polskie centrum bizarro

Posts Tagged ‘niedobre literki’

„Pivovar – Morskie Oko. Akciová společnost” by Maciej Żołnowski

In Opowiadania on Wrzesień 14, 2018 at 6:00 am

niedobreliterkitxtLato w pełni. Słońce w zenicie. A piwo w lodówce. To chyba dobra okoliczność przyrody by poświęcić łyk czasu na lekturę tekstu, który – nomen omen! – z piwem ma coś wspólnego, chociażby tytularnie. No i jeszcze kusi w języku naszych południowych braci, którzy – jakżeby inaczej – na robieniu doskonałych browarów znają się prawie tak dobrze, jak my na polityce.

W imieniu Macieja Żołnowskiego zapraszamy Was na tekst o tytule przydługim, wiele obiecującym… ale wcale nie lepszym niż zawartość. Poniżej coś dobrego, nie tylko na wakacje czy – dla tej ciut bardziej pechowej części braci studenckiej – kampanię wrześniową! Miłej lektury!

Czytaj resztę wpisu »

Reklamy

„Sielsko, anielsko, żywiecko” by Maciej Żołnowski

In Opowiadania on Sierpień 3, 2018 at 6:00 am

Jest takie powiedzenie: „Koniec języka za przewodnika”. Nie bierzmy go oczywiście dosłownie, bo chodzenie z wywalonym ozorem i kierowanie się ku jego czubkowi nie przyniosłoby nic dobrego. Co najwyżej zapewniłoby nam pobyt w pokoju bez klamek, z gratisowym kaftanem bezpieczeństwa zamiast szlafroka. Niemniej w trakcie podróży, jeśli nie chcemy się zgubić, warto zapytać o drogę. Minus tego rozwiązania jest jeden. Należy starannie wybrać osobę, u której chcemy się doinformować. Inaczej może się to skończyć tak, jak w tekście Macieja Żołnowskiego. A jak? A przeczytajcie sobie.

Czytaj resztę wpisu »

„Trawnik we krwi” by Maciej Żołnowski

In Opowiadania on Czerwiec 29, 2018 at 6:00 am

Po raz wtóry w naszych niedobroliterkowych i nieskromnych progach pojawia się opowiadanie Macieja Żołnowskiego. Po raz wtóry, ale na szczęście nie ostatni (podpowiemy Wam po starej znajomości, że w zapasie mamy jeszcze co nieco tegoż Autora). Poniższy tekst ma nie tylko świetny tytuł, ale i tak zwany wsad – czyli całą resztę.

Nawiasem mówiąc, jako że zbliża się pora wakacyjna, niektórzy z Was zapewne wylądują w gospodarstwach agroturystycznych. Zachęcamy wszystkich do lektury, jednak tych planujących wypoczyn w tychże gospodarstwach przestrzegamy – lektura poniższego jest obowiązkowa!

Czytaj resztę wpisu »

„Wieszam psy” by Karol Koziarski

In Opowiadania on Czerwiec 22, 2018 at 6:00 am

Najnowsze opowiadanie, które od dziś wisi na Niedobrych Literkach, nosi wyrazisty tytuł Wieszam psy. Jeśli wydaje wam się, że domyślacie się, o czym traktuje ten tekst, to macie rację – wydaje wam się. Opowiadanie Karola Koziarskiego – choć niedługie – zawiera dużo dobrego (i złego zarazem). Prosim piknie poczytać i przekonać się na własnej skórze.

Wieszam psy

Dlaczego? Ponieważ nazywam się Bob Suthersand, a przekładanie pętli przez włochate łby to moja praca. Kiedy nie drapię się po jajach, czytając stare kryminały – wieszam psy. Kiedy czarny winyl nie hipnotyzuje mnie usypiającymi obrotami i krążącą po pomieszczeni muzyką – tak, wieszam cholerne psy.

Gdybyście kiedyś znajdowali się na południu kraju, w zapyziałym miasteczku Brown Say Soyo, koniecznie musicie odwiedzić starego weterana, grabarza i rozwodnika – mnie, Boba. Popołudnia zazwyczaj spędzam w wiklinowym bujanym fotelu na werandzie, popijając schłodzone tanie piwo i wcinając solone orzeszki. Chata jest drewniana i wybudował ją mój dziad przy drodze krajowej numer sto dwa. Tam mnie znajdziecie. Jeśli jednak nie – jeśli zgubicie się na tym zadupiu, gdzie diabeł mówi dobranoc – mieszkańcy Brown Say Soyo wskażą wam drogę; wszyscy w miasteczku mnie znają. Jestem Bob Suthersand, wieszacz psów.

Tak, szczycę się tym mianem, które – rzecz godna zapamiętania – sam sobie nadałem. Jednak jest ktoś, kto pluł na mój tytuł: pewna osoba rzucała mi kłody pod nogi, jakbym jej czymś zawinił. Czarodziej. Magik w pelerynie i z różdżką w dłoni. Opowiem wam o nim, o tym skurwysynie, który niweczył ćwierć moich planów i denerwował jak diabli, jednak zrobię to później.

Chociaż nigdy nie rozstaję się z pętlą – zawsze ta sama, jedna, miła Catherine – muszę wyznać, że pierwszego kundla nie pozbyłem się w taki sposób, w jaki to robię teraz.

Było lato. Ja, sam, na wiejskiej drodze, wracając ze szkoły – czyli jeszcze gołowąs, który nie wiedział, czego pragnie od życia – myślałem o chorobie, która pokonała moją matkę i złożyła ją do grobu. I która – jak zaraza – kładła cień na życiu ojca. Nie, wcale nie czułem gniewu, jednak w mojej duszy pojawiło się coś nowego: niewypełnione niczym miejsce. Pustka, która z czasem miała się rozrosnąć i pochłonąć wszystkie inne emocje. Przecież miałem tylko osiemnaście lat.

W oddali widziałem farmę Switzgeraldów: zadbany domek, szopę, stodołę, ogrodzenie. Nie musiałem podchodzić bliżej (ale i tak przebiegała tamtędy moja droga), żeby wiedzieć o znajdujących się za stodołą trzech budach, w których – oczywiście – paskudne kundle wygryzały z tyłków pchły. Nie wiem, co mną kierowało, że przelazłem przez rozklekotane ogrodzenie, ale to była najlepsza decyzja w całym moim życiu; tamtego dnia poznałem swoje powołanie.

Czy Switzgeraldowie byli w domu? – tego nie wiem. Pamiętam jedynie, że moje nogi przypominały galaretę, a w sercu miałem więcej strachu od krwi. Przecież stary John „Dziad” Switzgerald zawsze nosił przy sobie Małą Dettę – olbrzymią dwururkę, której odrzut wyrzuciłby w powietrze na dwa metry każdego oprócz samego „Dziada”; stary John był rosłym chłopem. Nie to, co ja; wtedy byłem dosyć mizernym młokosem, chociaż z wiekiem przybyło mi mięśni. Pewnie od wieszania psów i trzymania naprężonej liny, ale kto to wie…

Kiedy znajdowałem się między pomalowanym na popielato domkiem a szopą, jeszcze nie wiedziałem, co chcę zrobić, chociaż – tak myślę – gdzieś w głębi duszy czułem, że poszedłem tam tylko po to, żeby zapierdolić psa.

Traf, nie traf, nie wiem, ale coś chciało, żebym znalazł leżące na skrawku wysuszonej trawy widły. Podniosłem je i wtedy, chyba właśnie wtedy, dotarło do mnie, że rdzewiejące zęby narzędzia powinny znaleźć się w brzuchu któregoś z kundli Switzgeraldów.

Od bud dzieliło mnie jakieś sześć-siedem metrów i pole minowe: czworonogi, zdaje się, nigdy nie były spuszczane z łańcucha, dlatego wypróżniały się tam, gdzie ich micha i posłanie. Jedno z brudnych i śmierdzących stworzeń wylazło z ciemności. Warknęło ostrzegawczo, a po chwili ujadało tak, że mieszkający na drugim krańcu wiochy Blitz Beetman pewnie został wyrwany z popołudniowej sjesty. Nawet nie zdążyłem powiedzieć „cholera”, nim pozostałe sierściuchy dołączyły do szczekającej kupy kości i kudłów. Jeśli Switzgeraldowie rzeczywiście znajdowali się w domu, to – zakładam – byli bardzo opanowanymi ludźmi lub przyzwyczaili się do głośnego trio.

Zanim skończę tę historię – a zrobię to w siedmiu słowach – muszę przyznać, że dopiero tamtego popołudnia pierwszy raz w życiu zaznałem prawdziwej przyjemności, nieporównywalnej z kosztowaniem najlepszych potraw czy nawet nocą z dziewczyną. To mnie nakarmiło; zostałem wypełniony jak wiadro spuszczone do studni. Dlatego, dzięki tym dziesięciu minutom na śmierdzącym podwórku, teraz znacie mnie jako pogromcę psów, a nie farmera z Brown Say Soyo, który pracowałby w upale przez dziesięć godzin dziennie, mając z tego – żeby nie powiedzieć gówno – nic.

Cieszę się z tego, kim się stałem. Jestem dumnym człowiekiem.

A teraz, pozwolicie, dokończę wcześniej rozpoczętą scenkę z mojego życia, jak obiecałem, w siedmiu słowach:

Zabiłem wszystkie trzy psy, przebijając je widłami.

Oto jak się zaczęło.

Mijały dni. Męczyła mnie narastająca chęć zrobienia czegoś złego. Bezlitośnie. I w dzień, i w nocy. I przy stole, i na sraczu. W końcu wpadłem na genialny pomysł: przed domem postawiłem tabliczkę z napisem „Za drobną opłatę zabiję psa”. Niestety – nikt się nie zgłosił. Chodziło o strach przed wyjściem przed szereg? Chcieli tego, ale bali się poprosić? W każdym razie sceptycyzm ogółu nie zdusił mojego wewnętrznego żaru; zacząłem chodzić od domu do domu i pytałem ludzi, czy mogę wnieść do ich żyć nieco zła, trochę plugastwa, poczucia winy. A oni, niech mnie diabli, mówili “tak”. Tak, powieś naszego psa, zapłacimy ci, polecimy sąsiadom. Niektórych trzeba było przekonywać, zachęcać, ale – koniec końców – każdy ulegał i dawał zielone światło na użycie jutowej Catherine. Liny, którą kupiłem w sklepie Cricków za – żarcik – psie pieniądze i z której sam, własnoręcznie, uplotłem wisielczy sznur. Tak jest!

