polskie centrum bizarro

Dzień Paskudy

In Opowiadania on 17 kwietnia, 2020 at 5:00 am

niedobreliterki2Nasz Paskud jaki jest, każdy widzi. Jednooki. Niewyględny. Szczerbaty. Krótko mówiąc: paskudny. Ale nawet takie odpychające kreatury zasługują na swoje święto. To święto, tak się składa, wypada właśnie dziś. Bo oto na Niedobrych Literkach, w iście turpistycznej celebracji, świętujemy dziś Dzień Paskudy.

W związku z tym, ze szczególną dedykacją dla każdej Uli Brzyduli, stracha nie tylko na wróble i brzydkiego kaczątka, z którego raczej nie wyrośnie już łabędź, zapraszamy do zapoznania się z tekstami pełnymi szkaradzieństw i dziwolągów. Rozrywkę zapewniają (w porządku niezwiązanym z kwestiami estetycznymi) Zeter Zelke, Kazimierz Kyrcz Jr oraz Kornel Mikołajczyk.

Ku chwale Paskudztwa!

 

 

„Sucz” by Zeter Zelke

Przez zapuszczone pole pędził brunatny cień – ciemna smuga migająca między brudnymi i brudniejszymi odcieniami słomy. Od czasu do czasu suka zwalniała, unosząc wilgotny nos. Węszyła krew. Zbyt długo nie miała jej na języku. A przecież nie liczyło się nic innego.
Paskuda – sama skóra i mięśnie – znalazła się daleko od domu. Mimo to w jej uszach nieustannie dźwięczał swojski rejwach i gwizdy. Kiedy była szczenięciem, ten hałas ją przerażał. Kiedy dorosła, sama stała się przerażająca. Dobrze wspominała podekscytowane oklaski, zapach potu oraz opary zniecierpliwienia tak gęste, że niemal mogła z nich chłeptać. Gdy wchodziła na ring, gdy zaglądała w ślepia psu stojącemu po drugiej stronie, wiedziała, że jej rywal odczuwa dokładnie to samo; pragnie tego samego – zanurzyć kły w żywym, ciepłym, drżącym ciele. A najbliższe stało naprzeciwko.
Suka nosiła na brunatnej skórze niezliczone ślady po niezliczonych bojach; każdy stoczyła na śmierć i życie. Nigdy nie miała dość. To nie uległo zmianie nawet wtedy, kiedy przyjechali ludzie w wyjących radiowozach, wszczęli gwałtowną szamotaninę i pozabierali stalowe klatki z zatrzaśniętymi w nich, ujadającymi zwierzętami. Paskuda poszła za zewem krwi. Rzuciła się z zębiskami na próbującego ją okiełznać człowieka, a gdy ten odskoczył, uciekła. I biegła. Nie odstępował jej huk trybun ani widmowy doping, który znała od szczenięcia. Sprowadzał się do jednego: Zabij! Zabij! Zabij! Słyszała go nawet w nocnej ciszy, gdy pod rozgwieżdżonym niebem śniła o walkach, rozpruwanej skórze, wylewających się flakach i trzasku łamanych gnatów.
Dla Paskudy nie liczyło się, co padało jej łupem – polny zając, kot, wiewiórka czy kundel. Poprzedniego wieczora próbowała nawet dobrać się do jeża, ale zrezygnowała – skurczybyk zwinął się w niedostępną kulkę, więc wzięła go w pysk i cisnęła o najbliższe drzewo. Wszystko inne, co posiadało jedynie własne kończyny do obrony – to była otwarta gra. Ważne, by ofiara żyła, by jej serce obijało się frenetycznie o żebra i zamierało stopniowo pod naciskiem jej zębów. Cholera, zerwałaby nawet ptaka z nieba i zagryzła, gdyby tylko mogła latać! Nieużytki były kiepskim boiskiem, lecz wszak nie będą ciągnąć się po kres świata. O nie. Jej wrażliwy nos już wiedział, że zbliża się do granicy tego pustkowia, za którym zaczynało się rojne miasteczko. Tyle kości do połamania! Tyle mięsa do rozszarpania! Tyle krwi do utoczenia!

