując, co czynić. Najprościej byłoby zabić podpatrywacza. Niemniej stałoby to w sprzeczności ze złotą zasadą Szpilorków, która głosi, by nie kończyć tych, za których nie zapłacono. Usuwanie ludzi niebędących celami może okazać się kontrproduktywne, jak również wygenerować realne straty. Nie obce historii są wypadki, gdy ktoś doszedł od pucybuta do milionera. Eliminując przypadkowe osoby, istniało ryzyko, że Jolo wyeliminuje potencjalnego klienta, przyszły cel tudzież źródło informacji. Poza tym zostawianie po sobie ponadprogramowych trupów jest po prostu w złym guście. To niefachowe. Tak postępują amatorzy. Jolo jest zaprzeczeniem amatorszczyzny. Co prawda, zdarzają się wypadki przy pracy. Zdarzają się sytuacje podbramkowe. Zasady szczegółowo określają, kiedy wypada sprzątnąć niezakontraktowaną osobę. Jednak tego, z czym mierzy się obecnie, nie regulują żadne kodeksy postępowania. Staje się to tym bardziej oczywiste, gdy podglądacz otwiera usta:

– Pan poczeka! Pan nie ucieka!

Jolo podnosi pytająco czarną brew. Wszak stoi, jakby zapuścił korzenie, gdy tylko się zorientował, że w graciarni zamiast dwóch osób są trzy. A właściwie były.

Widząc, że skrytobójca milczy i nie daje w długą, młodzieniec wzdycha z ulgą.

– Czy zrobiłby pan dla mnie to samo? – Chłopak wskazuje na wykastrowanego Walentego z dziurą po skalpelu w klatce piersiowej.

Jolo przekrzywia głowę na bok, zastanawiając się, czy się nie przesłyszał.

– Mam ci odciąć jaja? – pyta. Jego monotonny głos nie zdradza, jak wielce jest zdziwiony. A jest zdziwiony niebotycznie.

– Uch, nie. – Chłopak potrząsa gwałtownie głową. – Widzi pan, jestem po ośmiu nieudanych próbach samobójczych.

– Ach. – Jolo wreszcie pojmuje. Dochodzi do wniosku, że takiego świadka może oszczędzić. Przy odrobione szczęścia wkrótce sam się wykończy.

Asasyn pochyla się, by pozbierać i odkazić narzędzia. Przegląda nagranie z kamery; upewnia się, że jest dobrej jakości. Oszacowuje pomieszczenie po raz ostatni. Konstatuje, że pora się zmywać. Chwyta lodówkę, chwyta walizkę, wciąż ignorując niespełnionego samobójcę. Tamten stoi przed nim zgarbiony, ze skromnie złożonymi z przodu rękoma.

Pacjent zauważa, że Jolo wychodzi na ogródek. Rzuca się za nim.

– Proszę! – błaga. – Sam próbowałem, lecz zawsze coś mi się nie udawało.

Jolo nie odpowiada; przyspiesza kroku.

– Pan jest zabójca. Co to dla pana za kłopot? Jedno machnięcie nożem. W serduszko albo tu. – Młodzieniec przesuwa sobie kciukiem po gardle, wydając adekwatny dźwięk.

Szpilorek nie zaszczyca go spojrzeniem, maszerując przed siebie pewnym krokiem fachowca. Chłopak zaciska pięści. Widząc, że prośby nie skutkują, sięga po groźby:

– Widziałem twoją twarz! – Celuje w Jolo oskarżycielko palcem. – Powiem im wszystko, wszystko! Opiszę cię ze szczegółami.

Tego Jolo już nie potrafi pozostawić bez odpowiedzi. Odwraca się, by zgromić świra jasnozielonym wejrzeniem swych ogromnych oczu. Pacjent przypada mu do kolan, szorując własnymi po chodniku. Chwyta go za ramię dźwigające lodówkę z przyrodzeniem Maciorki. Jolo nieco się pochyla pod wpływem dodatkowego obciążenia.

– Błagam! – szepcze chłopak, niemal płacze. – Jestem taki zmęczony. Osiem prób samobójczych. Osiem! Zlitujże się, człowieku! Sam widzisz, że mam do tego dwie lewe ręce.

Jolo wzdycha wewnętrznie. Niechcący pogwałcił zasadę skrytości. To samo przez się sprawia, że czuje się źle. Tymczasem natręt oczekuje, by złamał dla jego zachcianki kolejną regułę zakazującą zabijania niezakontraktowanych indywiduów. Cóż z tego, że tamten sam prosi o szybki koniec. Jolo jest płatnym mordercą, a nie jakimś miłościwym wolontariuszem rozdającym śmierć na lewo i prawo jak cukierki. Młodzian chlipie mu w rękaw granatowego golfu, podczas gdy asasyn rozważa opcje.