W tym natłoku podłości i ohydztw, kiedy pukam do drzwi i proponuję usługę w zamian za obiad albo niewielkie „co łaska”, ludzie po prostu się poddają. To takie zmęczenie. „Rób, co chcesz, mnie już nic nie obchodzi”. Jak podczas kłótni kochanków: ona i on, wyczerpani kilkugodzinną wrzawą, w końcu odpuszczają, ale nie dlatego że doszli do porozumienia, tylko z powodu wyrzucenia na wierzch całego gnoju, który gromadził się i gromadził, może przez tygodnie, może przez miesiące, może lata. Nie wiem, kurwa, nie wiem, nie jestem jasnowidzem, tak tylko mówię.

Chodzi o to, że oni się zgadzają na zniszczenie własnych żyć i na rozkład moralny, dobrowolnie i czasami nawet z ulgą. Zbyt duży wysiłek, aby powiedzieć „nie”.

I tak to sobie zabijałem psy – spokojnie, owocnie, ciesząc się każdym dniem. Aż do pewnej gwieździstej nocy, kiedy pojawił się on – skurwysyn z trzeciego akapitu. Czarodziej w czarnym, błyszczącym kapeluszu i z różdżką w dłoni. Moja zmora.

Sen nie przychodził, a w klatce w stodole znajdowały się czekające na własną kolej cztery kundle; wyjąłem więc z szuflady Catherine i podreptałem zrobić swoje. Ależ się zdziwiłem, no cholera, świat zawirował, kiedy zobaczyłem psy przeskakujące przez magiczny portal – dziurę w powietrzu z drżącą otoczką w kolorze grejpfruta. Przed magicznym przejściem stał Czarodziej i gapił się na mnie. Bezczelnie, z pogardą i błyskiem zwycięstwa w szmaragdowych oczach. Miał kozią bródkę, a chude jak szkielet ciało przykrywała czarna peleryna.

– Ouu, moje nemezis – usłyszałem. – Szach i…

Nie dokończył, ponieważ cofnął się o krok, a jego ciało zostało wciągnięte przez różowy portal.

Potem, leżąc na łóżku, długo rozmyślałem: twarz rabusia przypominała mi kogoś, ale niech mnie piorun trzaśnie, jeśli wtedy byłem w stanie sobie przypomnieć, o kogo chodzi.

Od tamtej enigmatycznej, trochę surrealnej nocy Czarodziej regularnie podkradał moje „zasoby”. Nie wiem – i nie chcę wiedzieć – co z nimi robił. Chciałem tylko utrzymać te cholerne kundle w stodole. Czatowałem więc po nocach z rewolwerem w dłoni i pragnieniem odwetu na chytrym złodziejaszku.

Nemezis, nemezis, ciągle odtwarzałem te słowa w głowie i rzeczywiście – poczułem się jak największy wróg nocnego gościa. Ja byłem jego górą, a on moją. Kto się pierwszy wespnie i osiągnie szczyt? Byliśmy jak ta dwójka kreskówek: brązowa myszka i popielaty kot, którzy spędzili życie na zatargach. Byliśmy jak inspektor Javert i galernik Jean ValJean. Jak Sherlock Holmes i profesor James Moriarty.

Byliśmy życiowymi wrogami.

Kiedy miałem dwadzieścia trzy lata, zmarł mój ojciec, który – słowo honoru, harcerza i tak dalej – popierał moją działalność zarobkowo-społeczną. Rok później wybuchła wojna, a ja pomaszerowałem na front razem z innymi młodzieńcami i karabinem na ramieniu. Ot, kolejny etap mojego życia. Nic ciekawego.

Powróciwszy w rodzinne strony, miałem jeszcze większą ochotę na… na wiecie co. I znów robiłem swoje. Tym razem z większym zapałem. Tym razem lepiej przygotowany, ponieważ podprowadziłem ze składu w garnizonie trzy granaty. Słodziutkie żeliwne maleństwa, które miały mi pomóc w prywatnej wojnie z Czarodziejem.

Z Czarodziejem, którego twarz kogoś mi przypominała. I to mnie męczyło.

Cztery miesiące po powrocie do domu ożeniłem się.

Poznałem ją w kościele. Możecie nie wierzyć, że taki typ jak ja chodzi na niedzielne msze, ale tak właśnie było – ja i ona, w tej samej ławce, oboje sobą zauroczeni. Miała na imię Anna, uroczy uśmiech i cudowne niebieskie oczy. W Brown Say Soyo nie widziałem piękniejszej dziewczyny. Poza tym akceptowała to, co robię. Ale… niestety – oleju w jej głowie ni kucharz, ni mechanik nie znalazłby kropli.

Na świecie było coraz mniej psów; musiałem kupić starego forda i jeździć w sąsiednie miejscowości, żeby starczyło na chleb i podatki. Pamiętam, jak z Red Wing Ohmayo przywiozłem sześć tłustych jak świnie kundli. Chociaż na dłoniach miałem zrogowaciałą skórę, na linie zauważyłem krew – tak ciężkie były te bydlęta. Przy czwartym musiałem odpocząć. Może dlatego, że w radiu Paul McCartney śpiewał Let it be, nie usłyszałem – tak, tak, dobrze kombinujecie – zwinnego jak wąż Czarodzieja. Psy były już po drugiej stronie portalu, złodziej jeszcze nie. Na każdy rzucony przeze mnie granat przypadał jeden portal, który pochłaniał ananaska. Nie wiem, cholera, nie wiem, gdzie on je przenosił – może na Antarktydę, może na dno morza – ale robił to z taką łatwością, że straciłem całą wiarę w swe przedsięwzięcie. Machnięcie różdżką i pyk – nie ma granatu. Pyk – nie ma sierściuchów. Pyk – nie ma Czarodzieja. Jestem tylko ja i gwiazdy nade mną.

Tylko ja? A co z młodą małżonką, która przecież była i piękna, i wyrozumiała?

A to, że opowiedziałem jej o Czarodzieju, który mi się naprzykrzał. Dwa miesiące później spakowała walizki, przerzuciła je przez portal i uciekła z moim nemezis. Głupia. Jak do tego doszło? Cholera wie! Musiał ją zauroczyć szatańskimi sztuczkami, kiedy ładowałem kundle do forda podczas jednej z moich wypraw. Nic nie mogłem zrobić. Dosłownie. Patrzyłem na całą sytuację sparaliżowany – młynek różdżką i pyk!, nie mogę się ruszyć. Zachodzę w głowę – ten parszywy złodziej to potężny gość – dlaczego mnie nie zabił? Może dobro nigdy nie pokona zła?

Rok później ona i on założyli małe schronisko. O ironio! – dla psów. Kolejne dziesięć lat później byli właścicielami największej sieci schronisk dla zwierząt na świecie.

Czarodziej triumfował. Jak sam rzekł: Ouu, moje nemezis. Szach i… Mat nigdy nie nadszedł, ponieważ nigdy nie zostałem dobity. Owszem, nadal wieszam psy, ale to nie to samo, kiedy połowa zleceń znika za różowym portalem. Nadal też walczę. Raz wpadłem na naprawdę, że tak pozwolę sobie zażartować, wybuchowy pomysł, który polegał na rozpieprzeniu siedziby magika. Otóż, wyobraźcie sobie, przykleiłem każdemu kundlowi laskę dynamitu. Pod brzuch. Zapalniki były zdalnie sterowane, a przełącznik dzierżyłem ja – ukryty, z zadziornym uśmieszkiem na twarzy. Obserwowałem, jak Czarodziej przerzucał psy przez portal, a kiedy już znalazły się po drugiej stronie: klik. I bum! Wielkie, głośne, potężne. Wtedy robiąca pyk różdżka nie pomogła. Klik versus pyk. Klik wygrywa przez nokaut!

Bitew, zasadzek, dywersji i tak dalej było jeszcze wiele, jednak nie zamierzam o nich opowiadać; szkoda czasu. Co ja, kurwa, nie mam co robić? Powiem tylko, że obydwaj ponosiliśmy sromotne porażki i odnosiliśmy cudowne zwycięstwa.

Po latach nająłem ludzi do pomocy, żeby przywozili do mojej stodoły zwierzęta z całego świata. To już nie był biznes jednego człowieka. Założyłem rzeźnię.

Nie zostało mi wiele do zdradzenia; właściwie tylko puenta tej historii.

Po latach nieznośny znak zapytania, który krążył między moim sercem i mózgiem, urósł do takich rozmiarów, że musiałem coś zrobić. Napisałem krótki liścik do Anny z tylko jednym, jedynym słowem: Dlaczego? Następnym razem, kiedy Czarodziej zawitał do stodoły, po prostu do niego podszedłem i podałem karteczkę.

– To dla Anny – powiedziałem, patrząc na tę piekielnie znajomą twarz.

– Si.

Ukłonił się, zabrał psy, zniknął.

Po dwóch dniach stresu i niespokojnych „spacerów” po domu otrzymałem odpowiedź – długi, ręcznie napisany list.

 

Kochany Bobie,

wybacz, proszę, wybacz, że Cię porzuciłam. Kocham Cię i nigdy nie przestałam kochać, ale mając do wyboru dwie wersje Ciebie, wybrałam tę o dobrym sercu, tę, która nie wiesza psów, tylko je ratuje. John – tak nazywa się mężczyzna, z którym odeszłam i który tak bardzo napsuł Ci nerwów – a dokładniej John Suthersand, to dobry mężczyzna, dba o mnie i co najważniejsze – przypomina mi faceta, w którym zabujałam się na niedzielnej mszy w kościele. John przypomina mi Ciebie. Jesteście jak jeden byt, ale rozdarty na dwie części. Dobro i Zło.