Kudłacz, kundel powsinoga, był starym, chudym psiskiem. Zwykle chadzał od osiedla do osiedla, robiąc za kuriera, narajając robotę chętnym zwierzakom i opowiadając o cudach-niewidach. Żył z łaski dobrych ludzi, którzy przez lata zdążyli się do niego przyzwyczaić i tak łazęgował od miejsca do miejsca, zadowolony ze swojego losu. Wiedział więcej niż niejeden dziki psiak, a nawet więcej niż niejeden domowy obibok, choćby i porównywalnie sędziwy.
Psisko klapnęło na skraju pola, wystawiając pysk do słońca. Wiatr przyniósł do jego nozdrzy znajomy zapach młodości. Czochrał tylną łapą sierść na karku, udając, że nie zauważył małego, podwiniętego ogonka skradającego się między uschniętymi łanami zbóż.
– Ha! Dałeś się podejść jak szczeniak, papcio! – szczeknęła Popierdółka, chwytając jego wąski ogon między łapki.
– Ano! – przyznał Kudłacz i wywalił przyjaźnie różowy jęzor.
Popierdółka przypominała mu jego samego, gdy był jeszcze młody. Kundelek-bąbelek – nazywał ją w myślach. Była jeszcze młokosem, ale już wałęsała się to tu, to tam, próbując naśladować starego wagabundę. Imponowało jej, że zwiedzał świat, a przez to bywał łącznikiem między zwierzętami z różnych jego stron. Psisko skupiło uwagę na aurze młodej: złocista, skrzyła się jak na niewinne szczenię przystało. Posmutniał trochę. Stary wiarus wiedział, że to złoto kiedyś zostanie przyćmione przez brud egzystencji. Nie wiedział, że zdarzy się to lada moment.
Pociągnął jeszcze raz nosem, wyczuwszy inną woń, obcą, nienależącą do tego miejsca. Groźną. Spojrzał za siebie. Trzecie oko było czymś, dzięki czemu zwierzęta i niektórzy ludzie potrafili dostrzec aurę. Oko Kudłacza silnie sprzęgło się z wyćwiczoną latami intuicją. To ona podpowiedziała mu, że nadchodzi żądna krwi góra mięśni na czterech łapach, spowita nimbem morderczej czerni.
– Słuchaj no, bąblu – powiedział, nachylając się ku baraszkującej przy nim Popierdółki. – Leć szybko na osiedle. Ostrzeż pozostałych. Powiedz im, że zbliża się beznaturnik. Niech Filips poprosi Ją o pomoc. Zrozumiałaś?
Popierdółka spojrzała na niego wielkimi oczami. Zrozumiała, ale… nie rozumiała. A Kudłacz nie zamierzał jej tłumaczyć.
– No, ruszaj ten kaczy kuper! – ponaglił, siląc się na spokój.
Aura, którą widział u suki nie wyglądała na typową aurę beznaturnika. Czarne kłębowisko życiożądnych macek przeplatało się z czerwonymi wstęgami wściekłości; pomiędzy nimi przebijały się złociste cętki towarzyszące każdemu stworzeniu od urodzenia. Wyłącznie prawdziwi beznaturnicy przychodzili na świat cali w czerni. Lecz z jej złota niewiele już pozostało, raptem słabe przebłyski, nie mogące dać odporu kłębiącej się wokół nich ciemności. W praktyce oznaczało to to samo, co beznaturnik: stworzenie przepełnione żądzą mordu.

Paskuda zwęszyła trop. Przyspieszyła. Piana spieniła jej się na pysku i odrywała od niego płatami. W głowie chór dopingujących głosów: Za-bij! Za-bij! Za-bij! Zdawało się, że już wkrótce je zadowoli.
Przez wypaloną słońcem trawę przemykało wysokie psisko. Jego wychudzoną sylwetkę otaczała fioletowo-niebieska mgła; sina aura strachu. Więc już ją zauważył. Łypnąwszy przekrwionym okiem w stronę, w którą zmierzał, zrozumiała, że pies miał nadzieję ukryć się w jamie pod starym, uschniętym drzewem. Z gardła Paskudy wydobył się warkot. Szczeknęła raz i drugi w odpowiedzi na nieustające: Zabij! A potem uderzyła jak burza.