Co zrobić, gdy nie wiadomo, co robić? Ano, gdy jest się w kropce, najlepiej skonsultować sprawę ze starszymi – mądrzejszymi. Jolo przeto odstawia walizkę i dzwoni do dziadka od strony taty, wciąż zgięty wpół jak scyzoryk. Młodzian wszczepił się w niego niby obca narośl, niczym rzep, i nie zamierza odpuścić. Jolo odczekuje parę sygnałów, aż senior odbiera. Po drugiej stronie słychać wrzaski i elektryczny jazgot. Jolo czuje ukłucie winy. Niepokoi dziadka podczas znojnej harówki. Z drugiej strony, chociaż nie są tani, Szpilorki to wielce zapracowana familia. Ciężko utrafić krewniaków w ich czasie wolnym. Jolo sam nie pamięta, kiedy ostatnio zorganizował sobie wakacje.

Dziadek Szymon wita wnuczka, pyta o zdrowie i o przyczynę telefonu. Jolo wyjaśnia w paru słowach swój ambaras. Następnie prosi o radę. Jak postąpić w sytuacji, gdy zasady wchodzą ze sobą w konflikt: nie zabijaj za darmo versus: nie zostawiaj świadków? Szymon słucha uważnie, pomrukuje, chrząka. Zastanawia się. Pragnie pomóc wnuczkowi uczciwie, daje sobie dłuższą chwilę do namysłu. Po drugiej stronie słychać „paf” i ktoś przestaje krzyczeć. Później cztery żwawe kroki, trzask, i prąd przestaje płynąć. Gdy dziadek znów się odzywa, jego głos jest wyraźniejszy, jowialny. Znać, dobry dzień w pracy.

– Widzisz, chłopcze, z tymi zasadami to trochę jak z prawem. Wyroki wydawane są albo zgodnie z jego literą, albo zgodnie z jego duchem. Znając ciebie, mój drogi, jesteś formalistą. Postępujesz raczej z literą zasad, nie próbując interpretować ich sensu. Postaraj się przeto zrozumieć ich ducha.

– Ducha? – Jolo przekrzywia głowę na bok, wciąż spozierając z góry na niefortunnego samobójcę.

Młodzian nie pozwala pozbawić się złudzeń, że wreszcie uśmiechnęło się do niego szczęście. Niewykluczone, że tak właśnie się stało. Wszystko w rękach dziadka Jolo.

– Duch zasad Szpilorków, chłopcze, ma dwa cele. Ochronę naszych tyłków oraz zagwarantowanie, że biznes będzie się gładko kręcił. Nie da się spisać instrukcji postępowania tam, gdzie istnieje ryzyko wystąpienia wielu losowych zdarzeń. Kiedy się wahasz, zadaj sobie pytanie, czy to, co zamierzasz uczynić, stoi w sprzeczności z duchem zasad. Jeśli nie, świat się nie zawali, gdy je nieco nagniesz.

– Rozumiem. Dziękuję.

Jolo chowa komórkę do kieszeni i wyszarpuje rękę z kleszczowego objęcia chuderlaka.

Tamten kwili i splata ramiona wokół jego nóg, przytulając policzek do kolan zabójcy. Gdzieś po drodze nieszczęśnik zdążył zalać się łzami. Drży na całym ciele, dygocą mu barki. Usta szepczą gorączkowe: „Proszę, proszę, proszę”.

– Wstań – rozkazuje Jolo, rozgrzewa nadgarstki i strzela knykciami.

Anorektyczny młodzian dźwiga się na nogi. Kolana też mu dygoczą. Jest dobrej myśli; wierzy, że wreszcie ktoś zdmuchnie płomień życia, który sam usiłował zdusić – bezskutecznie – aż osiem razy. Nawet nie podejrzewa, że łaskawy los rzucił mu na spotkanie najlepszego z najlepszych w te klocki. Długie oczekiwanie i męki wielu niepowodzeń wreszcie owocują obietnicą spełnienia.

Asasyn odstawia lodówkę i wyciąga do chłopaka dłonie. Gest prawie ojcowski; jakby chciał go objąć; jakby chciał go przywitać w imieniu Kostuchy. Pacjent wzdycha, szloch urywa mu się z piersi. To piękny moment. O tym marzył. Noc rozpostarta nad nim, cisza wokół niego. Jedynie świerszcze grają w trawie. Delikatny zapach dzikiej mięty wymyka się spośród cieni. Gdy dłonie Jolo dotykają jego policzków, młodzian zamyka oczy. Sekundę później chrupią kręgi szyjne. Muzyka się urywa. Zapada ciemność. Chłopak pada na zroszoną trawę ze skręconym karkiem. Jolo odwraca się na pięcie i rusza dostarczyć klientowi dowody swojego profesjonalnego nastawienia.