Pamiętasz? Czasami, kiedy leżeliśmy w łóżku, opowiadałeś mi o złodzieju, którego twarz kogoś ci przypomina. Rozumiesz już? Nie jesteście jak Javert i Jean ValJean. Jesteście jak doktor Jekyll i Mr. Hyde. Tylko że nie w jednym ciele, a w dwóch. On chudy, blady i z kozią bródką. Ty z brzuszkiem i czerwonym nosem. On ratuje zwierzęta, Ty je uśmiercasz.

Bob, mam wyrzuty sumienia, że Cię opuściłam. Mam wyrzuty, ponieważ to nie Twoja wina, że stałeś się takim człowiekiem, jakim jesteś teraz. Pewnego razu John wyznał mi, jak to się stało, że istnieje wasza dwójka, a nie jeden człowiek, będący sumą życiowych doświadczeń. Opowiedział mi historię o mężczyźnie, który nauczył się czarów, a potem użył ich, aby wyrzucić z siebie całą toksyczność; nie chciał być jak wszyscy ludzie – z moralnymi dylematami, poczuciem winy i ciągłą świadomością, że wybrane drogi mogą okazać się niewłaściwe. Miał możliwość zmienienia swej osobowości za pomocą czarów. Magiczna sztuczka. Abrakadabra. Tyle że proces nie przebiegł tak, jak należy. John machnął różdżką, jednak wbrew oczekiwaniom nie zgładził gorszego ja. Wydobył je z siebie.

Tak powstałeś Ty, Bobie. Miałeś osiemnaście lat, wspomnienia Johna i jego wygląd (potem obydwaj zaczęliście się zmieniać; on schudł i zapuścił brodę, natomiast Ty przytyłeś). John wyrzucił Cię na środku wiejskiej drogi. Chwilę później znalazłeś się na farmie Switzgeraldów i zabiłeś trzy niewinne pieski.

Zająłeś jego miejsce, natomiast mój przyszły mąż udał się na zachód, do miasta.

Resztę znasz.

John i Bob. Schronisko i rzeźnia. Dobro i Zło.

To nie tak miało być…

Kocham Cię, Bob.

I przepraszam.

 

Twoja ukochana,

Anna

 

Wiedziałem, że skądś znam skurwiela w kapeluszu, ale – jasny gwint – taka historia… Możecie sobie żartować ze starego dziada, który uwierzył puszczalskiej dziewce; nie obchodzi mnie to. Te słowa były szczere i wiem, że jestem gównem, które wyleciało z dupy Czarodzieja.

I kocham to.

Uwielbiam być zarazą, wojną, głodem i śmiercią. Grzechem, który puka do drzwi.

Pamiętajcie: nawet jeśli zło jest wszechobecne i natarczywe, to nie usprawiedliwia to opuszczenia gardy. Ale ja nie narzekam; przecież to ja jestem tym złem, pokusą, diabłem, Bobem Suthersandem z Brown Say Soyo, który wiesza psy. Jestem jak te wszystkie złe rzeczy. Złe rzeczy, które szkodzą, psują i za które – niewiarygodne – nadal trzeba płacić, mimo tego, że niszczą życia. Pistolet, ociekający tłuszczem fast food, praca od rana do nocy, Bob Suthersand, co za różnica? Wszystko to samo… Niszczy i w jakiś dziwny sposób cieszy.

Tak więc pamiętajcie: gdziekolwiek się znajdziecie, ja tam będę. Zabiję wasze psy, powieszę je na mojej Catherine, a wy, jak Boga kocham, będziecie mi wdzięczni i poprosicie o więcej.

 

„Butelki zwrotne…” by Maciej Żołnowski

In Opowiadania on Maj 25, 2018 at 6:00 am

Niekiedy na nieodobroliterkowe łamy trafiają autorzy oczytani w klasyce. Kiedy indziej tacy, gustujący w literackiej pulpie… Jakby na to nie patrzyć, Paskud twierdzi, że gó… hm, znaczy, że niewiele go obchodzi co kto czyta. Ciekawsze jest to, co pisze.

Jak kiedyś stwierdził Koleś: „to jest tylko twoja opinia”… I może na tym poprzestaniemy. Dziś zapraszamy szanownych czytaczy do zapoznania się z pierwszym (na pewno nie ostatnim!) tekstem Macieja Żołnowskiego. Emocje gwarantowane.

Butelki zwrotne po piwku pięćdziesiąt groszy za sztukę

Parafraza – wariacja na temat jednego z wpisów w „Dzienniku” W. Gombrowicza

U! Cza, cza, cza… Przydarzyło mi się to przedwczoraj… Mógłbym rzec, że w pewnym sensie nic nie może się równać pozoranctwu rzekomych wyborów, przed jakimi staje człowiek, przed jakimi przyszło mi stawać… Że znalazłem się oto w sytuacji, w której humanizm zaczyna czkać, bekać, a nawet rzygać… To mógłbym zaiste rzec. Wolno mi także zadręczać się tym (albo i nie) — to właściwie wyłącznie ode mnie zależy.

Opalałem się gdzieś na plaży nad Bałtykiem, pośród tych wszystkich gór piaskowych, wydm, obfitujących w zbocza i dolinki, i pasemka – labirynt sypki i efektowny, gdzieniegdzie porosły krzaczkiem rozhuśtanym od nieustającego naporu bryzy. Byłem nieco tylko osłonięty, ale metr, może dwa ode mnie rozpoczynała się najprawdziwsza Saharę, palona słońcem i smagana biczem wichru.

Jakieś butelki zwrotne po piweczku walały się na tej pustyni, porozrzucane bez ładu i składu. I jedna z nich, nie dalej niż na odległość mego ramienia, leżała do góry denkiem. Wiatr ją przewrócił, bidulkę. Słońce piekło jej brązowawą szklistość, co było w mym odczuciu zupełnie, jakieś takie, niefajne (zwykłem, ja sam, myśleć o butelkach, jako o czymś, co zazwyczaj jest zimne, a zimne do tego aż stopnia, co i piwko, które orzeźwia i gasi pragnienie, i daje radość ciału podczas upału).

Ja, Pan Głębokie Gardło, niedostępny jej swoim ogromem, wyciągnąwszy rękę zwinąłem ją prawie ukradkiem do torby. Następnie ruszyłem ku Delikatesom Centrum, zapominając na sekundę o całym plaży żarze i Saharze.

Pani Anetko, buteleczkę proszę.

Na wymianę?

Tak, pani Albisiu, zimne proszę.

Proszę, oto reszta.

Dziękuję, pani Basiu kochana, pani Basieńko, Marysieńko najukochańsza pod słońcem.

Boże! Ileż było tych pań ekspedientek w moim dotychczasowym, mono-polowym żywocie. Ale… nie przedłużałem rytualnej konwersacji, gdyż gonił mnie czas, a czas to jest pieniądz – choćby i marne pięćdziesiąt groszy za butelkę zwrotną. No ale lepszy rydz jak nic, nieprawdaż? Zresztą to szwędactwo połączone ze zbieractwem cholernie – mówię wam – cholernie wciąga i uzależnia.

Pssssss… – ożywiła się na moment butelkowatość na widok otwieraczości.

Powróciłem rychlikiem na plażę, dzierżąc ją w dłoni, zadowolony, schłodzony, lekko tylko przymulony i pełen łaski pańskiej. Zaledwie to uczyniłem, ujrzałem trochę dalej identyczną butelczynę, o obłych, finezyjnych rysach i w identycznym, niefajnym położeniu. I aż lśniła w słońcu, aż się prosiła, bym ją zgarnął i zwrócił. Nie chciało mi się ruszać… Ale — dlaczego tamtą zwinąłem, a tej nie?… Dlaczego tamta… gdy ta?… Wziąłem kijek, wyciągnąłem rękę, rozdziawiłem torbę — i bum… uszczęśliwiłem siebie. Pognałem do sklepu po nowe (co?) piwo! Boże, jak te butelkowe sprawy uzależniają, ludzkie umysły zniewalają, ulotną wizją szczęścia mamią… i, tak, uśmiechają się, uśmiechają…

Pani Renatko, Anetko, Bernadetko, buteleczkę proszę.

Na wymianę?… Panie Pijaku Jeden… Panie Ćwoku Zatracony… Panie Bezzębny Cieciu… Panie Łachmanie…

Tak, zimne proszę. Dzięki, bardzo pani dziś łaskawa, pani Lusieńko, Zosieńko, Gabrysieńko.

Choć guzik mnie to obchodzi… to i tak spytam, bom wścibska i ciekawska plotkara stara… Dobrze się pan czuje? – gruchnęła sprzedawczyni (pani Ula, Ala albo inna jeszcze Genowefa, z którą łączyła mnie magiczna więź porozumienia – ta sama, która łączy nas, pijaków ze wszystkimi ekspedientkami… zarówno w Polsce, jak i na całym świecie).

Tak, dobrze, pani Ewuniu, Kasiuniu, Izuniu.

Pssssss… – ożywiła się ma szklana przeźroczystość na widok otwieracza. I zatrzepotaliśmy oboje radośnie skrzydełkami: ja moimi, a ona swoimi, takimi, no wiecie, urojonymi.

Zaledwie to uczyniłem – u, cza, cza, cza – ujrzałem nieco dalej identycznego Żuberka, w identycznym położeniu. A słońce paliło mu denko.

Jednakże rozejrzawszy się, ujrzałem „trochę” dalej jeszcze cztery (u, cza, cza, cza!) Tatry, Tyskie, Żywce, Lechy, palone słońcem — nie było rady, wstałem w całym ogromie swoim i pozbierałem wszystkie. Poszliśmy do sklepu. Na piwo znaczy…

Please! – poprosiłem. Podziękowałem. Wyszedłem. Wróciłem na plażę.

Psssssss! – Otworzyłem. A z psykiem, z psykiem… panie. A jakże! I poczułem znów ten zew: u, cza, cza, cza!

Wtem oczom mym ukazało się zbocze błyszcząco-piekąco-piaskowe kolejnego stoku, a na nim z siedem lub osiem brązowych punkcików: butelki! Pośpieszyłem z torebeczką. Posprzątałem. I już tak sparzyłem się z losem zbieracza, tak bardzo w to zbieractwo wszedłem, że widząc opodal nowe butelki na nizinach, wyżynach, przełęczach, w wąwozach, ową wysypkę szklanych punkcików, jąłem po tym piasku ruszać się, jak opętany, z torebeczką, z torebeczką, z torebeczką!