– Baaa-czność, żołnierzu! – zaskrzeczał Srokacz, samozwańczy dowódca komanda lokalnych srok.
Srokacz potrafił utrzymać pośród swoich jazgotliwych podwładnych wojskowy dryl, choć zdaniem Filipsa był z niego egocentryczny elegancik i – jak one wszystkie – cholerny kleptoman. Kocur raz jeszcze otaksował wyprężoną dumnie srokę niechętnym okiem. Majtnął łapką zwisającą malowniczo z konaru dębowego drzewa.
– O co ci znowu chodzi, Srokacz? – mruknął. – Przecież już w tym tygodniu bawiliśmy się w podchody.
– Dla ciebie to zabawa. Dla moich srok: trening! – odparł tamten w charakterystyczny, służbisty sposób. Do tego mówił krótkimi zdaniami. Filips ponadto zauważył, że ptasior strzela okiem na wszystkie strony, jakby szukał błyskotek. – Ale. Nie o to chodzi. Moja jednostka wywiadowcza dostała meldunek. Do osiedla zbliża się wróg. Trzeba działać!
– Wróg? – Filips nadstawił uszu. – Meldunek?
– Filips, ruszaj dupsko! – usłyszał z dołu znajomy głos Bimbrownicy, siostry Bimbra.
Bimbrownica i Bimber pochodzili z jednego miotu. Oboje byli czarni jak smoła. Przygarnął ich pan Smuga. Jeśli nie szwendali się po osiedlu, to polowali na myszy w jego piwnicy, w której pędził samogon. Dlatego zwykle cuchnęło od nich sfermentowanymi skrobiami. Bimbrownica znosiła to całkiem dobrze, ale Bimbrowi rzuciło się na chód – kocur łaził lekkim zygzakiem, jakby był wiecznie zawiany.
Bimbrownica stała pod płotem Filipsa i wlepiała w niego swe ogromne, żółte oczy.
– Do osiedla zbliża się beznaturnik, durniu! – fuknęła. – Musisz poprosić Ją o pomoc! Kudłacz zatrzymał go na polu. Jak ta bestia dojdzie do domków, będzie źle!
– Kudłacz?! – Filips zerwał się na łapy. – Co z nim? Żyje?!
– Mój wywiad przekazał mi dane – zaskrzeczał Srokacz. – Kudłacz broni przyczółka na polu. Zaatakowała go wściekła suka. Tożsamość nieznana.
– Gdzie on jest?
– Zakleszczył siły nieprzyjaciela, przyjmując postawę defensywną w dziurze pod drzewem.
– W starej norze Jeżoskich – wyjaśniła Bimbrownica. – Musiał się tam wcisnąć, by zająć uwagę beznaturnika. Wcześniej wysłał Popierdółkę z ostrzeżeniem. Idź do Niej! Niech wezwie ludzi!
– Moje sroki. Właśnie w tej chwili. Przeprowadzają desant z powietrza na pozycję wroga. – Srokacz podniósł pióra na ogonie. – Zdobywamy dla Kudłacza czas, żołnierzu. Czas, który ucieka!
Filips już hycnął z gałęzi za płot.
– Idę do Niej! – oznajmił, odwracając się do Bimbrownicy. – Spotkamy się na miejscu.