Jolo mógłby nazwać bezpłatną usługę miłosiernym doręczeniem eutanazji. Zainkasowałby dobry uczynek na sumieniu. Gdyby Szpilorek dbał o dobre uczynki. Nie przechodził przez piekło rygorystycznych szkoleń i morderczych treningów wytrzymałościowych dla działalności charytatywnej. Abstrahując od tego, że Jolo nie ma sumienia. Co zaś ma, to motywację do rozważań nad duchem zasad. Nigdy wcześniej nie przyszło mu do głowy, by interpretować je w ten sposób. W głębi serca czuje, że woli postępować zgodnie z ich literą. Tak łatwiej. I pewniej. No, chyba że napatoczą się okoliczności, których żadne reguły nie przewidzą. Lecz nawet wtedy, o ile istnieje taka sposobność, najlepiej po prostu zapytać o radę zaufaną osobę. Kto bowiem pyta, nie błądzi.

⸸⸸⸸

„Oknem do Edenu” by Jakub Luberda

In Opowiadania on 4 czerwca, 2021 at 6:00 am
niedobreliterkitxt

Paskud lubi science-fiction.

Nie powinno to dziwić, jeśli uświadomimy sobie, że sam wygląda jak coś, co ewidentnie narodziło się w trakcie suto zakrapianej sesji twórczej.

Pomińmy jednak nieistotne detale. Liczy się, że mamy dla Was kawałek niezłego tekstu, który przynajmniej na początku jawić się może jako rasowe science-fiction. Nie zakładajmy się jednak o finał, wszak to portal bizarro, prawda? Może być różnie, o czym przekonacie się czytając Oknem do Edenu autorstwa Jakuba Luberda.

Zapraszamy do lektury!

h

Oknem do Edenu

h

Adam „Decoy” Deacon, olbrzymi, muskularny, wygolony na łyso czarnoskóry żołnierz pociągnął za spust karabinu mezonowego. Wystrzelona wiązka uderzyła w żywą mackę pędu gigantycznej rośliny, dezintegrując ją na poziomie atomowym. Zrobiła w niej skwierczącą i świecącą na niebiesko dziurę. Pnącze zapadło się pod własnym ciężarem, rozsypując w pył od energii odchodzącej kręgiem od miejsca postrzału.

Obok Decoy’a z bocznego luku lekkiego transportera kosmicznego ostrzał prowadziło sześciu jego kompanów: Japonka Gitahara, dwujajowe bliźniaki Hindusów Rahu i Ketu, Inuita Nahutak, syn Żydówki i Araba ateisty Sandstar oraz potomek Majów Luke Ash.

– Na co czekacie!? Odlatujcie! – piekliła się wysmarowany samoopalaczem typ w blond peruce. Jedna z szych. która wynajęła ekipę ochroniarzy Deacona i jego statek, by ich ewakuowali z planety.

– Biegną do nas ocalali! Nie możemy ich zostawić! – wrzasnął Decoy.

– Gówno mnie to obchodzi! Nie zapłacili grubych pieniędzy za przelot! – warknęła gruba Australijka z twarzą jak mops, dziedziczka fortuny górniczej.

– Właśnie! Niech rząd ratuje ich z pieniędzy z naszych podatków! – rzucił stary Chińczyk z plamami wątrobowymi na czole.

– Bóg ich ocali! – dodał dobrodusznym tonem z wygodnego fotela, zapięty w pasy teleewangelista-miliarder.

Adam oddał kolejny strzał w pęd, który niemal wdarł się do kabiny.

– Mój statek, moje zasady! 

– Jeśli zaraz nie odlecimy, to cholerstwo nas uziemi i od prób wyrwania się zabraknie nam paliwa! – zauważyła atletyczna Japonka o krótkich blond włosach wygolonych z boku głowy i opadających grzywką z drugiej. Jeden z najtęższych umysłów w oddziale.

– Do diabła z paliwem! Chcesz żyć ze świadomością, że uciekłaś ocalałym tuż sprzed nosa?! – warknął, lecz nie tyle z gniewu, co z przejęcia.

– Nie podoba mi się to równie bardzo, jak tobie!

Postrzelony pęd rozpadł się tuż przed ich twarzami.

– Ileż, do cholery, można się prosić! – mruknął prezes firmy Cumtella, produkującej masło orzechowe. „Złowiek” ów był przekonany, że dostęp do wody nie jest ludzkim prawem i agresywnie prywatyzował każdy zbiornik, włącznie z podziemnymi, na Ziemi. Póki jeszcze istniała. Rozpiął pasy i rzucił się do sterów.

– Podnoś ten złom! – Szarpnął za kierownicę w kształcie batarangu Batmana.

Pojazdem zatrzęsło i obrońcy omal nie pospadali z nóg.

– Ulrike?

– Tak?

– Zneutralizować.

Eva „Ulrike” Heimstaadt, piegowata platynowowłosa Norweżka o małym nosku i migdałowych oczach przekręciła się w fotelu pilota, wyszarpnęła broń zza pasa i strzeliła elektrodami paralizatora VIPowi w jądra. Ważniak pewnie wrzeszczałby z bólu, gdyby potrafił.

– Następnego, który spróbuje numerów – zabić.

Przez siedzenia zajęte przez klientów przeszedł szmer zaniepokojenia.