Ale, ale… wiedziałem, to nie może trwać po wsze czasy — wszak nie tylko te wydmy, ale i całe wybrzeże Bałtyku, jak okiem sięgnąć, jest nimi usiane, więc musi nadejść taki moment, w którym powiem „dość”. Musi nastąpić ta pierwsza butelka zwrotna „bezzwrotna”. Która? Która? Aż w końcu dokonało się we mnie załamanie, gładko, nagle. Stanąłem. Pomyślałem obojętnie „no dość tego”. Rozejrzałem się dokoła. Podumałem „gorąco, trzeba wracać”. Zabrałem się. I polazłem w cholerę. A butelka, ta butelka, na której przerwałem, pozostała samotna, samiuteńka, co właściwie było mi już obojętne.

Pani Anetko, oddaję buteleczkę, proszę.

Na wymianę?

Nieee, na dziś mi wystarczy, ja już mam dobrze.

W końcu moje człowieczeństwo nieco się uspokoiło, zaś zwymiotowała pijackość i cielesność. Ale to nic… Co mnie nie zabije, to mnie wzmocni. Przecież jutro też jest dzień. U! Cza, cza, cza!

„Miała na imię Jessica” by Mateusz Fabianiak

In Opowiadania on Maj 18, 2018 at 6:00 am

Niekiedy warto dwa razy zastanowić się, o czym się marzy… A czasami warto zastanowić się trzy, cztery i więcej razy… Bo marzenia mają to do siebie, że kiedy już się spełnią, cholernie trudno się od nich odczepić. Coś na ten temat znajdziecie w opowiadaniu debiutującego na naszych łamach Mateusza Fabianiaka. Naprawdę warto spędzić chwilę z tym tekstem!

 Miała na imię Jessica

Zaczęło się niewinnie. Delikatny, ledwie słyszalny grzmot rozpruł niebo, zapowiadając nadchodzącą z daleka ulewę. Frank zdał sobie sprawę, że nagłe mignięcie światła, które chwilę wcześniej zauważył kątem oka, błędnie wziął za błysk flesza aparatu jakiegoś turysty, i że dalszą część podróży najpewniej przyjdzie im przebyć w deszczu. Mocniej chwycił dziewczynę za rękę i poprowadził ją przez obrotowe drzwi na zewnątrz terminala.

– Piękny początek dnia. Pospieszmy się, to może zdążymy dojechać zanim się rozpada na całego.

Była ładna, nawet bardzo. Całkowicie w jego typie. Przez ostatnie dni często zastanawiał się, dlaczego nie miałby zostawić sobie jej. Byłoby to prostsze, nie tak kosztowne i miałby dziewczynę o urodzie, która zawsze mu odpowiadała. Ale tamta była jedyna w swoim rodzaju, pożądało jej wielu, a niewielu mogło ją mieć. Przede wszystkim jednak byli tacy, którzy mogli go w tym uprzedzić, za każdym razem więc dochodził do wniosku, że nie może zrezygnować. Nie teraz, gdy wreszcie pojawiła się taka możliwość. Takiej szansy nie można przepuścić, w końcu od tak dawna o tym marzył.

Rozglądając się dookoła, mijał z dziewczyną stojące na parkingu samochody. Wypatrywał mającego na nich czekać czarnego auta. Było tu takich całkiem sporo.

Dwa rzędy dalej dostrzegł idącą w pośpiechu parę. Wyglądali na zdenerwowanych, zupełnie jak on i jego towarzyszka. Mężczyzna, mniej więcej w jego wieku i dużo młodsza od niego ładna dziewczyna, do złudzenia przypominająca mu jedną z prezenterek telewizyjnych, dochodzili już do swojego samochodu. W momencie, gdy otwierali drzwi, Frank musiał szybko ocenić sytuację i podjąć decyzję. To nie musiało oznaczać tego, czego się obawiał, być może po prostu był przewrażliwiony. Ale ta dziewczyna, na pewno była kimś znanym. Nie chciał ryzykować. Spojrzał na czerwone Porsche, obok którego się zatrzymał, wypuścił dłoń dziewczyny i kazał jej przejść na stronę pasażera. Wyjął z kieszeni spodni kilok i uderzył nim mocno w szybę, rozbijając ją na tysiące kawałków. Włączył się alarm, który zwrócił uwagę znajdujących się wokół ludzi. Frank włożył rękę do środka i otworzył drzwi, a gdy wszedł do samochodu, to samo zrobił z drzwiami po stronie dziewczyny. Uruchomienie silnika na krótko zabrało mu niewiele więcej czasu niż jej zajęcie miejsca pasażera. Ruszył z piskiem opon, zostawiając za sobą kłęby szarego dymu, wymijał samochody i trąbił na ludzi, by zeszli mu z drogi. Miękko wszedł w zakręt wyjeżdżając z parkingu na główną drogę i zostawiając kilkanaście metrów w tyle swojego domniemanego konkurenta. Na szybie pojawiły się pierwsze krople deszczu, a gdy strażnicy z lotniska zorientowali się w końcu, co się stało, oni byli już daleko.

 

– Co ty wyprawiasz, Frank? Nie można było tego załatwić spokojniej? – Dziewczyna z wyrzutem zwróciła się do kierującego. – To przez tę pogodynkę?

– Też ją rozpoznałaś? A więc powinnaś wiedzieć, co to mogło oznaczać. Poza tym już mamy spokój – uśmiechnął się do niej. – Jedyne, co nam utrudnia naszą uroczą przejażdżkę to ten padający coraz mocniej deszcz. Za chwilę zmoczy mi marynarkę.

– Mogłeś jeszcze wybić szybę po mojej stronie, zmoklibyśmy po równo. Jak ty w ogóle sobie to wszystko wyobrażasz?

– O jakie wszystko konkretnie ci chodzi?

– Przestań odpowiadać pytaniem na pytanie. Mam na myśli twoje przyszłe życie, twoje decyzje. Jeszcze tydzień temu byliśmy w Pekinie, całkiem nieźle się bawiąc, a teraz pędzisz jak szalony przez miasto, by… – urwała, próbując nie zdradzić swoich prawdziwych uczuć, jednak odpowiednie słowa nie chciały przyjść jej do głowy – by zamienić mnie na jakąś rudą lalkę.

– Nie dramatyzuj. Jesteśmy przyjaciółmi, spędziliśmy razem miłe chwile, ale to nie znaczy, że musimy spędzić ze sobą resztę życia.

– Ale reszta życia z nią będzie ci odpowiadała – rzuciła bez namysłu i od razu tego pożałowała.

– Ktoś tu chyba jest zazdrosny. Jesteś piękną dziewczyną, Giselle, a wygląd nie jest twoją jedyną zaletą. Możesz mieć każdego faceta. To ja powinienem być o ciebie zazdrosny. I w pewnym sensie jestem, wiedząc, że kiedyś będziesz miała kogoś innego, a o mnie nie będziesz już pamiętała.

Spojrzała na niego w zdziwieniu marszcząc brwi.

– Boże, co za bełkot. Czy ty się w ogóle słyszysz?

– Przecież wiedziałaś, na czym to polega, sama zgodziłaś się mi pomóc, więc dlaczego tak cię to teraz dziwi? Gdy dojedziemy na miejsce, wszystko się zmieni, zobaczysz. Wypijemy po drinku i poczujesz się lepiej. A teraz się odpręż, niedługo tam będziemy.

Twarz wykrzywił jej grymas rozczarowania. Nie mówiąc już nic więcej, odwróciła głowę w stronę okna i zaczęła z obojętnością obserwować mijane budynki. Znikały tak samo jak nadzieje, które przez ostatnie miesiące rodziły się w jej umyśle, i które tak troskliwie choć nieświadomie w sobie pielęgnowała.

Frank wiedział, że sprawia jej przykrość, ale wiedział też, że nie może się ugiąć. To by zaszkodziło jego planom. Był samolubny i z tego też zdawał sobie sprawę, ale przecież żył w czasach, w których hardość była na porządku dziennym. Nie było w nim miejsca na sentymenty i czułości. Każdy knuł, w trosce tylko o własne dobro. A przecież ona wcale nie była lepsza.

Powrócił myślami do minionego tygodnia, do wydarzeń mających miejsce po jej zwycięstwie w turnieju tenisowym w Pekinie. Wybrali się na zakupy i na hamburgery do McDuffa. A potem poszli przepuścić trochę pieniędzy w kasynie i zabawić się na tańcach u Wesołych zbieraczy ryżu. Wystarczyło kilka drinków, by w pełni zaczęła z niej wychodzić jej kobieca natura.

Niedaleko ich stolika bawiła się hucznie grupka hiszpańskich marynarzy. Byli to młodzi, przystojni chłopcy w białych mundurach. Kilkorgu z nich towarzyszyły kobiety. Ze sceny dobiegały dźwięki jakiegoś skocznego kawałka Beach Boysów, wykonywanego przez miejscową kapelę.

Jeden z marynarzy, wracający od baru z drinkami dla swoich kolegów potrącił przez nieuwagę krzesło, na którym siedziała Giselle. Nie była tym zachwycona, ale gdy tylko chłopak zatrzymał się, by ją przeprosić, grymas na jej twarzy natychmiast przybrał wyraz błogiego zadowolenia. – Nic się nie stało – wyszeptała tylko, uśmiechając się i kokieteryjnie trzepocząc rzęsami, a Frank po raz pierwszy doznał wrażenia, które wcześniej wielokrotnie zdawało się czaić gdzieś w uśpieniu, w głębokich zakamarkach umysłu i tylko czekało na okazję, która nie mogła się nie pojawić, gdy w pobliżu znajdzie się jakiś przystojny mężczyzna.

Nie minęło więcej niż pięć minut, gdy młodzian wrócił i przyjmując pozory zakłopotania, nie wiadomo, czy zwracając się do niej czy do niego, poprosił o taniec. Musiał wyczuć, że znajomość Franka i Giselle nie należy do zbyt zobowiązujących. Spojrzała na Franka jakby pytająco i nie czekając na odpowiedź wstała. Chłopak poprowadził ją między stolikami na parkiet, gdzie wśród tańczących par zaczęli podrygiwać w rytmie żywiołowej muzyki. Frank uśmiechnął się na myśl, jak to się dalej potoczy i sącząc swój gin z coraz większym zaciekawieniem przyglądał się tańczącym.