Za delikatesowym stała niewielka, drewniana chatka. Nie pasowała do reszty nowoczesnej zabudowy. Mieszkała w niej Ona. Filips nazywał ją Babuleńką. Była jednym z dwóch ludzi, którzy go rozumieli. To niesłychanie rzadki dar; nawet jego opiekunowie, Rosołkowie, nie potrafili się z nim porozumiewać na tym samym poziomie.
Zawsze zostawiała otwarte okno dla zwierząt; przed gankiem walało się pełno misek z wodą i karmą, a najbliższe drzewa były poobwieszane karmnikami i kulkami z jedzeniem dla sikorek i dzwońców. Filips wskoczył przez okno do przytulnego domku – skrzypiało starym drewnem i pachniało ziołami. Jej złocisto-zielona aura również pachniała – kwitnącą łąką. Filips żałował, że nie przychodził w milszej sprawie.
– O, witaj, mój miły! – powiedziała starsza pani, głaszcząc go za uszkiem.
– Babuleńko, jest kłopot – miauknął, zaglądając jej w oczy. – Stało się coś złego. Do osiedla zbliża się jakieś złe psisko. Jeśli nie poinformujemy straży, jeszcze kogoś zagryzie.
Babuleńka pokiwała głową i odwróciła się, szukając czegoś w głębi pokoju. Telefon komórkowy. Podeszła, podniosła i wybrała 112. Filips nasłuchiwał razem z nią, dopóki nie odezwała się dyspozytorka.
– Mam podejrzenie, że w okolicy kręci się wściekły pies – powiedziała starowinka do telefonu.
Dyspozytorka zadała jeszcze kilka pytań o lokalizację, kobiecina udzieliła odpowiedzi, a potem tylko kiwała głową, gdy dziewczyna po drugiej stronie potwierdziła, że niedawno policja zamknęła w pobliżu nielegalny biznes. Coś związanego z walkami zwierząt. Wszystko się zgadzało.
Filips odetchnął. Było kwestią kilku minut, kiedy zjawią się służby porządkowe. Ani dzieciaki ludzi ani zwierzaki z osiedla nie ucierpią. Ostatnią niewiadomą pozostawał los nieszczęsnego Kudłacza.
– Dziękuję, Babuleńko – mruknął, otarł się o jej kostki, po czym hycnął z powrotem przez okno, gnając ile sił w łapach na skraj osiedla, tam, gdzie rozciągało się z dawna nieużywane pole.
Na miejscu zastał tłum osiedlowych zwierząt; tych dzikich i udomowionych. Komando Srokacza istotnie krążyło nad ogromnym psiskiem, obskakującym martwe od lat drzewo. Od czasu do czasu któraś sroka nurkowała z wysoka, by dziobnąć lub zadrapać brunatną skórę – bez większego skutku. Filips aż podkulił ogon pod siebie na widok tej bestii. To nie był beznaturnik, ale niechybnie coś bardzo jemu bliskiego – czarne macki aury wystrzeliwały na dwa metry, niczym ramiona potwornej ośmiornicy. Pomiędzy nimi wiły się czerwone wstęgi wściekłości. Gdzieś w prześwitach migotały plamki złota – przypomnienie, że ten potwór był kiedyś zwykłym zwierzakiem.
To jednak nie miało znaczenia. Teraz przeobraził się w maszynę do zabijania. Suka ryła pod drzewem, wsadzała pysk w jamę i usiłowała dosięgnąć zębiskami schowanego w niej Kudłacza. Filips już słyszał wycie syren. Były jeszcze daleko. Tymczasem nie tylko srocze komando usiłowało odgonić wściekłą sucz od nory. Sikorki i wróble ciskały kamyczkami, podobnie gryzonie i zające. Na brunatną sierść spadło też trochę gołębich kup, znać ptaszyska próbowały celować w oszalałe ślepia, ale – jak zwykle – wychodziło im to rzadko.
Filips odnalazł pomiędzy zgromadzoną konfraternią Bimbrownicę. Szamotała się z Popierdółką, która rozpaczliwie piszcząc i skomląc, usiłowała dostrzec to, co działo się z jej mentorem, z jej papciem.
– Już nadjeżdża pomoc, mała – próbował pocieszyć Filips, ale szczeniaczek nie przestawał płakać.
Podkulała ogon pod siebie, zataczała się to do przodu, to do tyłu, jakby nie potrafiła się zdecydować, czy rzucać się na ratunek sędziwemu psisku, czy samej uciekać. Suka obskakująca drzewo Kudłacza wzbudzała trwogę.
Wtedy stało się. Filips i Bimbrownica natychmiast zasłonili Popierdółce widok. Otoczyli szczelnie drżącą kluseczkę, przysuwając się do niej bokami i mruczeli unisono, jak umieli najgłośniej.
– Nie patrz – polecił Filips. Ale sam patrzył.

Paskuda wreszcie dosięgła cienkiej łapy. Capnęła, zacisnęła zębiska na suchym gnacie i wyszarpnęła kundla z dziury, jakby wyjmowała ostrygę z muszli. Poprawiła chwyt i szarpała; szarpała, łamiąc kości, rozrywając skórę i żyły. Krew tryskała z ran, kłaki fruwały w powietrzu, chude kończyny obijały się o siebie, gdy tarmosiła bezwładny już zewłok jakby był szmacianą lalką. Zaaabiiij! – darło się tysiąc głosów w jej głowie. A ona potrząsała łbem, szarpała i szarpała, nie mogąc już rozluźnić szczęk. Nie mogąc i nie chcąc. Coś tam ciągle atakowało ją z góry, coś szczypało, bodło, kłuło, ale to nie miało znaczenia. Dopadła przeciwnika. I znowu zwyciężyła. Zabiiiła!

Filips z Bimbrownicą usiłowali uspokoić Popierdółkę, ale ta już zaczynała się domyślać. Jej aura stała się niebiesko-szara: smutek i strach. Mimo wszystko Filips nie zamierzał pozwolić jej patrzeć na to makabryczne widowisko. Szczęściem z pomocą przyszedł mu ktoś inny. Babuleńka rzuciła na koty cień, schyliła się, trzeszcząc starczymi kośćmi, podniosła popiskującą Popierdółkę i przycisnęła ją do piersi.
– Och, biedne maleństwo! – powiedziała, głaszcząc ją po główce. – Och, ty moje biedactwo! To nie miejsce dla ciebie; zabiorę cię ze sobą – mówiła, ale jej wiekowe, dobre oczy patrzyły na pole. Tam, gdzie oszalała bestia rozrywała na strzępy kundla powsinogę.
– Szkoda ciebie, wierne psisko – szepnęła, uroniła ukradkiem łzę i odeszła, kołysząc w ramionach drżącą Popierdółkę.
– Miał życie, jakiego pragnął, Filipsie – stwierdziła ponuro Bimbrownica.
– Tak. – Filips wbił zielone oczy w ziemię. – Żył, jak chciał. Odszedł jak bohater.