– Czekajcie na nas! – wołała kobieta uciekająca przed żywym gąszczem. Za nią biegł mężczyzna z synem.

Oddział musiał celować wyżej w obawie, że trafi uchodźców. To jednak pozwalało się przecisnąć mniejszym mackom.

– Szybko! Do środka! Łapcie drabiny! – ponaglał Decoy.

Niespodziewanie chłopiec się potknął i upadł.

– Kailen! – zawył zrozpaczony ojciec i zawrócił po dziecko. Macka rośliny wzięła zamach i oplotła mężczyznę. Rozerwała go wpół i cisnęła z obrzydzeniem o liszajowaty asfalt.

– Złap moją rękę, Kai! – Matka rzuciła się na ratunek synowi, przecierając oczy z łez za mężem, którego nie zdążyła nawet odżałować. Pęd wdarł się do jej ust i rozerwał od środka.

– Właź! – wołał Decoy do chłopca, którego rośliny zignorowały chyba tylķo dlatego, że  wpadł pod mur pędów, gdzie trudno im było zawrócić lub uznały, iż padł martwy.

Młody popatrzył na żołnierza beznamiętnie. Deacon widywał już ten wzrok u ludzi, którzy stracili coś, co odebrało im wolę walki. 

Mały wstał, odwrócił się do opadającej na niego macki, grubej jak dąb, i zacisnął małe piąstki w oczekiwaniu bólu. Chwilę potem pęd go zmiażdżył i rozsmarował o grunt, jakby w coś wdepnął.

– Ruszamy! – krzyknął do pilotki, krzywiąc się z bólu.

Adam powiedział sobie kiedyś: „nigdy więcej statków z żydowskimi uchodźcami odwracanymi od brzegów Stanów i odsyłanych do nazistowskich Niemiec, gdzie zostaną zabici” i słowa dotrzymał. Tego samego oczekiwał od członków oddziału. Żeby nie było więcej okrętów z niewolnikami zmierzających do Ameryki; sztucznego głodu wywołanego w Irlandii przez Brytyjczyków; obozów dla natywnej ludności w Australii; inżynierowanych zaginięć Indian w Stanach Zjednoczonych i ludności natywnej w Kanadzie; pogromu Ujgurów przez Chińczyków i koloryzmu jaśniejszych czarnych wobec ciemniejszych na Haiti czy między Hutu i Tutsi. 

Wierzył, że każda grupa etniczna jest zdolna do uprzedzeń, które prowadzą do eliminacji danej społeczności jako „gorszej” lub pozwalają przymykać oko na prześladowania, włącznie z jego własną. Tak jak uczniowie ignorujący maltretowanie słabszego i niepopularnego rówieśnika przez szkolnych bandytów w obawie, że sami padną się ich ofiarami lub utracą część przywilejów, jakimi się cieszyli. W złudnym przekonaniu, że nie będą następni, gdy to samo zrobią im rządy, przedsiębiorstwa i Kościoły.

Prom oddalił się od ziemi, nim potworne ramiona zdołały go opleść, ale nie zanim pęd, który zabił chłopca skonał w straszliwych męczarniach.

***

Oddział z wyzierników obserwował, z jaką agresją pnącza powalały wieżowce, rozsadzały drogi i zrywały mosty. Żołnierze zachłysnęli się powietrzem, gdy toczona zielonym robactwem planeta ostatecznie pękła w pół.

Pasażerowie przesypiali podróż, a Deacon siedział na ławce ze zwieszoną głową.

– Hej, to nie twoja wina. Nie mogłeś ich ocalić – rzekł znad konserwowanej broni Luke Ash.

– Za to ocaliliśmy siebie. Ich kosztem – skwitował ponuro.

– Nie każdy może w życiu wygrać – pocieszał go Nahutak, Inuita z Kanady.

– Na tym polega wojna – dodał Sandstar.

– Mieliśmy ochraniać tych, którzy mieli gorzej na starcie! – protestował Decoy.

– Och, daj spokój! Zginęło tam siedem miliardów ludzi, a ty przejmujesz się trzema – wtrąciła Ulrike.

– Stalin powiedział, że śmierć jednego człowieka to tragedia. Śmierć miliona to statystyka. – filozofował Sandstar.

– Bardzo mądre na kogoś, kto osobiście doprowadził do milionów tragedii – podsumowała gorzko Japonka.

– To co teraz? – Pytała Ulrike.

– Wyślij sygnał SOS. Niech nas zgarną.

– Nie wiemy na kogo trafi. To teren sporny – Uli podrapała się w zakłopotaniu w tył głowy.

– To co proponujesz? W promieniu wielu kosmil nie ma zamieszkanej kolonii. Nie starczy nam paliwa, by na ślepo szukać nowej planety nadającej się do życia.

– Może obierzmy kurs na Ziemię? – proponował Sandstar.

– Ziemia została zniszczona! – przypomniał Adam.

– Nie wiemy tego! Równie dobrze mogli nam tak powiedzieć, byśmy nie próbowali uciec z kolonii! – nie ustępował Semita.