Szybki utwór się skończył i zespół zaczął grać „Slave to Love” Bryana Ferry’ego, piosenkę wymagającą zmniejszenia dystansu między tańczącymi. Giselle lubiła sobie wypić i tego wieczoru miała już mocno w czubie, a że Frank zdążył też już poznać jej gust muzyczny, wiedział, że kwestią czasu jest to, kiedy dziewczyna beztrosko zacznie tulić się do marynarza.

 

– Jak tam twój Sancho? Odzywał się po tamtej nocy? – zapytał rozbawiony Frank, wyrywając z zamyślenia dziewczynę obserwującą nowoczesną architekturę przedmieść.

– Nie gorzej niż twoja Jessica – odparła z perfidnym uśmieszkiem, odwracając głowę w jego stronę.

– Uwielbiam twój sarkazm, Giselle. Mam jednak nadzieję, że kryje się pod nim prawdziwe poczucie humoru. W każdym razie za niedługo wszyscy powinniśmy czuć się wyśmienicie. Właśnie dojeżdżamy na miejsce i wygląda na to, że jesteśmy pierwsi.

Podjechali pod bramę, za którą znajdował się duży plac zieleni. Żwirowa droga prowadziła przez niego do okazałego budynku przypominającego ogromny blok ciemnoszarego marmuru. Nie miał żadnych zdobień, a przestrzeń wokół niego również zagospodarowana była minimalistycznie, przez co całość sprawiała dość ascetyczne wrażenie. Mimo szarości i prostoty nie można było jednak odmówić temu miejscu wdzięku i jakiejś chłodnej elegancji.

Zatrzymali się przy kolumnie z domofonem, z którego po chwili samoistnie dobiegł metaliczny głos pytający o nazwisko gościa.

– Frank Peina – powiedział Frank, zaskoczony czujnością gospodarzy, po czym brama zaczęła się rozsuwać.

Ruszyli drogą, mijając cyprysy i tuje moczone przez padający mocno już teraz deszcz. Przy drzwiach czekała na nich ciemnoskóra kobieta w eleganckim, beżowym kostiumie oraz mężczyzna w granatowym garniturze. Trzymali nad głowami rozłożone parasole. Gdy samochód sie zatrzymał, podeszli do gości.

– Witam, panie Peina. Jestem Amanda – powiedziała z uśmiechem kobieta wyciągając dłoń do Franka. – Mam nadzieję, że przyjemnie minęła Państwu podróż. Cieszę się, że zdążyliście przed innymi.

To samo powiedziałabyś każdemu, kto by tu przyjechał jako pierwszy, pomyślał Frank, ale na głos odparł tylko: – Dziękuję, podróż minęła nam bez przygód.

– Chyba nie do końca – skinęła na stłuczoną szybę w drzwiach samochodu.

– To naprawdę nic takiego – odparł z uśmiechem niesfornego chłopca. – Najważniejsze, że już jesteśmy.

Kobieta powitała ciepło Giselle, po czym wszyscy ruszyli do drzwi budynku.

 

Znaleźli się w dużym, klimatycznie oświetlonym holu z wysokimi oknami i ciemnoczerwonymi tapetami w złote desenie w romby. Był urządzony elegancko, ale skromnie. W rogu stał fortepian Steinwaya, tu i ówdzie kilka foteli i sof. Słychać było muzykę klasyczną dobiegającą cicho z głośników ukrytych gdzieś w ścianach lub suficie. Mężczyzna towarzyszący Amandzie odszedł, zostawiając ją z Frankiem i Giselle. Ta, w oczekiwaniu na gospodarza, zabawiała ich rozmową o pogodzie i innych bardzo istotnych sprawach.

– Witam naszego szanownego klienta! – Frank usłyszał pełen radości, znany mu już głos dochodzący zza jego pleców. Odwrócił się i zobaczył idącego energicznie w ich kierunku elegancko ubranego starszego mężczyznę w okularach i z bródką w stylu D’Artagnana, na którego twarzy gościł szeroki uśmiech. – A więc zdecydował się pan skorzystać z naszych usług. Chyba nie muszę panu mówić, jak bardzo mnie to cieszy.

– Myślę, że obu nas to cieszy w równie dużym stopniu – odparł Frank w podobnie radosnym tonie. Męczyły go już te wszystkie kurtuazyjne zwroty, ale postanowił dopasować się do konwencji, w końcu to dla niego było to wszystko robione.

– A oto i pana piękna towarzyszka – pochyliwszy się lekko ucałował dłoń Giselle. – Nazywam się Bailey, Martin Bailey, do usług. Obserwowałem pani poczynania podczas ostatniego turnieju. To, co pani pokazała, było nadzwyczajne. Zwycięstwo w naprawdę wielkim stylu.

– Dziękuję. Nie było łatwo, ale wysiłek się opłacił, skoro nagrodą za niego są tak miłe słowa – z wyuczoną skromnością odparła Giselle.

– Jestem pewien, że jeszcze nie raz będzie miała pani okazję je usłyszeć. Ale nie stójmy tu tak, jak te parasole. Zapraszam państwa do mojego gabinetu, tam będzie nam o wiele wygodniej – odwrócił się do swojej pracownicy:

– Amando, proszę wstrzymać kolejne przyjęcia. Aż do otwarcia nowego programu. Za jakiś czas poproszę Cię, abyś pokazała naszym gościom ich pokój i pomogła im się zadomowić.

– Tak jest, proszę pana – kobieta skinęła głową i odeszła w głąb korytarza.

Bailey poprowadził Franka i Giselle schodami na piętro.

– Wspominał pan ostatnim razem o kilku planowanych projektach. Czy doszły one do skutku?

– Naturalnie. Dokładnie ośmiu szczęśliwych panów i trzy szczęśliwe panie jak dotąd opuściły nasz instytut w towarzystwie partnerów, jakich sobie wybrali. Pan będzie dziewiątym, mam nadzieję, nie mniej zadowolonym mężczyzną, a dwunastą osobą w ogóle, która skorzystała z naszych usług.

– Czy każde z działań przebiegło zgodnie z planem? – dotychczas Frank podchodził do sprawy bardzo beztrosko. Był spokojny, bo znał możliwości współczesnej nauki. Teraz, gdy był już prawie u celu, zaczął się trochę niepokoić. – Nie było żadnych problemów?

– Nie ma pan najmniejszych powodów do obaw, panie Frank. Zanim doszliśmy do etapu tworzenia ludzi w postaci takiej jak obecnie, przez wiele lat prowadziliśmy badania mające na celu wykluczenie możliwości powstania u nich jakichkolwiek wad i pojawienia się ewentualnych anomalii w późniejszym okresie. Jesteśmy legalnie działającą firmą, która musi spełniać pewne normy, by móc istnieć na rynku.

– Czy któryś z dotychczasowych klientów życzył sobie jakichś modyfikacji?

– Dwóch panów miało takie życzenie. Były to jednak tylko drobne zmiany, niewiększe niż ta, o którą pan poprosił. O ile oczywiście nie zmienił pan zdania.

– A ich towarzyszki? – spojrzał z ukosa na Giselle, by ocenić jej kondycję. Nie wyglądała na przejętą. Zastanawiał się, czy udaje, czy rzeczywiście niewiele już ją to wszystko obchodzi. – Co z nimi?

– Panie Frank, one nie były naszymi niewolnicami – odparł mężczyzna z miną sugerującą, iż obawa, z której wynikało pytanie jego klienta, była zupełnie niepotrzebna. – Zostawiły nam swoje kody genetyczne, co, jak pan wie, było jednym z warunków umowy. Potem zaś wróciły do swoich codziennych zajęć. Tyle, że z nieco większymi kwotami pieniędzy na kontach i świadomością, że w przyszłości będą mogły podarować innym cząstkę siebie.

Doszli do drzwi, jednych z wielu w długim korytarzu. Mężczyzna otworzył je i zaprosił ich do środka.

– Proszę usiąść, a ja przygotuję coś do picia.

Duży gabinet również urządzony był w większości na czerwono. Na jednej ze ścian wisiały portrety ludzi, z których kilku Frank rozpoznał jako osoby cieszące się niegdyś wielką popularnością. Po przeciwnej stronie pokoju stała witryna z modelami głów z przezroczystego tworzywa. Na środku pomieszczenia, nieopodal okna stało biurko, a niedaleko niego stolik i fotele dla gości. Usiedli na nich, podziwiając eksponaty gospodarza.

– Chyba lubi pan czerwony kolor – powiedziała Giselle, gdy ten wręczał im drinki.

– Owszem, pewnie nie będę zbyt oryginalny, ale zawsze lubiłem myśleć o nim jako o kolorze symbolizującym siłę i życie. A tym w końcu się tu zajmujemy, dajemy życie.

– Czy któreś z tych osób posłużyły jako modele dla pana klientów?

– Nie, to byli akurat ludzie, których po prostu zawsze bardzo ceniłem.

– I nie chciał pan nigdy nikogo z nich przywrócić do żywych?

– Jestem już stary. Mam przyjaciół, wśród których czuję się dobrze. Mam też żonę, którą poznałem na długo zanim pojawiła się możliwość klonowania ludzi w formie, jaką mamy obecnie do zaoferowania. Tak więc jest mi to już niepotrzebne. Wystarczy mi to, że swoją pracą mogę przysłużyć się innym.

Zasiadł za swoim biurkiem i wyciągnął z szuflady teczkę z dokumentami. Wyjął je i położył na blacie. Poprawiwszy okulary na nosie bez zbędnego przeciągania zaczął:

– Tak, tą ofertą zainteresowanych było naprawdę wielu kandydatów. Jakże wielu będzie rozczarowanych, gdy dowiedzą się, że jest już nieaktualna. Ale największy kawałek tortu może przypaść tylko jednej osobie, czyż nie? Zadam teraz panu, panie Frank, kilka pytań, aby wszystko było w stu procentach jasne i byśmy mogli spokojnie przejść do kolejnego etapu naszej pracy. Rozumiem, że zostaje pan przy decyzji korekty dolnej części twarzy pana wybranki?