Wkrótce zjechała się straż miejska, weterynarz i pogotowie. Osaczyli oszalałe zwierzę, uśpili, załadowali do klatki i odjechali. Ktoś pozbierał szczątki Kudłacza i zapakował do czarnego worka. Srocze komando, psy, koty, wiewiórki, sikorki i wróble poukrywane na drzewach, lisy, zające – wszyscy świadkowie tragicznych wydarzeń na polu odprowadzali w milczeniu sędziwego kundla, oddając mu ostatni hołd. Rozbiegli się dopiero wtedy, kiedy silniki radiowozów zupełnie umilkły.

Jutro nastanie nowy dzień i życie zacznie toczyć się dawnym torem. Lecz tego wieczora, od domostwa do domostwa, roznosiła się wiadomość, że stary wagabunda, Kudłacz, zdechł. Na osiedlu zapanował smutek. Jego kulminacją, krótko po północy, było przeciągłe wycie kilkudziesięciu psich gardeł. Odpowiedział mu koci lament to tu, to tam, to znów gdzie indziej. Zaniepokojeni ludzie pozapalali światła i powychodzili na ganki, zachodząc w głowę, co się dzieje. Bimbrownica i Bimber dołączyli swoje głosy do pożegnalnej pieśni, chwiejąc się na nogach w piwniczce, w której pan Smuga pędził swój destylat. Popierdółka, słysząc zew, uniosła łepek i zaskomlała. Babuleńka głaskała ją po aksamitnej sierści, zerkając smutno na miskę z suchą karmą podpisaną „Kudłacz”. Podpis wykonały jej wnuki (teraz już dorośli ludzie), w czasach, kiedy kundel był tak młody jak Popierdółka.
Filips zwisał z dębowego konaru jak dętka, jakby zupełnie uszła z niego energia. Jutro nastanie nowy dzień i życie zacznie się toczyć dawnym torem. Ale ta noc należała do Kudłacza, toteż kiedy rozbrzmiał koci śpiew, Filips dołączył się do lamentu.
Łooou-ou-ou-ouuu! – zakwilił, wspominając starego przyjaciela. – Łooou-ou-ou-oooa! – A to dla lepszego jutra. Kudłacz bez wątpienia im je zagwarantował. Cokolwiek przyniesie nowy dzień, nie będzie gorszy od minionego.
– Och, tylko na niego popatrz – powiedziała pani Rosołek do męża, spoglądając ze zmartwieniem na swojego biało-rudego pupilka. – Chyba coś mu dolega.
Dosłyszawszy te słowa, Filips natychmiast zamilkł. Złe przeczucie sprawiło, że oczy zbiegły mu się w zeza.
– Myślisz, że powinniśmy zabrać go rano do weterynarza?

 

 

„Paskudny koniec paskuda” by Kazimierz Kyrcz Jr

Wielkie korporacje zatrudniają legiony pracowników i dysponują adekwatną ilością środków pozwalających na ich niszczenie. Nie to jednak będzie przedmiotem dzisiejszej opowieści. Otóż, razu pewnego, za siedmioma autostradami, za siedmioma obwodnicami, za siedmioma alejami, za siedmioma stacjami metra i dwoma – bo więcej ich w Krakowie nie zdążono wybudować – nitkami szybkiego tramwaju (który zresztą z roku na rok jeździ coraz wolniej), przy ulicy Mogilskiej wznosił się okazały, khe, khe, znaczy się: nieco górujący nad otoczeniem – bo dwunastopiętrowy – budynek komendy wojewódzkiej policji. Gdyby komuś liczba dwanaście skojarzyła się z dwunastoma sprawiedliwymi, w tym akurat przypadku byłoby to skojarzenie z gruntu błędne.

Zatrudniony w tamtejszej komendzie na stanowisku ciecia malinowego Józek, a jakże, cierpiał z powodu mankamentów swej powierzchowności, takich jak: ziemista cera, wyłupiaste oczy, niskie czoło ujęte w nawias przetłuszczonych włosów i krzaczastych brwi, krzywy nos naznaczony siateczką popękanych naczynek krwionośnych czy mięsiste wargi. Zresztą, kto by – w podobnych okolicznościach – nie cierpiał?

Nigdy nie uważał się za tytana intelektu czy woli. Z czasem wycofywał się z kolejnych planów, zapominał o marzeniach, karlał. Ten proces trwał w najlepsze od podstawówki, przez technikum, którego nie udało mu się skończyć, zawodówkę, coraz gorsze, mniej wymagające prace, na robocie dla gliniarzy kończąc. Przy tym wszystkim Józek pobłażał sobie, rosnąc w obszarze cielesnym i niknąc w sferze duchowej, aż wreszcie implodował. Zniknął i jedynym, co z niego zostało, było wielkie gie.