– Cholera, chciałbym się o to wykłócać, ale prawda jest taka, że nie mam na to dowodu innego, niż ten, że od kogoś o tym słyszałem i gdzieś o tym przeczytałem – przyznał Deacon.

– Co więc nam szkodzi sprawdzić? – pytał Rahu.

– To, że oddalimy się od innych opcji i już nie wrócimy – oponował Deacon.

– Ogarnie cię paraliż decyzyjny, gdy będziesz się rozwodził nad tym, którą z niewidzialnych opcji wybrać. Każdą z nich będziesz żałował równie mocno, a przy Ziemi wiesz, że masz pięćdziesiąt procent szans na nią trafić. Bo albo jest, albo jej nie ma – przekonywała Ketu.

– Głosujemy. Kto jest za tym, by lecieć na starą dobrą „Terreskę”?

Ręce podnieśli wszyscy, oprócz Adama.

– No ładnie, bunt na pokładzie. Dobrze, kurs na Ziemniaka, ale nie biorę na siebie odpowiedzialności, jeśli się przeliczycie. Jasne? – Pogroził palcem.

***

– Patrzcie! To Ziemia! – wołał Rahu.

– Nie wierzę! – wykrzyknął Sandstar.

– Coś jest nie tak. Rozmieszczenie chmur nie zgadza się ze skanerem pogodowym – stwierdziła Ulrike.

– Może system podpiął się pod jakiegoś przestarzałego satelitę? – dociekał Decoy.

– Wątpię, ale sprawdzę.

– Przygotować się do lądowania! – powiedział pasażerom, którzy jeszcze dobrze się nie dobudzili.

– Nie do końca Ziemia Obiecana, na którą liczyłem – rzekł z niesmakiem pastor.

– O, świetnie. Zatoczyliśmy koło. Mam nadzieję, że nie spotkam swoich robotników. Kiedy odlatywałam, nie wypłaciłam im odpraw, bo i po co? Oni nie będą kopać, ja korzystać – mruknęła potentatka.

– Ja też – odpowiedział właściciel sklepu internetowego Rainforest. Jeszcze na Ziemi uważałem, że to marnotrawstwo rozdzielać środki na tych wszystkich nierobów, ich płace i ubezpieczenia, kiedy możesz użyć je, by rozwijać swój biznes!

– Słusznie! – przytaknął mu właściciel zakładów produkujących elektryczne samochody Edison.

– Szkoda, że nie można amortyzować ludzi, gdy się zużyją jak maszyny. Tylko musisz im jeszcze płacić za to, że stali się bezużyteczni! – narzekał stary chiński polityk.

– Skandal! Powinni być wdzięczni, że mogli brać udział w tworzeniu czegoś wielkiego! – poparł ich prezes Cumtelli.

– To samo mówię wyborcom: to zaszczyt poświęcić życie dla czegoś tak wielkiego i wspaniałego jak Stany Zjednoczone! – dodała starsza blondynka, polityczka, żona byłego prezydenta. Ostatnio ochoczo poświęcająca ludzi, którzy mogliby ją powiązać z dostarczaniem dzieci bogatym i wpływowym pedofilom.

Decoy nie mógł ich słuchać, reszta ekipy też, ale na tym polegała ich praca: czasem robili coś nieprzyjemnego dla przyjemnych ludzi, a czasem coś nieprzyjemnego dla nieprzyjemnych ludzi. Deacon ustawiał ceny zaporowe, by mieć tych drugich jak najmniej, ale to odnosiło odwrotny skutek. Przyciągało nieprzyjemnych ludzi, którzy myśleli, że to cena za wysoką jakość świadczonych usług. Za takie pieniądze oczekiwali włażenia im w dupę i podziwiania widoków.

***

Transportowiec wylądował na wielkomiejskim skrzyżowaniu. Już z powietrza widać było, że nie uświadczą tu ruchu drogowego. Nigdzie nie widzieli też przechodniów.

Luk boczny otworzył się i żołnierze ostrożnie wyszli na zewnątrz, z bronią w gotowości.

– Jak fajnie! Wszystko gotowe na nasze przybycie! – ucieszył się polityk.

– Haha, uwierzycie w to? Mamy całą Ziemię dla siebie! Stworzymy imperium i historia zapamięta nas jako bogów! – Zatarł dłonie właściciel Rainforest.

– A kto ci będzie na nie robił, ośle? Roboty? – strofowała go Australijka.

– A nie?

– Kto ci je zbuduje?

– Nikt! Roboty pochodzą ze sklepów!

Potentatka zrobiła minę, ale trudno było orzec, czy to oszołomienie głupotą łysego handlowca czy zaskoczenie, że też wcześniej sama o tym nie pomyślała.

– Coś jest nie tak. – Deacon pociągnął nosem z obrzydzeniem, podszedł do wieżowca i powąchał ścianę. – Te budynki nie pachną jak budynki.