– Naturalnie, chcę ją tylko w takiej postaci.

Usłyszał ciche parsknięcie Giselle, ale nie dał tego po sobie poznać. Zdał sobie za to sprawę, że dłonie zaczęły mu się lekko pocić. Odłożył prawie pustą już szklankę, nie chcąc, by mu się z nich wyśliznęła.

– To z wiadomych powodów wydłuży czas oczekiwania o dodatkową dobę.

– Oczywiście, to żaden problem.

– Pozostałe parametry mają pozostać bez zmian?

– Zgadza się.

– Wiek, jak za czasów jej największej świetności – mrugnął porozumiewawczo do Franka. – Czy może trochę wcześniej?

– Myślę, że trzydzieści pięć lat będzie w sam raz.

– Połowa pieniędzy płatna teraz, a połowa gdy zlecenie zostanie przez nas wykonane, czy tak?

– Naturalnie.

– A więc wygląda na to, że najważniejsze jest już za nami. Czy ma pan może jakieś pytania?

– Raczej nie. Myślę, że wyczerpująco nas pan ze wszystkim zapoznał.

– Doskonale – mężczyzna wstał od biurka i podszedł do Franka podając mu przenośny terminal. Ten przyłożył do czytnika palec wskazujący. Po chwili poczuł na opuszku delikatne ciepło, a jasnoniebieskie światło przebiegło z jednej jego strony na drugą.

– Dziękuję. Proszę jeszcze tylko złożyć tutaj podpis i wszystko będzie załatwione. Odtąd cała reszta będzie należała do nas. – Frank podpisał podany mu przez doktora dokument. Mężczyzna uśmiechnął się i po kolei uścisnął im dłonie. – Panią, Giselle, zajmiemy się po wszystkim. Do tego czasu relaksujcie się i korzystajcie z dobrodziejstw naszego ośrodka.

 

***

 

Było cicho. Leżała naga na jakiejś zimnej, twardej powierzchni. Próbowała otworzyć oczy, lecz sklejone powieki rozchylały się z trudem, powodując ból i pieczenie. Wokół panowała ciemność. Nie czuła, żeby ją coś krępowało, ale nie mogła się poruszyć. Próbowała sobie przypomnieć ostatnią rzecz, kiedy była świadoma, gdzie była i co robiła, ale żadne wspomnienia nie wracały. Nie wiedziała nawet, kim jest, czuła tylko strach i panikę spowodowane znalezieniem się w obcym miejscu.

Spróbowała znów się poruszyć, ale żaden z mięśni nie chciał jej słuchać. Nie mogła też wymówić najprostszego słowa, jedynie ciche rzężenie wydobywało się z jej napiętej krtani. Nie wiedziała, ile czasu minęło odkąd się obudziła, ale choć wzrok zdążył się już przyzwyczaić do ciemności, to z powodu pozycji, w jakiej leżała, nie mogła zobaczyć niczego, co znajdowało się wokół niej.

Minęło jeszcze parę minut, gdy w końcu usłyszała odgłosy kroków dobiegające z tyłu. Najpierw ciche, przytłumione, potem z każdą sekundą stające się coraz głośniejszymi. Usłyszała jak drzwi się otwierają i chwilę później w pomieszczeniu pojawiło się światło, delikatne, niebieskawe, jakby w jakiejś sali operacyjnej. I to skojarzenie wystarczyło, by jej panika zamieniła się w przerażenie. Po chwili usłyszała dźwięk puszczanej z kranu wody. W tym samym czasie druga osoba pobrzękiwała jakimiś metalowymi przedmiotami.

Zamknęła oczy, próbując jeszcze raz cokolwiek sobie przypomnieć, zrozumieć sytuację. Gdy je otworzyła, ujrzała nad sobą czyjąś głowę w zielonym czepku i z maską na twarzy. Dłoń tej osoby zbliżyła się do jej ust, następnie palce rozszerzyły jej powieki. Na końcu poczuła zimno metalu dotykającego jej twarzy i ból, który niósł ze sobą zatapiający się w jej skórze skalpel.

 

***

 

Zerwał się z ciężkim jękiem. Poczuł, że serce bije mu szybciej, a skórę pokrywa pot. Z łazienki dochodziły odgłosy krzątającej się Giselle. Wstał z łóżka i zaczął szybko wkładać spodnie, by odgonić nieprzyjemne myśli, które pozostawił mu sen. Spojrzał na zegarek, było wpół do jedenastej. Nie tak źle, jak na fakt, że zwykle spał do południa. Wyjrzał przez okno, słońce przyjemnie ogrzewało mu twarz. Na dworze było spokojnie, bezwietrznie, po wczorajszej burzy nie został nawet ślad. Otworzył okno, by wpuścić trochę świeżego powietrza. Cieszył się, że tego dnia pogoda bardziej dopisała, oby tylko później się to nie zmieniło.

Giselle wyszła z łazienki, ubrana do wyjścia. Miała na sobie jasnozieloną sukienkę na ramiączkach, sięgającą do kolan. Plisowany materiał ładnie układał się na jej zgrabnych udach. Włosy związała w kitkę wstążką w nieco ciemniejszym odcieniu. Kolor ten dobrze komponował się z jej oliwkową karnacją. Patrzył na nią i po raz kolejny pomyślał, jak wielkim jest głupcem. Po chwili jednak usprawiedliwił się, tłumacząc sobie, że to nie wina jego, lecz dobrobytu, w jakim dorastał i stylu życia, który potem stał się jego codziennością. Zazwyczaj ludzie, którzy mają wszystko, nie zdają sobie z tego sprawy. Frank wiedział, że jest snobem, jednak fakt, że sam potrafi to dostrzec, nie poprawiał mu samopoczucia i niczego tak naprawdę nie zmieniał.

– Będziesz tak stał i na mnie patrzył, czy może w końcu poszlibyśmy zjeść śniadanie? – powiedziała z przekąsem, a on oprzytomniał.

– Wybacz, zamyśliłem się trochę. Zastanawiałem się, co moglibyśmy dzisiaj porobić – odparł, a ona wiedziała, że nie myślał wcale o planach na najbliższe godziny.

 

Zjedli śniadanie w restauracji instytutu, a resztę dnia postanowili spędzić na zwiedzaniu Stolicy, jednak już na samym początku nie mogli dojść do porozumienia w kwestii rozrywek, którym zamierzali się oddać.

Giselle chciała zobaczyć popisy biomechanicznych pełzaczy z Terranovy, będące ostatnio popularną w tych stronach atrakcją. Frank wolał bardziej tradycyjną formę rozrywki – zapasy amazonek w biokiślu, dyscyplinę cieszącą się uznaniem od zawsze, odkąd tylko chłopiec stawał się mężczyzną.

W ramach kompromisu postanowili pójść do Niecodziennego muzeum ruchomych figur woskowych, gdzie mogli zobaczyć kopie znanych postaci w sytuacjach skrajnie odbiegających od ich prawdziwych stylów życia. Tam Mick Jagger stawał się odzianym w brązowy habit, klepiącym zdrowaśki pokornym sługą bożym, a Donald Trump naśladowcą Rowana Atkinsona ze słynnego serialu komediowego z końca dwudziestego wieku o dobrodusznym, gapowatym mężczyźnie co chwila wpadającym w jakieś tarapaty.

Później zwiedzili Wiszące ogrody, będące – jak przekonywali przewodnicy – wierną kopią tych sprzed ponad dwu i pół tysiąca lat oraz inne, odkryte nieco później lub na nowo zrekonstruowane cuda świata.

Dzień zakończyli w typowy dla siebie sposób, przy drinku w jakiejś spokojnej knajpie.

– Jak się czujesz przed jutrzejszym dniem? Czy spotkanie z woskową Jessicą Chastain nie zniechęciło cię do poznania tej, którą masz zamiar zabrać do domu?

Giselle tego wieczoru była naprawdę słodka. Frank cieszył się, że humor jej dopisuje. Zastanawiał się, czy to efekt ciekawie spędzonego dnia, czy też może zasługa kilku pierwszych kolejek. Nie podobało mu się jednak, że znów porusza temat Jessiki.

– Te postacie tak naprawdę nie są z wosku. Gdyby tak było, nie mogłyby wykonywać tych wszystkich ruchów i gestów. Od razu by się rozsypały.

– Mniejsza z tym, nie o to pytałam, Frank. Widziałam, jaki zdenerwowany byłeś wczoraj podczas rozmowy z Baileyem. Miałam nadzieję, że przez tę dobę może jednak zmienisz zdanie, wszystko sobie poukładasz. Możesz jeszcze zrezygnować.

– Już nie. Podpisałem umowę, a oni prawdopodobnie skończyli już robić swoje. Zostało niecałe dwanaście godzin. Poza tym ty zostałabyś z niczym. Nie dostałabyś pieniędzy.

– Przecież wiesz, że nie chodzi mi o pieniądze. W pół roku mogę zarobić dwa razy tyle.

– Jesteś bardzo pewna siebie, maleńka. Nie miej mi tego za złe, ale do Sereny Williams jeszcze trochę ci brakuje.

– Nie mam ci tego za złe, ale martwi mnie to, w co się pakujesz. Myślę, że podszedłeś do sprawy zbyt pochopnie. Niczym mały chłopiec, który uparł się, że chce zabawkę, którą zobaczył na sklepowej wystawie. Spójrz – wskazała głową na odległe kilka metrów od nich podwyższenie o podstawie okręgu, na którym w rytm dobiegającej z głośników muzyki poruszał się hologram tancerki. – Naprawdę tak pociągająca wydaje ci się myśl o spędzeniu przyszłości z czymś takim, jak to? Tak, wiem, ona będzie miała fizyczne ciało. Nie zmienia to jednak faktu, że będzie automatem zaprogramowanym na wykonywanie ustalonych czynności, względnie podporządkowanym temu, co powiesz. Jak jej zagrasz, tak ona zatańczy.

– To nie tak, Giselle i dobrze byś o tym wiedziała, gdybyś przeczytała folder, który ci dałem. To nie są androidy, bioniczne maszyny z plastiku i sztucznej skóry, z metalowymi płytkami w głowach. Czasy się zmieniły i nauka poszła naprzód. To prawdziwi ludzie, z krwi i kości, stworzeni na podstawie DNA ich pierwowzorów. Wierne kopie osób, które naprawdę żyły. Z tą tylko różnicą, że z zupełnie innymi wspomnieniami, a właściwie ich brakiem, co, chyba przyznasz, etycznie jest lepszym rozwiązaniem.