 

 

„Popielnisia” by Kornel Mikołajczyk

 

Ciekawe, jak czują się popielniczki, ciągle parzone

Kombajn do Zbierania Kur po Wioskach – „Białe kwity”

 

Rozdział 1

Popielnisia mieszkała z wujkiem Wanią w wieżodomku na obrzeżach miasta. Naprawdę nie nazywała się Popielnisia, ale odkąd oboje rodzice zmarli w katastrofie motylarskiej i zostawili ją tym samym pod opieką dalekiego krewnego, stało się to zarówno jej imieniem, jak i przeznaczeniem. Każdego dnia po szkole – gdy już pościerała kurze, pozmywała, zrobiła zakupy, nakarmiła gęsi i przygotowała obiad, rzecz jasna – rozpoczynała wartę przy kanapie znajdującej się na drugim, salonowym poziomie wieżodomku. Najedzony do syta wujek Wania rozsiadał się przed telewizorem z kartonem seven starsów i rozpoczynał rajd po kanałach. W lewej dłoni trzymał ćmiącego się papierosa. Prawą gmerał w pępku i drapał się po gęstym włosiu wystającym spod podkoszulka (czasem, ku obrzydzeniu dziewczynki, zapuszczał się nawet za gumkę dresów). Popielnisia czuwała z pilotem w drżących rączkach. Prędzej czy później wujkowi zawsze nudził się program. Przechylał się wtedy przez oparcie kanapy i zagaszał papierosa na jej twarzy. Gdy tylko poczuła palący ból na policzku, skroni czy czole, wciskała przycisk, by zmienić kanał. Jeśli nie reagowała, robiła to zbyt wolno, pomyliła guziki, ośmieliła się pisnąć albo próbowała odsunąć, wujek Wania łapał ją za gardło szczypcami, które zastępowały mu lewą, papierosową rękę od czasu wypadku w tartaku. Nie puszczał, póki nie przeprosiła i nie obiecała, że będzie grzeczną popielniczką. O drugiej w nocy wujek zazwyczaj zasypiał. Jeśli zrobił to z seven starsem w metalowej kończynie albo w ustach, Popielnisia wyjmowała go ostrożnie i wyrzucała przez okno. Następnie – przełączywszy telewizor na kojący biały szum – wspinała się po schodkach do swojej klitki na szczycie wieżodomku. Tam wpełzała pod brudne koce i cichutko łkała, póki nie zmorzył jej sen.

Trudno, rzecz jasna, było nie zauważyć ran pokrywających lico dziewczynki. Wypalone kratery cętkowały jej skórę, sprawiając, że dorośli na ulicy i w szkole nieodmiennie krzywili się na jej widok, a dzieci obrzucały ją inwektywami. Nazywały ją Księżycową Gębą, Wypalanką, Paskudą albo po prostu – Popielnisią. Choć całe miasteczko doskonale zdawało sobie sprawę, skąd pochodzą jej znamiona, wujka Wani nigdy nie spotkały z tego tytułu żadne nieprzyjemności. W okolicy panowało bowiem przeświadczenie, że każdy wieżodomek jest niepodzielną domeną jego właściciela. To, co działo się wewnątrz strzelistych ścian, pozostawało wewnątrz strzelistych ścian; nikomu nie wolno było się do tego wtrącać. Jedyne, na czym zależało ludziom, to żeby ich wieżodomek wznosił się wyżej od tego należącego do sąsiada, brata, siostry czy kolegi z pracy. Wujek Wania, zatrudniony w tartaku przy przenoszeniu drewnianych bali na taśmę swoimi szczypcami, wiecznie czuł się gorszy, gdyż mógł się pochwalić jedynie prostą, pięciopoziomową konstrukcją. Bynajmniej jednak nie zamierzał oszczędzać na papierosach czy nielegalnych walkach gęsi, by zarobić na kolejne piętro. Jak wiele innych życiowych bolączek, tak i problemy finansowe zwalał na kaprawą, usmoloną popiołem sierotę, którą przyszło mu się zajmować.

Pewnego dnia po szkole Popielnisia postanowiła przyrządzić sałatkę owocową na podwieczorek dla wujka. Odrobina słodkości po południu oznaczała zazwyczaj, że szybciej zasypiał przed telewizorem i musiała znosić mniej przypalania. Niestety, gdy przekroiła wyjątkowo dorodnego melona, okazał się pusty w środku. W owocu, jak to często bywa, zagnieździł się melonowy chochlik.