– Jak to? – pytał prezez sklepu, drapiąc się po łysinie, dzięki której wyglądał jak pierwsza ofiara inteligentnej kosiarki po buncie Skynetu.

– Ma rację – stwierdził Luke. – Trąci od nich gumą.

– Kogo to obchodzi? Znajdźcie nam zakwaterowanie! – burzył się tupeciarz.

– Że co, proszę?

– No, jedzenie, ogrzewanie, spanie.

– Pan raczysz sobie żartować! Mieliśmy was tylko ewakuować i ochraniać w drodze do nowego punktu docelowego. To zrobiliśmy. Misja wykonana i zabieramy się stąd.

– Wasze życie nie jest na tyle warte, by płacić wam za nie miliony. Wartość waszego żywota określa ochranianie wielkich jak my, którzy do czegoś w życiu doszli! Po was nikt nie zapłacze, ale nas nie da się zastąpić!

– Doprawdy? Popatrzcie wokół! Ten świat już zdecydował, że bez ludzi, którzy by na was robili, jesteście niczym! – opieprzył go Adam.

Nim ktokolwiek zdążył zareagować, tupeciarz wyjął pistolet i złapał stojącą przed nim Ulrike, przystawiając go do głowy. Zaszeleściły wyciągnięte ku niemu strzelby.

– Chyba się nie zrozumieliśmy. Nie płaciłem wam za bycie jakąś przyzwoitką. Mieliście nam zapewnić bezpieczeństwo, a nie jest bezpiecznie. Sami to stwierdziliście. Nie wiemy, co się stało z tymi wszystkimi ludźmi.

Decoy potrząsnął głową z politowaniem. Położył dłoń na lufie Japonki i popatrzył po reszcie zespołu, każąc opuścić broń, po czym ruszył niespiesznie ku blondasowi.

– Nie podchodź, bo rozwalę jej łeb!

Deacon nawet się nie zawahał.

– Sam tego chciałeś! – rzucił z nienawistnym spojrzeniem i górną wargą wygiętą w motylka.

Blondas pociągnął za spust i rozległo się głośne KLIK. I kolejne, i następne.

Tupeciarz popatrzył skonfundowany na broń, nim Deacon wyrwał mu ją z ręki i rozbił jej kolbą nos blondasa.

Facet zwijał się na asfalcie, wyjąc z bólu.

– Trzymanie naboi w magazynku osłabia sprężynę, więc pozwoliłem sobie je wyjąć i umieścić w miejscu z dala od dzieci. Jak widać, będę musiał trochę podnieść granicę wiekową dla tego, co kwalifikuje się jako dziecko.

– Zostawicie nas na lodzie? Nigdy nie byliśmy w takiej sytuacji! Nie wiemy, jak przeżyć na ulicy! – protestowała polityczka.

– Zabawne, to samo pisałem, kiedy odwoływałem się od zwolnienia z roboty w jednym takim korpo – rzekł Nahutak.

– Może jednak powinniśmy się rozejrzeć? I tak musimy zatankować – sugerowała Gitahara.

– Dobrze. Podzielimy się na trzy grupy. Gitahara i Ulrike, ze mną, potem poszukamy stacji benzynowej. Sandstar i Luke sprawdzicie dół ulicy. Nahutak, Rahu i Ketu, w górę ulicy. Cywile za nami, trzymać się blisko i nie stawać na linii strzały, jasne?

Na koniec Adam sprawdził odczyty funkcji witalnych członków zespołu na urządzeniu przypiętym do piersi, przesyłane bezprzewodowo przez ich aparaty co piętnaście sekund. Pomiary wskazywały podwyższony puls, w granicach normy.

– Zdenerwowani?

– Wolę rzeczy, do których mogę strzelać – odparł Sandstar.

Adam pozwolił sobie na lekki uśmiech.

– Trzymać kontakt radiowy.

Rozeszli się.

***

Drużyna Deacona sprawdzała wieżowiec, przy którym stali. Trafili do hotelowej kafejki.

– Nie wydaje ci się to miejsce podejrzane? – pytała Gitahara.

– Tak. Te ślady są zbyt świeże. Jakby ludzie zniknęli tuż przed naszym przybyciem – rzekł Decoy.

– Nie tylko to. Jest tu zbyt czysto: żadnych papierków, pyłu na podłodze, odsuniętych i przewróconych krzeseł. Jakby przed ewakuacją pozwolono mieszkańcom spokojnie posprzątać – dodała Ulrike.

– Masz rację, niby są rozłożone talerzyki i filiżanki, ale czyste. Jak…

– Upozorowana sceneria – dokończyła Uli.

– Co tu mogło zajść? I gdzie ci wszyscy ludzie się podziali? – pytała „sutenerka”.

– Czy to ważne?! Mamy dom! – zganiła ją Australijka.

– Cieszę się, że wam się podoba. Do tego dążyliście. Do depopulacji, by zostali tylko ludzie dla was użyteczni. Ja tu nie zostaję. Tankuję prom i spływam.

***

– Dziwne, nie, Nahu?