– Nie polepsza to wcale sytuacji. Co będzie, gdy ona ci się zwyczajnie znudzi? Rozstaniesz się z nią, tak jak z innymi dziewczynami, które miałeś do tej pory? Myślisz, że poradzi sobie sama w czasach, które są jej obce? W świecie, którego nie zna? Będąc jak biała kartka, którą trzeba zapisać.
Co będzie wtedy z tobą? Wiem, że nie jesteś złym człowiekiem i nie będzie to dla ciebie łatwe.

Ktoś słuchający Giselle z boku mógłby pomyśleć, że jej przypuszczenia na temat przyszłości klona, którego zamówił, są przejawem jej obaw o los istoty, która za kilkadziesiąt lat może być kopią jej samej. Frank wiedział jednak, że jest zbyt próżna, by mając szansę na „ponowne życie” i bycie dłużej pamiętaną, nie skorzystać z niej, a jej wątpliwości tak naprawdę sprowadzają się do troski o niego. Był jej za to wdzięczny, ale tego, na co się zdecydował, był pewny już od dawna. Ruchem ręki przywołał kelnera w nadziei, że jeszcze kilka głębszych osłabi jej zapał i skieruje myśli na inne tory.

– Brak wspomnień nie oznacza bezradności. Ludzie z instytutu wiedzą, co robią. Nie porywaliby się na coś takiego, gdyby nie było to w pełni zbadane. Przecież dobrze o tym wiesz.

– A rozmawiałeś chociaż z którymś z tych facetów, którzy już sobie kogoś takiego kupili?

– Umowa zabrania kontaktu z innymi. Dane każdego klienta są utajnione
i niedostępne dla pozostałych. To kolejna z zasad, którą trzeba uszanować.

– Nie uważasz, że trochę za dużo tych wszystkich zasad?

– Poproszę jeszcze cztery razy to samo – powiedział Frank do kelnera, gdy ten podszedł do ich stolika. Mężczyzna skinął głową i zabrał puste szklanki.

– Jedną z zasad było też to, że podczas tego weekendu mamy się grzecznie bawić – położył na jej dłoni swoją i uśmiechnął się łagodnie. – Bez wdawania się w skomplikowane i nikomu niepotrzebne rozmowy.

Patrzyła na niego w zamyśleniu, przez kilka sekund nic nie mówiąc. Już nic nie da się zrobić, pomyślała.

– Skoro taka była umowa… – powiedziała w końcu, odwzajemniając uśmiech i starając się, by wyglądało to naturalnie. – Powiedz mi jeszcze tylko, o co chodzi z tym jej podbródkiem. To mi pachnie jakimś zboczeniem.

– Cóż, niektórzy nie lubią pieprzyków na twarzy, inni zbyt gęstych brwi. Mnie nie podobają się dołki w podbródkach kobiet. Na szczęście dzięki chirurgii plastycznej można niektórym z nich je zmienić i tym samym uczynić je idealnymi.

– Idealnymi chyba tylko dla takich jak wy. Poza tym ideały nie istnieją. Zmienisz wygląd jej twarzy, to zacznie ci przeszkadzać w niej coś innego, gdy już ją lepiej poznasz.

Wrócił do nich kelner i postawił na stoliku nowe drinki.

– To wtedy zmienię i to – odparł beztrosko, stukając swoją szklanką w jej. – Na zdrowie!

– Zbyt wielkie nadzieje pokładasz w możliwościach, jakie daje nam nauka, zapominając, że one dadzą ci tylko iluzję szczęścia. To, co ważne, znajduje się często na wyciągnięcie ręki i nie wymaga wcale wielkich środków.

– To nie tak, Giselle. Znam kobiety, wiem, że trzeba mieć niezłego farta, by trafić na taką, która będzie z facetem nie dla pieniędzy. To znaczy nie dla samych pieniędzy, bo i tak to one są podstawowym warunkiem, by coś mogło w ogóle istnieć. Wiele razy już to przerabiałem. Dlatego, skoro już muszę kupować szczęście, to chcę, by miało ono postać kobiety, która będzie idealna.

– Ciekawy punkt widzenia, szkoda tylko, że tak mocno odbiegający od rzeczywistości – dopiła drinka i podnosząc się z krzesła odstawiła szklankę na stolik. – Ale zdaje się, że znów wracamy do punktu wyjścia, więc zamiast gadać, chodźmy jeszcze trochę potańczyć. I nie pij już więcej. Lepiej, żebyś był w formie, gdy za kilkanaście godzin poznasz swoje idealne szczęście.

 

***

 

Zapaliło się światło. Stała przed drzwiami w niewielkim, pustym pomieszczeniu o metalowych ścianach. Nie miała na sobie żadnych ubrań, mogła się poruszać, ale nie miała gdzie iść. Czuła zresztą, że na razie musi czekać. Po jakimś czasie zdała sobie sprawę, że słyszy cichy dźwięk, którego źródła nie potrafiła zlokalizować. Coś jakby podmuch, silny i długi. Po nim następowała krótka chwila ciszy i dźwięk się powtarzał. Próbowała sobie przypomnieć, kim jest i dlaczego znalazła się w takim miejscu.

Minęło kilka minut i drzwi się rozsunęły. Ruszyła przed siebie. Pomieszczenie, do którego weszła, było jeszcze mniejsze od poprzedniego. Tu też wszystko było metalowe, podłogę stanowiła stalowa krata, na ścianach po obydwu stronach w kilku rzędach zamocowane były podłużne żebra, z których w niewielkich odległościach od siebie wystawały okrągłe elementy w kształcie zakończonych spiczasto tulei. Drzwi za nią się zamknęły, usłyszała trzy razy głośny, przeciągły dźwięk i kabinę wypełniły płomienie, zamieniając ją w pył, nim zdążyła w pełni zdać sobie sprawę, co się stało.

 

***

 

Obudził się z niemym krzykiem na ustach. Chwilę potrwało, zanim oprzytomniał na tyle, by uświadomić sobie, że znajduje się w pokoju instytutu. W świadomości pozostało mu niemiłe wrażenie z ostatnich minut snu, a kac i suchość w gardle potęgowały jeszcze jego złe samopoczucie. Znów miała rację. Ta cała Giselle. Ta kolumbijska piękność, która tyle razy tak dobrze mu radziła, a on nigdy nie chciał jej słuchać.

Spojrzał na puste miejsce na łóżku obok siebie, z łazienki nie dochodził żaden dźwięk. Usiadł i nalał do stojącej na stoliku szklanki solidną porcję bourbona. Trzeba się ratować. Wypił duszkiem i czekał na rewolucje w żołądku. Zrobiło mu się niedobrze, ale przezwyciężył nudności i powtórzył kolejkę.

Dochodziła jedenasta. Miał ponad godzinę na doprowadzenie się do porządku, by móc pójść powitać nową panią swojego życia. Oby tym razem poszło mu jak należy.

Przed wzięciem prysznicu postanowił zrobić serię pompek.

Chyba nie powiedział jej nic złego. Na pewno tylko wyszła się przejść.

Stojąc pod natryskiem myślał na przemian o Giselle i Jessice. Wracał pamięcią do minionego wieczoru i do wszystkich chwil, gdy wyobrażał sobie siebie z kobietą, której nowe wcielenie za chwilę miał poznać. Wspominał jej liczne kreacje, które pobudzały go i motywowały do działania, by mógł kiedyś znaleźć się w miejscu, w którym był obecnie. Nie mógł się jednak pozbyć poczucia winy wynikającego z jego zachowania, z sytuacji, w jakiej postawił swoją przyjaciółkę.

Skończył toaletę i wrócił do pokoju. Wyjął z szafy świeże ubranie i włożył je, próbując dodać sobie animuszu nuceniem pod nosem melodii zapamiętanej z poprzedniego wieczora. Spojrzał na swoje odbicie w lustrze, poprawiając kołnierzyk koszuli. Prawie idealnie, tylko te podkrążone oczy… Wypił jeszcze jedną szklankę bursztynowego trunku i wyszedł z pokoju.

 

– Panie Frank, a więc to już dziś – wyszczerzył zęby Bailey, wpuszczając Franka do gabinetu. – Pana przyjaciółka postanowiła wyjechać trochę wcześniej. Kazała pana przeprosić i podziękować za spędzony razem czas.

Jednak nie wytrzymała do końca, pomyślał. Puściły jej nerwy. Choć przecież nie powinno go to dziwić. Jak sam by się czuł, gdyby ktoś potraktował go tak przedmiotowo, jak narzędzie, środek niezbędny do osiągnięcia własnego celu. Mógł lepiej ją do tego przygotować. Choć przecież zawsze traktował ją tylko jako przyjaciółkę, a nawet nie, jak zwykłą znajomą. Myślał, że jest tego świadoma. Ale skoro tak zadecydowała, to wolał wierzyć, że tak będzie dla niej lepiej.

– Tak naprawdę nie była do końca przekonana do tego mojego… planu na życie.

– Wiem, co ma pan na myśli. I nie jest pan pierwszy w takiej sytuacji. Kilku poprzednich klientów również spotkało się z podobnymi reakcjami pań, z którymi tu przyjechali. Ale wiemy, jakie są kobiety, podchodzą do pewnych spraw bardziej emocjonalnie – w ojcowskim geście położył dłoń na ramieniu Franka, a ten zastanawiał się, czy było tak naprawdę, czy powiedział to dlatego, by dodać mu otuchy. – Napije się pan czegoś, zanim przejdziemy do laboratorium?

– Dziękuję, jestem już po śniadaniu.

– W takim razie chyba nic nie stoi na przeszkodzie, by w końcu poznał pan swoją gwiazdę. Możemy iść?