Stworzonko wpatrzyło się w Popielnisię wytrzeszczonymi ślipkami. Wzniosło się w powietrze na karaluszych skrzydełkach i zawisło tuż przed jej zmizerowaną twarzą, przechylając główkę na bok i otwierając szeroko usta. Zawstydzona, dziewczynka próbowała ukryć swoje rany za kurtyną włosów, ale nieszczególnie jej to wyszło.

– Księżniczka? – zapytał chochlik drżącym, niedowierzającym głosem. – Luna Vidyma? Wasza wysokość, to naprawdę wy?

Popielnisia nie wiedziała, co odpowiedzieć. Melonowe żyjątka zazwyczaj pluły w ludzi pestkami i odlatywały, zanosząc się złośliwym śmiechem. Żadne nie przemówiło do niej, kiedy jeszcze mieszkała z rodzicami; tylko raz jeden z tych wyjadających arbuzy wyzwał jej ojca od „łałoków obwisłych”, cokolwiek to znaczyło.

Przejęta obawą, że chochlik uzna ją za niewychowaną, dygnęła pospiesznie i przedstawiła się.

– Popielnisia? – powtórzył za nią jak echo skrzydlaty. – Nie, nie, to niemożliwe. Nosisz przecież na licach znamiona Księżycowej Księżniczki, następczyni tronu! Kim innym mogłabyś być, jeśli nie naszą zaginioną władczynią, Luną Vidymą!

Dziewczynka nie chciała wyjaśniać, skąd wzięły się jej blizny i kratery; dlaczego pozwalała sobie to robić. Zaczęłaby wówczas wspominać rodziców: to, jak wychodzili tamtego sobotniego ranka, roześmiani po śniadaniu, z siatkami na motyle wspartymi o ramiona… Myślenie o nich sprawiało jej znacznie większy ból niż jakikolwiek seven stars zagaszony na skórze.

– Ach tak, chyba już rozumiem – wymamrotał chochlik, gdy cisza się przeciągała. – Prawdziwa księżniczka na wygnaniu też musiałaby się kryć, przyjąć inną tożsamość… Hm, oczywiście, wszystko jasne.

Puścił do niej oko, jakby dzielili teraz sekret, a potem skłonił się nisko, nie przestając machać skrzydełkami.

– Nyś jestem. Do usług. Czy mogę spocząć?

Popielnisia wyjrzała przez okno, by upewnić się, że wujek Wania nadal krząta się po zagrodzie i szprycuje gęsi sterydami. Skinęła główką.

Nyś przysiadł na skraju kuchenki i uruchomił najmniejszy palnik. Raz po raz wypluwał z torby żołądkowej pestkę, przypiekał ją nad ogienkiem, po czym pałaszował ze smakiem. Tak obozując, opowiadał Popielnisi o Księżycu i jego srebrzystych cudach. O morzach bez kropli wody, po których statki pływają w powietrzu. O tulipanach z gatunku vulgaris, kwitnących wyłącznie w pełnię i wyzywających od najgorszych każdego, kto wejdzie w ich zagony. O wojnie ropuch z zającami, zakończonej haniebnym zniszczeniem kolektorów rosy, tak by żabi gatunek już nigdy nie zaznał wilgoci. Głównie zaś o złej władczyni, Lunie Zvyrocie, która objęła Tron Tysiąca Kraterów po tym, jak jej przyrodnia siostra, Luna Vidyma, zniknęła w tajemniczych okolicznościach.

Popielnisia zapragnęła ujrzeć te dziwy na własne oczy. Księżyc wydał jej się nieskończenie czarodziejskim miejscem – a przy tym tak odległym od tego rozpadającego się wieżodomku w małym miasteczku, od wujka Wani i jego papierosów, od wyzwisk dzieci!

Czy tam, na niebie, ludzie faktycznie uznaliby ją za księżniczkę?

Jak się tam dostać? Jak?

Rozdział 2 – Rozdział 12

Przyp. red. W 2093 roku naszej ery „Popielnisia” Kornela Mikołajczyka zostanie wprowadzona do kanonu obowiązkowych lektur. Wiemy to już dziś, albowiem mamy swoje przecieki z przyszłości (notabene: zainwestujcie niezwłocznie w fermy ślimaków – będzie warto!). Poniżej streszczenie dalszej części książki w wykonaniu jednego z najlepszych uczniów końca tego wieku. O zgrozo…