– Tak, zniknięcie upozorowane na spokojny wymarsz. Też coś!

– Ty sprawdź ten budynek, ja ten po drugiej stronie ulicy – rzekł Sandstar.

Inuita przytaknął i wszedł do knajpy.

Nahutak przechodził obok dekoracyjnego czerwonego jabłka w wiklinowym koszyczku na środku stołu. Zgłodniał, więc chwycił za nie mimochodem, patrząc przed siebie. Owoc drgnął, ale nie popuścił. Inuicie omal nie wykręciło ręki i nie przewróciło go na czarno-białe kafelki ułożone jak szczerbate zęby. Odwrócił się do stołu i jeszcze raz spróbował podnieść przedmiot. 

Jak przyklejone. 

Mężczyzna uderzył je kolbą. Jabłko zapiszczało i rozlało w czarną maź, nim zlało się z powrotem w jabłko. 

Zielone. 

Inuita zamarł, skonfundowany, po czym sięgnął po krótkofalówkę na kamizelce, gdy poczuł, że coś lub ktoś schwytało go od tyłu.

***

Deacon odnalazł dużą stację paliw. Miała napędówkę dla autolotów, latających samochodów, więc powinno się nadać. Ulrike chciała iść włamać się do systemu i odblokować pompy, ale Decoy uznał, że skoro ludzie nagle wyemigrowali, nie mieli czasu myśleć o zakręcaniu zaworów.

Paladin chwycił za pistolet nalewczy, nacisnął spust, ale paliwo nie chciało lecieć.

– Dziwne. Wskaźnik na dystrybutorze wskazuje, że jest zapas.

Ulrike podeszła do stojaka z olejami napędowymi. Wyglądały na pełne, ale potrząsanie nimi nie dawało odgłosu chlupotania. Otworzyła pojemnik i zobaczyła, że jest pusty, więc ustawiła go do góry dnem. Prześwit kanisterka wskazywał, że jest wypełniony po brzeg, ale nic się z niego nie wylewało.

Pokazała pojemnik Decoy’owi.

– Musimy się wynosić. To jakaś atrapa. Hologram.

Chwycił za krótkofalówkę.

***

 

– Nahu? Jesteś tu, brachu?

Inuita rozpłynął się w powietrzu. Sandstar wcisnął przycisk krótkofalówki i powiedział:

– Nahu zniknął.

– Jak to: zniknął?

– Sprawdzaliśmy naprzeciwległe budynki. Widziałem go przez szybę knajpy. Spuściłem na chwilę wzrok, bo wydawało mi się, że coś poruszyło się pod ladą, a gdy podniosłem oczy, już go nie było. Nie został po nim nawet ślad.

– Odczyty w normie. Miej oczy szeroko otwarte i czekaj na wsparcie. Ktokolwiek go zabrał, liczył na to, że się rozdzielicie, ale nie mógł odejść daleko. Tym bardziej z nieprzytomnym ciałem.

Adamowi odpowiedziała cisza.

– Sandstar, odbiór!

Cisza.

– Rahu, Ketu, Luke? Zgłoście się!

– Co jest, szefie? – odpowiedział Luke.

– Gdzie Rahu i Ketu? – w jego głosie wyczuł narastającą panikę.

– Jeszcze przed chwilą tu by…

Adam usłyszał jakieś niezidentyfikowane odgłosy na linii.

– Luke, jaki status?! Odbiór!

– Musimy ich uznać za zaginionych w akcji – zasugerowała Ulrike.

– Nie możemy odlecieć bez nich! – Z oczu Adama biło przerażenie.

– Za chwilę nie odlecimy nawet i my! – nagliła Japonka.

– Wszyscy do transportera. Gazem! – zawołał na klientów, którzy ostatnio, gdy patrzył, próbowali częstować się zapasem alkoholi na stacji.

Nagle rozległ się krzyk.

– Pomocy! – wołała „sutenerka”, gdy z drzwi sklepu na stacji wystrzeliły czarne mackowate obiekty i wciągnęły ją do środka, szybciej, niż zdążyłby je ustrzelić. Jej nawoływanie natychmiast umilkło.

– Nadal chcesz ich szukać?

Adam potrząsnął głową z wyrazem zdruzgotania.

Pobiegli do statku.

– Startuj!

– Nie możemy się oderwać! – denerwowała się Ulrike.

– Stoimy na tym czymś! Przykleiło nas! – zauważyła Deacon

– Odlećcie szalupą! – proponowała Gitahara.

– Nie wyniesie na orbitę trzech osób! Są tylko dwie komory bioretencyjne!

Japonka zasalutowała i wydbiegła z pojazdu, strzelając do czarnych fal, które podniosły się z asfaltu, rozciągając go, jakby były jego częścią.

– NIE, WRACAJ! TO ROZKAZ!

Ale jej już nie było.

Ulrike czekała na polecenia.

– Odkotwicz szalupę. – Przetarł głowę z wyrazem docierającej do niego grozy sytuacji.

Mniejszy statek oddzielił się od kadłuba. Jego spód leżał wewnątrz konstrukcji transportera jak człowiek w fotelu, więc macki trzymające płozy go nie mogły zatrzymać.

Szalupa wzniosła się na orbitę z ilością paliwa, która pozwalała jej ledwie dryfować w oczekiwaniu na wezwaną pomoc. A wezwać ją musieli, nie mieli wyjścia.

***

Paladin obserwował z kosmosu Ziemię, tęsknie wypatrując przez wyziernik. Według czujników pulsu, reakcji neuronalnych i oddechu wszyscy członkowie ekipy jeszcze żyli. Decoy obiecał im, że sprowadzi posiłki i ich odszuka, choćby była to ostatnia rzecz, jaką zrobi w życiu.

Nagle wypuścił kawę z ręki. Filiżanka rozprysła się na podłodze.

– Nie… NIE! – Przywarł do okna w pozie bezsilności.

Planeta otworzyła się. Wpierw jako okrągły otwór, a potem jako ząbki czosnku, które zapadły się do środka. Otwór poszerzył się niemal na całą średnicę globu, odsłaniając miriady szpiczastych zębów po bokach rozpadliny, aż do samego wnętrza. Miasta pozostały nienaruszone, stanowiły część planety-mimikrona. Oceany udawały wodę tylko tuż przy powierzchni, resztę stanowił mięsisty otwór gębowy. 

Decoy widział na tle jaśniejącego jądra Ziemi kilka drobnych sylwetek wpadających do lawy. W jednej chwili ich odczyty witalne wygasły.

Deacon uderzył pięścią o szkło. Padł na kolana, płacząc jak chłopiec.

Eva usiadła przy nim, objęła i przytuliła jego głowę do ramienia. Drugą dłonią bawiła się blachami z napisem: „nie reanimować”. Eva panicznie bała się wszelkiego unieśmiertelniania. Żadnego przenoszenia świadomości do robotycznego ciała, cyfrowej nieśmiertolności dzięki nanobotom ciągle naprawiającym ciało, kriogeniki, niekontrolowanej hibernacji, konwersji duszy na algorytmy sztucznej inteligencji, krzyżowania DNA z ogórczakiem, utknięcia w czarnej dziurze, gdzie czas nie płynie. Nic. Na końcu długiego tunelu ze światłem na końcu chce zobaczyć wyłącznie rodzinę.

Adam trwał w stanie zawieszenia dłuższy czas, lecz gdy już ochłonął, wiedział, co zrobi, by śmierć kompanów nie poszła na marne. Ostrzeże innych.

Wstał i wypatrywał wezwanej pomocy.

Blisko pół godziny później dostrzegł na horyzoncie inny statek. Był zbyt daleko, by rozpoznać jego barwy. Jednak to, co wypuścił nie pozostawiło żadnych wątpliwości.

– To pociski grawitacyjne – rzekła zduszonym głosem Ulrike, wpatrzona w radar z rosnącą paniką w oczach w przerażające kształty z charakterystyczną kulistą głowicą. 

– Co oni wyprawiają?! – zastanawiał się.

– To był zaszczyt pod panem służyć, kapitanie.

– Co? Eva?

Odwrócił się w sam raz, by zobaczyć, jak Ulrike przystawia sobie pistolet fazonowy pod szczękę i pociąga za spust. Padła martwa z dymiącą, kolistą dziurą wychodzącą z czubka głowy, dającą wątły czerwony poblask.

– Uli! – Wystękał z bolesnym grymasem. Jego powieki trzepotały, jakby nadawał kod Morse’a. Nie zwykł jednak okazywać zbytnich emocji, więc wziął się w garść i podbiegł do mostka, by włączyć sygnał oznaczający poddanie się i zasygnalizować swoje zamiary przez telekom. Gdy pociski zbliżyły się, zobaczył czarne macki wyrastające z kadłuba jego szalupy i sięgające w kierunku rakiet.

Teraz rozumiał.

Wyłączył światła kapitulacyjne i włączył sygnalizację awaryjną i ataku. W żargonie militarnym oznaczało to „nie odzyskiwać” i sugerowało, że misja ratunkowa jest zagrożeniem dla ludzi i może powtórzyć sytuację kryzysową na jednostce ratunkowej. W skrócie: to, co na nim jest, powinno zostać na nim uwięzione za wszelką cenę, nawet jeśli oznacza to straty w ludziach i sprzęcie.

Włączył komunikator hologramowy, wyprostował się i zasalutował. Trwał w takiej pozycji na oczach strzelającej jednostki, póki pociski nie zmiażdżyły jego transportowca w małą czarną dziurę i obraz się urwał.

Ludzie na obcej jednostce zasalutowali na cześć nieznanego żołnierza, który za wszelką cenę nie chciał dopuścić, by to, co przywiózł z Zie-N-i (nazwanej tak od greckiej litery N następującej po MI) rozprzestrzeniło się w kosmosie.