 

Siedziała na laboratoryjnym krześle, ubrana w czerwoną satynową sukienkę. Rude włosy miała rozpuszczone, sięgały jej nieco poniżej ramion. Jej postać nie pasowała do chłodnych szarości laboratoryjnych pomieszczeń, w których się znajdowali. Wyglądała za to dokładnie jak jedna z dumnych bohaterek, w które nie raz wcielała się na ekranie. Naprzeciwko niej siedziała kobieta w białym stroju. Rozmawiały, nieświadome obecności mężczyzn znajdujących się kilka metrów dalej, za szklanymi drzwiami.

Frank starał się być opanowany, choć ktoś z boku mógłby powiedzieć, że wygląda jak nastolatek, który pierwszy raz odwiedził dom publiczny.

– Proszę rozmawiać z nią normalnie, tak jak rozmawia pan z innymi ludźmi. Nauczyliśmy jej podstaw niezbędnych do zaadoptowania się do otoczenia. Nie ma własnych wspomnień z poprzedniego życia, ale zapoznaliśmy ją z nim dość ogólnie, by wiedziała, kim jest i gdzie się znajduje. Możecie rozmawiać o jej dawnych doświadczeniach, będzie przyswajała sobie wszystko w takim samym stopniu, w jakim to robiła przed laty. Jej inteligencja oraz zdolności psychomotoryczne zostały niezmienione. Jest dokładnie taka, jaką zapamiętali ją ci, których znała.

– Nie zastanawiał się pan nigdy, czy to nie jest złe? – zapytał w zamyśleniu Frank, ze wzrokiem utkwionym nieruchomo w uśmiech Jessiki rozmawiającej z laborantką.

– Co takiego?

– Z moralnego punktu widzenia. To, co robimy, by zadowolić samych siebie. Jak będzie się czuć, gdy spotka się ze spojrzeniami ludzi nie mogących uwierzyć w to, kogo widzą?

– Panie Frank, myślę, że to już nie czas na tego typu rozmowy – powiedział łagodnie Bailey. – Takie pytania zadawano wielokrotnie lata temu, gdy jeszcze Konwencja o prawach człowieka i biomedycynie zakazywała klonowania ludzi. Dzisiaj osoby, które do nas przyjeżdżają, powinny zdawać sobie sprawę z tego, na co się decydują – dodał nieco bardziej stanowczym tonem.

– Tak, chyba ma pan rację. Proszę mi wybaczyć, jestem dziś trochę rozchwiany.

– Myślę, że powinniśmy już tam wejść. Im dłużej będzie pan czekał, tym większe może mieć pan wątpliwości. Proszę się nie denerwować, wszystko będzie dobrze.

– W porządku, możemy iść.

Bailey przesunął dłonią przed umieszczonym na szybie czujnikiem i drzwi rozsunęły się z cichym szumem. Kobiety odwróciły głowy w ich kierunku, uśmiechając się lekko, jakby ciesząc się na zbliżające się spotkanie. Gdy mężczyźni byli już blisko nich, Frank widząc twarz Jessiki zdał sobie sprawę, że coś jest z nią nie tak. To nie ona, pomyślał i jak ostra drzazga przez umysł przeszła mu myśl, że popełnił błąd. Drobny, ale zmieniający od teraz całkowicie jego sposób myślenia o niej. Miała być piękniejsza, idealna, ale stała się przede wszystkim obca.

– Pani Jessico, oto Frank Peina, na spotkanie z którym panią przygotowywaliśmy – powiedział Bailey, gdy stanęli obok kobiet. – Mężczyzna ten ma zaszczyt od dziś być pani opiekunem i partnerem. Mamy nadzieję, że pani również będzie czuła się znakomicie w jego towarzystwie.

– Witaj, Frank. Jestem Jessica. Miło mi cię poznać – powiedziała tak dobrze znanym mu głosem, wyciągając do niego rękę w geście powitania.

Rozczarowanie podbródkiem odeszło gdzieś na bok. Teraz Frank doświadczył jeszcze dziwniejszego uczucia, dużo bardziej dziwnego niż wiele razy wcześniej, gdy o czymś głęboko myślał i nagle zdawał sobie sprawę, że to jawa, a nie sen. Kiedyś czytał o pewnym zjawisku, nazywanym doliną niesamowitości. Polegało ono na tym, że człowiek czuł się nieprzyjemnie i nieswojo w towarzystwie humanoidalnych robotów. On czuł się tak teraz, w kontakcie z osobą, która była żywa. Która była człowiekiem. Kontrola! – krzyczał w myślach w nadziei, że może tym razem okaże się to snem, ale na próżno. Stała przed nim, świdrując go wzrokiem, tymi pięknymi zielonymi oczyma, uśmiechała się czerwonymi jak krew ustami, z idealnie gładkim podbródkiem, którego przecież chciał. Rude, proste włosy spływały jej wzdłuż szyi, po ramionach, dopełniając piękna, o którym zawsze marzył.
163 centymetry, których pragnął, odkąd był nastolatkiem. – Kontrola!

– Witaj, Jessico – odparł drżącym głosem Frank, ściskając lekko jej dłoń.

– Znakomicie, a więc teraz państwa zostawimy, byście mogli się bliżej poznać – powiedział wesoło Bailey. – Będziemy w pokoju obok, wkrótce znów się zobaczymy.

Odszedł razem z kobietą w stronę szklanych drzwi, a Frank spojrzał za nim błagalnym wzrokiem. Zakręciło mu się w głowie na myśl, że zostaje z nią sam. Nie tego się spodziewał. Nie tego chciał. Gdy tamci zniknęli z jego pola widzenia, poprowadził ją do krzesła nakazując gestem, by usiadła.

– Frank, czy coś się stało?

– Usiądź tu, proszę i zaczekaj na mnie. Za chwilę wrócę – powiedział, unikając jej wzroku. Rozejrzał się naokoło w poszukiwaniu jakiegoś innego wyjścia, nie chcąc natknąć się na Baileya. Dostrzegł szare drzwi ewakuacyjne w odległym rogu pomieszczenia i prawie biegnąc ruszył w ich kierunku. Wyszedł na korytarz z klatką schodową i oddychając głęboko oparł się o balustradę. Wyciągnął telefon i próbując opanować drżenie rąk wybrał numer Giselle. Czekał na połączenie. Po szóstym sygnale włączyła się automatyczna sekretarka. Rozłączył się, po czym spróbował jeszcze raz, a potem kolejny.
Nie odbierała. I nie miała odebrać już nigdy.

 

 

Recenzja powieści „Armadillo” Bartosza Orlewskiego

In Recenzje książek i publikacji BIZARRO on Maj 11, 2018 at 6:00 am

Śmierć ma różne oblicza. Dla jednego będzie to pędzący sto kilometrów na godzinę TIR, dla drugiego stojąca koło łóżka kostucha, ktoś jeszcze inny umrze we śnie, zupełnie nieświadomy, co się z nim stało. Różne są też poglądy na to, co czeka nas po drugiej stronie. Raj, piekło, wieczny niebyt, kolejne wcielenie… To tylko kilka z setek, jeśli nie tysięcy teorii. W każdym razie powiedzenie mówi, że śmierć to dopiero początek. Oczywiście, każdy z nas liczy, że będzie ona początkiem czegoś lepszego. Cóż, czasem można się przeliczyć.

Czytaj resztę wpisu »

„Bzy” by Darek Kuchniak

In Opowiadania, Różne, różniste on Maj 4, 2018 at 6:00 am

Tru-tu-tu-tuuuuu! Bum-bum-bu!!! Proszę Państwa – stała się rzecz wielce naszą redakcję ciesząca, bo oto Pewien Apacz – którego dzieje jak zwykle spisuje Darek Kuchniak – powraca ze świeżutkim, całkiem nowym tekstem, do przeczytania poniżej.

Zanim jednak oddacie się tej niecnej przyjemności, zachęcamy od odsłuchu. Tak, nie pomyliliście się, również poniżej, acz nieco mniej, znajdziecie kilka minisłuchowisk, kobiecym głosem przybliżających Wam postać Pewnego Apacza. Słuchajta tu:

https://www.youtube.com/channel/UC35AIeTuQ8OXy2YWOcj5UKw?view_as=subscriber

Bzy

Rok charakteryzuje się tym, że jest przygotowany na każdą ewentualność. I dlatego też Pewien Apacz zawsze może liczyć na to, że w maju zakwitną bzy. Z tym, że muszą być białe, ponieważ te innego koloru wpędzają wojownika w nielichą melancholię. Śpiewa wtedy, przy akompaniamencie fagotu lub oboju, rzewne pieśni z okresu wojny secesyjnej. Wiele w nich szczęku oręża, męskiej przyjaźni i odwagi, ale i opisów wdzięków kobiet wszetecznych. Nie brakuje także kałuż krwi i wnętrzności wypływających wartkim strumieniem z jam brzusznych nieszczęsnych żołnierzy. A przecież dzieci w domu Pewnego Apacza nigdy nie brakowało, więc ich prawidłowy rozwój psycho-fizyczny stanął pod znakiem zapytania.

Szybka Decyzja nie miała wyjścia: musiała działać. Postarała się o posłuchanie u Szamana. Weszła do jego tipi pełna obaw, ale i nadziei. Mędrzec był dla niej ostatnią deską ratunku. Starzec wysłuchał w skupieniu słów kobiety, podumał chwilę w milczeniu. Następnie wyjął z przepastnego kufra farbę w sprayu.

– Wiesz jak to działa? – zapytał z szelmowskim uśmiechem.

– Jasna sprawa, wodzu – odparła Szybka Decyzja i pełna entuzjazmu poszła w kierunku domu.

Od tego czasu krzaki bzu, zarówno w bliższej, jak i dalszej okolicy, miały wyłącznie biały kolor. I nikomu to nie przeszkadzało, zwłaszcza że Indianin swoimi fałszami wielu wpędził w obłęd. Najczęściej ze skutkiem natychmiastowym.

„Śliska sprawa” by Marcin Zwoleń

In Opowiadania on Kwiecień 20, 2018 at 6:34 pm

Czasami trafiają do nas teksty z morałem. Tak jak dziś. Jeśli lubicie morały i niestraszne wam dość perwersyjne ujęcie takich zagadnień jak wciskanie ludziom… eee… ciemnoty, warto spróbować. Oto przed szanowną niedobroliterkową publicznością SHOW…. to znaczy nowe opowiadanie Marcina Zwolenia.

Czytaj resztę wpisu »