– Hę? Jak to ja do odpowiedzi? Nie moja kolej! Ale psze pani, przecież pani system jest… No dobra, luz, już odpowiadam. Niech pani zostawi te elektrowstrząsałki… Eee… Jakie było pytanie? A właśnie, że słuchałem! Gadaliśmy o tej tam, Księżycowej Gębie. No, Popielnisi, a jak ja powiedziałem? Czytałem! Ja wszystkie lektury czytam, psze pani. No, za wyjątkiem tej jednej ostatnio. Dobra, dwóch! Bo po mojemu czytanie to jest dla dinozaurów, teraz to się wgrywa patcha w neurony albo łyka infoczerwia, a nie jak ostatni jaskiniowiec… AŁA! Może pani nie trzepać tyloma woltami po mózgu? No więc… Ekhm! Zaraz po tym, jak spotkała chochlika, to ta mała poleciała sklecić drabinę do nieba. Ten jej pieprznięty wujaszek trzymał za chawirą masę drewna z tartaku, także łupała młoteczkiem całą noc i się wspinała szczebel za szczeblem razem z tym całym Nysiem-Srysiem. Ale w połowie drogi zaatakowały ją takie miniaturowe te, no, jak to się zwało… Mikroptaszki, o! Zjawisko doskonale znane Jankowi, he, he… AŁA! A co, widziała pani w kiblu?! No i te mikroptaszki – a nasłała je ta zołza, Luna Zvyrota, to ważne, nie? – one chciały się zagnieździć w dziurach na mordce Popielnisi, bo tam ciepło czy coś i by akuratnie do nich pasowały. Jak mewy w klifie. Zaczęła się od nich odganiać, Nyś stanął w jej obronie i go ptaszki rozszarpały na kawałeczki, bo głodne były, a od niego woniało melonem. Popielnisia pięła się dalej i w końcu wylądowała na Księżycu. Tam się napatoczył ten zając-samuraj, Sudoku czy jak mu tam było… No mówię, Zukoku. Chyba z Australii przykicał, bo rzucał własnymi uszami jak bumerangami. Urypali mu je za wojny z ropuchami, więc zrobił se takie protezy z ostrzami. No i on, ten Zukoku, szukał odkupienia. Nie wiem, może mu kupa utknęła w zadzie, he, he… AŁA! Trzeci raz?! To ja chromolę takie odpowiadanie! Co było potem? A masa jakichś pierdafonów! Kto to w ogóle pisał, ja się pytam?! Co ten Bzikołajczyk miał we łbie?! Jacyś helowi korsarze mówiący jedenastozgłoskowcem, a potem jeźdźcy hiperkogutów, i komando ropuch z kałasznikowami, co to chciały przerobić tego zająca na wodę, niby że w zemście za zbrodnie wojenne, bo one tam wysychały na wiór czy ciul wie co! A na koniec ta cała Popierdnisia pokonała Lunę Zvyrotę w turnieju motylarskim i została nowym Księżycem! Cała jej popalona mordka zmieniła się w satelitę! No to normalne jest? Co my czytamy w tej szmatławej budzie? Po co? Przecież rząd światowy i tak chce z nas zrobić bezmózgich roboli… AŁA! AŁA! Co? Trzy na szynach? Jakie znowu trzy na szynach? Niech mi pani tego nie robi, ja nie chcę być prymusem, dostanę wciry, jak wyjdziemy z wirtuala! Nakarmią mnie infoczerwiem z gruzińską poezją egzystencjalną, pani wie, jak to dokumentnie ryje beret? AŁAAA!

Rozdział 13

W ten oto sposób Popielnisia objęła Tron Tysiąca Kraterów i jako Luna Vidyma II, tak dosłownie, jak i w przenośni, zawładnęła całym Księżycem.

A gdy nastała jej pierwsza noc na firmamencie, zwróciła swe dziurawe oblicze w kierunku pewnego miasteczka na Ziemi. Miasteczka, gdzie każdy zamieszkiwał w wieżodomku, który musiał być wyższy od tego należącego do sąsiada, brata, siostry czy kolegi z pracy. Tam swym sferycznym wzrokiem zlokalizowała jeden z nich: niewysoki, zaniedbany, ze stertami pociętego na tartaku drewna obok przybudówki dla gęsi; ten, w którym okna na drugim, salonowym poziomie rozświetlał blask telewizora. Spojrzała w kierunku słoneczka oświetlającego jej niegdyś paskudne, a teraz niebiańskie lico. Następnie skupiła w sobie jego światłość, mocno-mocno, tak że cała ta odbita jasność stała się pojedynczym, rozjarzonym snopem…

Wybiła druga i wujek Wania zasnął przed telewizorem, gdy zapłonął dach. Ogień w przeciągu kilku minut zsunął się na niższe piętra, zdążając nieuchronnie ku drzemiącemu mężczyźnie…

Popielnisia wyszczerzyła zębate brzegi kraterów w satysfakcji. Z czerniejącym coraz bardziej i bardziej czubkiem konstrukcji, wieżodomek wyglądał jak papieros, którego nie sposób ugasić w żadnej popielniczce.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

%d blogerów lubi to: